poniedziałek, 5 stycznia 2015

Hitchcock na West Endzie

Nim zaczniemy pisać o spektaklach z 2015 roku, jeszcze o dwie zaległe recenzje sztuk, które zobaczyłyśmy w roku ubiegłym. Mamy nadzieję, że umilą Wam one oczekiwanie na nowości.
Powstanie obu sztuk zainspirowały filmy jednego z najsłynniejszych brytyjskich reżyserów, Alfreda Hitchcocka, dlatego dostały wspólny wpis. 

1. STRANGERS ON A TRAIN

Film "Nieznajomi z pociągu" ze świetnym scenariuszem samego Raymonda Chandlera na podstawie powieści Patrici Highsmith, święcił triumfy w kinach w 1951 roku. Dwóch nieznajomych spotyka się w tytułowym pociągu. Jeden z nich to Guy, tenisista borykający się z trudnym rozwodem, drugi to charyzmatyczny Bruno, który ma problemy z despotycznym ojcem. Proponuje on Guyowi swoistą dżentelmeńską umowę - Bruno zabije żonę, która nie chce być byłą, Guy pozbędzie się złego ojca. Mimo iż Guy umowę z początku odrzuca, jego niechciany partner wykonuje swoją część zadania, a później nęka wspólnika by wywiązał się ze swojej...

 Guy i Bruno i rozmowa w pociągu od której wszystko się zaczęło (źródło)

Adaptacja Craiga Warnera na West Endzie wystawiana była od listopada 2013 roku do końca lutego 2014. W rolach głównych występowali: Laurence Fox (Guy), Jack Hudson (Bruno), Imogen Stubbs (Elsie), Myanna Buring (Miriam), Miranda Raison (Anne).

W pod koniec stycznia Jack Hudson zachorował i zamiast niego na scenie wystąpił Antony Jardine. To właśnie Antony'ego widziałam... i zapisałam nazwisko by śledzić uważnie jego karierę, gdyż absolutnie oczarował mnie swoją kreacją.
Najbardziej niezwykła w całym przedstawieniu była scenografia, to ona wywierała największe wrażenie, najbardziej zapadała w pamięć. Widzowie mieli wrażenie, że oglądają czarno-biały film. Wszystkie kostiumy i cała scena były czarno-szaro-białe. Jedynym jaskrawym akcentem były płomiennie rude włosy Miriam. Sprawiało to niesamowite wrażenie, zresztą mimo dość letnich 3-gwiazdkowych recenzji, scenografia jednogłośnie zachwyciła wszystkich (a Tim Goodchild otrzymał za nią nominację do Oliviera).

Guy i Miriam (źródło)

Spektakl widziałam na zakończenie bardzo intensywnej teatralnej podróży, 5 sztuk w 3 dni: Mojo, Richard II, American Psycho, Coriolanus i właśnie to. Muszę przyznać, że mimo tak wspaniałej konkurencji, uplasował się u mnie w pierwszej trójce oglądanych przedstawień. To był taki klasyczny teatr, bez udziwnień, ze świetnie napisanymi i zagranymi postaciami (mimo iż czasem ich amerykański akcent lekko zgrzytał), przepięknie zrealizowany i z dramatyczną puentą. Świetna Imogen Stubbs w roli neurotycznej matki Bruno, wspomniany już Antony, pełen nieokiełznanej energii, wycofany i zagubiony momentami Laurence, wspierająca go Miranda czy dynamiczna Myanna, cała obsada sprawiała, że widzowie w napięciu śledzili historię. Sztukę oglądałam w międzynarodowym towarzystwie i wszystkim nam podobała się ona jednakowo.


A na Stage Door po spektaklu Antony Jardine przepraszał nas, że nie udało nam się zobaczyć Jacka Hudsona i nie mógł uwierzyć w nasze zapewnienia, że nic a nic nie żałujemy. 

2. 39 STEPS

4 aktorów, 130 postaci, 100 wesołych minut - takim sloganem reklamowane jest przedstawienie "The 39 Steps", a ja się z nim prawie* zgadzam.
Sztuka oparta na powieści Johna Buchana z 1915r. i filmie Alfreda Hitchcocka z 1935r., to już prawdziwy westendowy klasyk. W teatrze Criterion wystawiana jest od 2006r. i nikt na razie nie wspomina o zdejmowaniu jej z afisza (obecnie bilety można kupować do  28 marca 2015)
Spektakl opiera się na ciekawym pomyśle: jeden aktor gra głównego bohatera (Richard Hannay), jedna aktorka występuje jako trzy kobiety (Annabella, Margaret, Pamela) a dwaj aktorzy odgrywają wszystkie pozostałe role.  Obsada zmienia się co jakiś czas, w przedstawieniu, które oglądałam wystąpili: Ben Righton, Ellie Beaven, Greg Haiste i Nick Holder.

zdjęcie ze ze strony spektaklu

Sama historia jest dość prosta bardzo brytyjski Brytyjczyk Richard Hannay przypadkiem zostaje zamieszany w aferę szpiegowską. Chcąc oczyścić swe imię i powstrzymać bardzo złego łotra udaje się w zwariowaną podróż z Londynu do Szkocji i z powrotem, podczas, której nieustannie ktoś usiłuje go a to zabić, a to zaaresztować, a to zaaresztować, żeby zabić. Akcja płynie jak szalona, publiczność pęka ze śmiechu, a wszystko (spoilerek) kończy się dobrze. 

Bawiłam sie znakomicie. To trochę ten sam rodzaj humoru jaki był w "Jevves and Wooster"  czy w "Sztuce idącej źle", tyle, że jednak tutaj nie ryzykowałabym zabierania do teatru osoby nie znającej języka.
Jeżeli chodzi o wizualna stronę adaptacji to scena jest wszystkim: od mieszkania Hannaya, przez pociąg, teatr, aż po Szkocję. Dekoracje i rekwizyty zmieniają się szybko i pomysłowo. Muzyka przypominająca trochę stare filmy podkreśla dramatyzm scen, zaś kostiumy są utrzymane w klimacie lat 30-tych.
Nie powiedziałabym, że "The 39 Steps" to must see, ale jeżeli będziecie w Londynie i będziecie mieć wolny wieczór, wybierzcie się, na pewno mile spędzicie czas. 



* prawie, bo nie udało mi się policzyć wszystkich postaci, przy około 80 się poddałam :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz