czwartek, 17 listopada 2016

The Entertainer - kilka uwag po seansie

Na "Złodzieju" byłyśmy dokładnie tydzień temu w Londynie, recenzja spektaklu pojawiła się na blogu zaledwie wczoraj, dlatego dzisiejsza notka to raczej zbiór uwag Ani1 po seansie.


Przyznam uczciwie, szłam do kina z nadzieją, że to, co nie zachwyciło na żywo, spodoba mi się na dużym ekranie - z polskimi napisami, w wygodnym fotelu (te w Garricku trudno nazwać komfortowymi), na spokojnie. Niestety - nic z tego. Przy czym, o ile wyjątkowo podobał mi się sposób realizacji transmisji, o tyle uwypuklił on także wszystkie mankamenty przedstawienia.

Ale od początku.
Przede wszystkim o tym, co wzbudzało największe emocje w czasie poprzednich pokazów Kenneth Branagh Theatre Company ("Zimowej opowieści" i "Romea i Julii") czyli o napisach. Z przyjemnością muszę powiedzieć, że tym razem tłumaczenie, poza maleńkimi potknięciami było bez zarzutu. Z prawidłową ortografią, gramatyką, interpunkcją, odpowiadające temu co się działo na ekranie, dokładnie takie właśnie, jakie zawsze powinno być. Nic nie zgrzytało, nic nie denerwowało i z łatwością można było zrozumieć potoki wymowy bohaterów.

Ponownie reżyserem pokazu kinowego był Beniamin Caron. To zapewne on zadecydował, by całość była filmowana ze statycznej kamery. Nie było podążania za postacią, nie było wielkich zbliżeń pokazujących najdrobniejsze drgnienie powieki. Tylko na czas występów Archiego obraz lekko się przybliżał, wciąż jednak zachowując w miarę pełen plan. Z początku mogły lekko irytować drobne, kilkucentymetrowe drgnięcia i przesunięcia, później jednak stały się niemal niezauważalne. Muszę przyznać, że mając w pamięci stare, archiwalne nagrania RSC, filmowane właśnie z kamery zawieszonej na balkonie, byłam pełna obaw o efekt, ale ten okazał się moim zdaniem rewelacyjny. Po raz pierwszy oglądając seans w kinie poczułam się dokładnie tak, jak czasem siedząc na bardzo dobrych miejscach na teatralnej widowni. Reżyser w żaden sposób nie narzucał swojego zdania, nie wskazywał postaci, na której należy skupić uwagę, widz miał pełną dowolność wyboru bohatera, którego chce w danej chwili obserwować, dokładnie jak w teatrze.
 
Szkoda, iż więcej przedstawień nie jest realizowanych w podobny sposób - czasem zmuszeni do podążania za kamerą tracimy różne ciekawe niuanse na drugim i trzecim planie. Dziś na przykład, zamiast głównej gwiazdy, z radością obserwowałam tancerki rewiowe, perfekcyjnie zmieniające dekoracje.


Bo niestety muszę przyznać, że może sztuka nie zniechęciłaby mnie tak bardzo, gdyby nie... sam Kenneth Branagh. Jego Archie zagrany został z męczącą manierą, chwilami przeszarżowany, nieustannie krzyczący, nawet w momentach, które wymagały cichszego tonu. Dopóki nie było go na scenie, nawet z przyjemnością obserwowałam rozwijający się dramat rodzinny. Z chwilą jednak gdy się pojawiał, dominował wszystkich, wprowadzając zbędny chaos i hałas, sprawiając, że ciężko było skupić się na czymkolwiek. I widać nie tylko mi to przeszkadzało - po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, gdzie sporo osób stopniowo zaczęło wychodzić z seansu, nie czekając nawet do antraktu. Tak, zdaję sobie sprawę, że takie odtwarzanie roli może i spełniało założenia reżysera, jednak moim zdaniem coś nie do końca wyszło. Zabrakło chemii i chyba jednak charyzmy. A to, co irytowało siedząc w teatrze, stało się niemal nie do zniesienia z tradycyjnie rewelacyjnym dźwiękiem kinowym.

Jednak, jak już pisałyśmy w recenzji, przedstawienie spodobało się sporej ilości osób. Wielcy fani sir Kena, zapewne wyszli z seansu zadowoleni. 
Jeśli chcecie się przekonać, czy zgadzacie się z naszą opinią, możecie to jeszcze zrobić 12 stycznia. W końcu nie wiadomo, czy po intensywnym roku sztuk w Garricku, Kenneth Branagh tak szybko wróci na scenę...

środa, 16 listopada 2016

The Entertainer - recenzja

"The Entertainer" nazywany jest współczesnym klasykiem, powstał, kiedy Laurence Olivier, zachwycony pierwszą sztuką Johna Osborne'a "Look Back in Anger", poprosił dramaturga o napisanie czegoś o "wściekłym mężczyźnie w średnim wieku".

Akcja toczy się w latach 40-tych ubiegłego wieku, a bohaterowie to trzy pokolenia rodziny Rice:
- Archie - aktor z trudem wiążący koniec z końcem (a i to nie zawsze),
- Bill - jego ojciec, emerytowany aktor,
- Phoebe - żona Archiego,
- Jean i Frank - dzieci Archiego,
Wspominani są także Bill - odnoszący sukcesy brat Archiego, Mick - drugi syn Archiego, walczący na wojnie oraz Graham - narzeczony Jean.

W ciągu trzech aktów, trzynastu scen, które skrzętnie liczył zawieszony na ścianie zegar, widzowie oglądali zarówno wysiłki aktorskie Archiego jak i dramat rodzinny.

zdjęcia ze strony przedstawienia
"The Entertainer" to jeden z tych utworów, gdzie nie sposób właściwie kogokolwiek polubić czy komukolwiek kibicować. Możemy rozumieć tragizm sytuacji, współczuć bohaterom, ale jakoś żaden nie wzbudził w nas sympatii, czy choćby przejęcia się jego losami.

Niestety, w większości nie zachwycili też aktorzy. Najlepsze były panie - zarówno odmieniona nie do poznania, ekspresyjna Greta Scacci jak i naiwna, piszcząca chwilami Sophie McShera. Na ich tle panowie wypadli bardzo blado, choć Gawn Grainger, grający Billa, podobał się Ani2. Szkoda, że pierwotnie obsadzony w tej roli John Hurt musial wycofać się z powodów zdrowotnych
Piszemy to z żalem, ale zawiódł Kenneth Branagh. Po fenomenalnym "Macbecie" byłyśmy bardzo podekscytowane powrotem sir Kena na scenę. Na żywo udało się nam obejrzeć tylko tę jedną sztukę, ale ponieważ oglądane w kinie "Zimowa opowieść" i "Romeo i Julia" nie wywołały wielkich zachwytów, szłyśmy do teatru lekko zaniepokojone. Jak się okazało - słusznie.  Nie wiemy czy to chwilowa niedyspozycja czy przybrana na potrzeby spektaklu maniera aktorska, ale momentami Branagh mówił tak niezrozumiale, że nie da się tego określić inaczej jak bełkotem. Coś nie do końca wyszło także w relacjach między postaciami - przez większość spektaklu miałyśmy wrażenie, że każdy z bohaterów gra sam sobie, w oderwaniu od innych.
Kiedy większe emocje budzi spotkanie w trakcie antraktu Charles'a Dance'a niż wydarzenia na scenie, to znak, że przedstawienie nie jest zbyt udane. Choć są osoby, którym bardzo się podobało. Obok nas siedział pan, który był na sztuce drugi raz, bawił się znakomicie i śmiał głośno (w nie zawsze właściwych momentach).
Zresztą krytycy też mieli bardzo podzielone opinie i spektakl zebrał mieszane recenzje.


Wizualnie "The Entertainer" to bardzo klasyczna inscenizacja. Kostiumy i muzyka z epoki, scenografia z epoki, żadnych udziwnień, żadnych technicznych nowinek. Rewiowe aranżacje piosenek Archiego bardzo pasowały klimatem do całej reszty. Musimy też pochwalić jak sprawnie i sprytnie zmieniano dekoracje na oczach widzów, przenosząc nas to do domu Rice'ów to znów do teatru na występ Archiego.


Sztuka nie jest już wystawiana, ale jeżeli chcecie się przekonać, czy nasze narzekanie ma podstawy (albo jeśli jesteście zagorzałymi fanami sir Kena), 17 listopada i 12 stycznia będzie można zobaczyć przedstawienie na pokazach w polskich kinach. Możliwe, że spektakl profesjonalnie sfilmowany znacznie zyska na jakości.

wtorek, 15 listopada 2016

Richard II - recenzja po seansie Globe on Screen

Był sobie król... przekonany o własnej wielkości, o swej niezbywalnej władzy, płynącej z boskiego nadania. O prawie do folgowania wszelkim zachciankom, kapryśny i niestały, acz bardzo, bardzo królewski.

zdjęcia pochodzą ze strony fb produkcji
 W ciągu ostatnich lat mogliśmy oglądać kilku Ryszardów - uduchowionego, subtelnego Bena Whishawa, w Hollow Crown dla BBC i inteligentnego gracza Davida Tennanta w Royal Shakespeare Company. Ryszard Charlesa Edwardsa jest jakby wypośrodkowaną wersją powyższych dwóch. Czasem nijaki, czasem olśniewający. Zagubiony w świecie, który nie układa się po jego myśli, ale chwilami przenikliwy. Niezwykle podatny na wpływy i mający problemy z obroną własnego zdania, a jednocześnie kurczowo trzymający się tego, co mu znane.

Bardzo ciekawym zabiegiem reżysera Simona Godwina, było rozpoczęcie spektaklu od koronacji nieletniego króla. Dziecko o anielskiej urodzie, poważne i skupione, zostaje namaszczone i osadzone na tronie. Gdy minutę później zamienia się na miejsca z dorosłym już królem, ubranym niemal w identyczne szaty, widzimy, że o ile ciało sie postarzało, o tyle dziecięce podejście do świata zostało takie samo.
 
Ryszard II to trudna rola. Często irytujący władca raczej nie budzi sympatii czytelników sztuki, czy widzów teatralnych i trzeba być aktorem z ogromną charyzmą i pomysłem na kreację, by udźwignąć postać. Czy Charlesowi Edwardsowi się to udało? Wychodząc z kina byłam gotowa przyznać, że nie, teraz jednak po przemyśleniu, widzę dokładny zamysł w takim a nie innym pokazaniu upadłego króla. 
Bo tak naprawdę spektakl z Globe to wcale nie opowieść o Ryszardzie, tylko o jego politycznym przeciwniku - Bolingbroke'u.
 

To on jest tym, który widzi niegodne gierki królewskich doradców, on jest tym, który prawdziwie kocha króla i początkowo wcale nie chce sięgać po koronę, tylko odzyskać zagrabione dziedzictwo. Mądry i smutny, robi to co trzeba, bez radości. Potrafi zdobyć się na akt łaski, ale potrafi też stracić cierpliwość.  Podczas gdy w wersji z RSC Nigel Lindsay grał postać będącą uosobieniem brutalnej siły, egoistyczną i nie dorastającą sprytem do poziomu Ryszarda, Rory Kinnear w Hollow Crowm, spokojny i rozsądny, kierował się poczuciem tego co należne i słuszne. W Globe, David Sturzaker pokazał nam bohatera zwyczajnie starającego sobie radzić w niezwykłej sytuacji i przez to najbardziej chyba bliskiego widzom.
 

Zaskoczył mnie Aumerle Grahama Butlera. Knujący, przebiegły, niby lojalny wobec króla, ale bardziej dbający o własne sprawy. Simon Godwin poszedł w ślady Gregory'ego Dorana i to właśnie z młodego Yorka zrobił ponownie zabójcę Ryszarda. Tylko o ile w wersji RSC widzieliśmy determinację i dramat postaci, o tyle tu, Aumerle został niejako pozbawiony wyboru przez Extona. Zrobił co uważał, że musiał, jak bezwolna marionetka. I bardziej zdawało się żałował konsekwencji niż swojego czynu.
 
Wizualnie adaptacja mimo niezwykłej prostoty dekoracji zaskakiwała przepychem - może z powodu rozbudowanej sceny, na planie krzyża, daleko wychodzącej w publiczność, może przez pomalowane na złoto ściany, balustrady, kolumny i podłogę. Całość błyszczała, jak migoczący brokatowy deszcz, spadający na (i rozrzucany przez) dorosłego Ryszarda w jego pierwszej scenie i nie pozostawiała żadnej wątpliwości, że mamy do czynienia z dworem królewskim.
 
 
Zaskakująco dużo było zbliżeń, ale też "Ryszard II" jest sztuką z wieloma istotnymi monologami. Jak zwykle w nagraniach Globe on Screen kamera pracowała płynnie i żadne potknięcia nie zakłócały odbioru, a tłumaczenie było klasyczne i poprawne.
Bardzo czekamy na nowe spektakle z Globe na ekranach kin, bo to klasa sama w sobie i naprawdę warto je oglądać.

wtorek, 8 listopada 2016

London Calling

Jest faktem powszechnie znanym, że Londyn znajduje się dokładnie w połowie drogi, między Poznaniem a Katowicami ;) 
Korzystając z tego geograficznego udogodnienia i listopadowego długiego weekendu, wyruszamy na kolejną wspólną teatralną wyprawę.
Program mamy bardzo napięty (jak zwykle) i bardzo różnorodny (też jak zwykle). W planie m.in: Szekspir, Noblista, trochę klasyki i jedna premiera, wielkie gwiazdy sceny i ekranu, a na końcu napad na bank. Który, mamy przeczucie, pójdzie spektakularnie źle. 


The Libertine, Oil, King Lear, Comus, The Entertainer, The Red Barn, No Man's Land, The Comedy About A Bank Robbery

piątek, 4 listopada 2016

Cymbeline - recenzja po seansie

Wczoraj, dzięki współpracy British Council i Multikino mogliśmy obejrzeć kolejny spektakl Royal Shakespeare Company, tym razem "Cymbeline" z Gillian Bevan w tytułowej roli, zarejestrowany w Stratford upon Avon. 
 
Zazwyczaj w tym miejscu streszczamy krótko sztukę: kto z kim i dlaczego. W przypadku "Cymbeline" mnogość wątków i zawirowań akcji sprawia, że trudno jest w kilku zdaniach opisać, o co tak właściwie w przedstawieniu chodziło.
W wielkim skrócie - Cymbeline jest królową podzielonej Brytanii. Kiedy Imogen, jej jedynaczka, poślubia w tajemnicy swoją młodzieńczą miłość, biednego acz prawego Posthumusa, rozwścieczona Cymbeline, dodatkowo podjudzana przez męża, wypędza zięcia. Następuje wiele nieszczęść i nieporozumień, kłamstw i pozornych zdrad, wojna wkracza do Brytanii, ale ponieważ Cymbeline jest komedią, na końcu wszyscy (no, prawie) żyją długo i szczęśliwie.  

wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony produkcji
Reżyserująca spektakl Melly Still, w wywiadzie przed seansem, przyznała się do dużej swobody interpretacyjnej - przede wszystkim z tytułowego bohatera szekspirowskiego zrobiła bohaterkę. Królowa zamiast króla zmienia dynamikę, zwłaszcza finałowej sceny. "Cymbeline" jest sztuką trudną, dość rzadko wystawianą. Nagromadzenie wydarzeń, splątanie wątków sprawia, że publiczność nie darzy jej obecnie zbyt ciepłymi uczuciami.  
I mówiąc szczerze, zupełnie nie mam pojęcia dlaczego.  
Bo tak naprawdę "Cymbeline" (podobnie jak w mniejszym stopniu "Perykles") to nic innego, jak XVII wieczna telenowela. Wszelkie Zbuntowane Anioły czy inne Isaury są tylko i wyłącznie rozwiniętymi wersjami tego, co wczoraj mogliśmy obejrzeć. Bo czegóż też tam nie było? Dzieci porwane za młodu, uznane za zmarłe, nikczemny diuk trujący w sekrecie konkurentów do tronu, dobra zielarka podmieniająca truciznę, przebieranie się za mężczyznę, fałszywe świadectwa, zraniona niewinność, zbrukana cnota, pościgi, bitwy, pojedynki, a nawet przerażająco realna, odcięta głowa (i reszta zakrwawionego ciała).
 
Krytykom spektakl nie przypadł do gustu - oskarżali, że więcej w nim reżysera niż Szekspira, narzekali na patos i zbędność niektórych scen (papierowe ludziki spadające z sufitu), na nawiązania do Brexitu. Ja jednak postanowiłam zrobić to, o co poprosiła reżyserka - odłożyłam analizowanie na bok i zwyczajnie dałam się porwać historii. I naprawdę nie żałowałam. Kilka razy wątpiłam, co tak w zasadzie oglądam, ale monumentalny finał, gdzie wszystkie, ale to absolutnie wszystkie wątki znalazły swoje rozwiązania, wynagrodził wszystko. 
 

Całość zagrana była przyzwoicie. Ze świetną Gillian Bevan jako królową, wiarygodną Bathan Cullinane w roli Imogeny, przerysowanym, ale bardzo zabawnym Marcusem Griffithsem, jako Klotenem. I tylko jak dla mnie Hiran Abeysekera, jako romantyczny kochanek Posthumus wypadł mało przekonująco. Reszta obsady radziła sobie lepiej lub gorzej, ale nikt nie odstawał. 
 
Jak to w RSC, bardzo dobra była muzyka grana na żywo, a także piosenki w dość zaskakujących aranżacjach. Postapokaliptyczna scenografia i podobne w stylistyce kostiumy tylko dopełniały wrażenie celowego chaosu. Podobało mi się pień cedru w centrum oraz multimedialne panele z tyłu sceny, co pozwalało na wykorzystanie animacji komputerowych w spektaklu. Gdy była mowa o inwazjach, widzieliśmy mapy ze strzałkami pokazującymi ruchy wojsk. Gdy akcja przenosiła się do Italii, bohaterowie mówili po włosku, a na panelach wyświetlały się lekko stylizowane napisy angielskie. 
 
 
Praca kamery ładnie współgrała z wydarzeniami na scenie. Reżyserce udało się powstrzymać od zbyt nachalnego wskazywania nam jej własnej interpretacji - tylko czasami zbliżenia skupiały się na drugoplanowych bohaterach, lub na tle. Bardzo często mieliśmy szeroki plan, co w mnogości postaci i wątków, sprawdzało się bardzo dobrze. Całkiem niezłe było tłumaczenie - bezbłędne, w miarę wierne, tylko sam finał i ostatnie zdania królowej zostały lekko przycięte. Jedyny niewielki zarzut mogę postawić do nadmiernej poprawności napisów do dodatków - umykał cięty humor reżyserki i historyka, który w czasie antraktu wprowadził nas w realia Brytanii z czasów rzymskich i nakreślił tło historyczne powstania dzieła. 
 

To nie jest przedstawienie do głębokich przemyśleń, rozważań nad naturą ludzką, czy kondycją współczesnej Wielkiej Brytanii. To jest spektakl stworzony, by dać mu się pochłonąć i zwyczajnie dobrze się bawić. Liryczny lament, serenada w stylistyce boysbandu, czy monologi zagubionej Imogen - każdy znajdzie coś dla siebie. A na końcu przyjdzie wróżbiarka i dla pewności wytłumaczy nam dokładnie, co tak naprawdę obejrzeliśmy.  
 
Sztuka jest obecnie wystawiana w Londynie w teatrze Barbican aż do połowy grudnia.

piątek, 21 października 2016

The Threepenny Opera - kilka uwag po seansie

Ania2 "Operę za trzy grosze" widziała latem i niedawno zrecenzowała. Dlatego u mnie, tradycyjnie, będzie to bardziej zbiór uwag po seansie. 
A uwag jednak trochę mam.

Ania spektaklem się nie zachwyciła, ale zachęcona naszą rozbieżnością opinii po "The Deep Blue Sea", zasiadłam w fotelu kinowym pełna optymizmu.
I srodze się zawiodłam.

Musical nie podobał mi się. Wyszłam z kina zniechęcona (i po raz pierwszy rozważałam ucieczkę w czasie antraktu - na szczęście zostałam, ale o tym niżej). Było kilka fantastycznie zagranych postaci, kilka świetnych pomysłów, ale całość, jak dla mnie, niestety nie obroniła się.
Zastanawiam się na ile jest to wina inscenizacji, a na ile niezbyt dobrej realizacji filmowej. 


Ale zacznijmy od plusów, bo takie też były.
Największym z nich jest aktorstwo. Bardzo podobał mi się (i całkowicie przekonał) Rory Kinnear jako Mackie Majcher, bardzo bliski brechtowskiej idei bohatera (około 40, korpulentny, z twarzą przypominającą rzodkiewkę), z niewielkim wąsikiem i lubieżnym spojrzeniem, fantastycznie wpasował się w klimat musicalu. Ale dla mnie show skradli Haydn Gwynne i Nick Holder jako pani i pan Peachum, szychy przestępczego Londynu. Ona wiecznie zawiana, w krwiście czerwonej sukni, on w eleganckim trzyczęściowym garniturze, obcasach, makijażu i peruce stylizowanej na charakterystyczne fryzury pań 20-lecia międzywojennego. Brawurowo zagrani, świetnie zaśpiewani, sprawili, że choć znałam zakończenie, przez chwilę liczyłam, że uda im się pokonać Macka. 
Rosalie Craig jako Polly wcale nie tak zahukana jak na pierwszy rzut oka wyglądała, miała lepsze i gorsze momenty - ale jej duet-kłótnia z Debbie Kurup jako Lucy Brown to jeden z jaśniejszych punktów przedstawienia. Obie panie głosami osiągnęły to, co zazwyczaj wymaga szarpania za włosy i drapania paznokciami po twarzy przeciwniczki :)

zdjęcia pochodzą ze strony produkcji
Rewelacyjnie radził sobie zespół wciąż grający na scenie. Na szczęście piosenki pozostały w dobrze znanych aranżacjach, nikt na siłę nie próbował unowocześniać klasyki.
Przed spektaklem obejrzeliśmy krótki, ciekawy film dokumentalny o okolicznościach powstania "Opery za trzy grosze" i o życiu w międzywojennym Berlinie. W antrakcie mogliśmy posłuchać reżysera Rufusa Norrisa, opowiadającego o inspiracjach. Takie dodatki, zawsze sprawiają, że seans w kinie staje się pełniejszym doświadczeniem - mała rekompensata za brak zasiadania w teatrze.
Stephen Simons adaptując musical Brechta i Weilla dokonał kilku drobnych zmian - podkreślił związek (nie do końca platoniczny) Majchra i Inspektora Browna, z Polly uczynił biegłą księgową, panu Peachum dodał dwuznaczności elementami damskiego kostiumu. 
Osobne słowa pochwały należą się tłumaczeniu. Mocne i prawdziwe, nie stroniło od koniecznych wszak wulgaryzmów. Przekleństwo było przekleństwem, części anatomii damskiej i męskiej przetłumaczone odpowiednio, żadnych eufemizmów czy dyskretnych pominięć kontrowersyjnych wyrażeń.
Ale całość mimo wszystko wypadła bardzo... blado i mimo barwnych kostiumów, sprytnej scenografii, także zaskakująco nijako.


To co najbardziej cenię i lubię w przedstawieniach wyświetlanych w kinach, to mimo wszystko dość ograniczona ingerencja kamerzysty w pokazywany spektakl. Oczywiście, zawsze są zbliżenia, na zmianę bliski i daleki plan, dokładniej podkreślające wizję reżysera, tym razem jednak ekipa realizatorska przeszła samą siebie. Przebitki, chaotyczne zbliżenia na zespól i szybkie oddalenia, filmowanie z góry, z dołu, z boku... bliższe to było nagrywaniu w studio, niż spektaklowi "na żywo", mającemu nam dać choć namiastkę wrażenia przebywania w teatrze. Także dźwięk chwilami zostawiał sporo do życzenia.
Niestety Sharon Small jak dla mnie wokalnie nie udźwignęła roli Jenny. Nie wiem czy tu właśnie można winić realizatorów dźwięku, ale ona najczęściej wpadała w nieczyste tony. Za to kiedy nie śpiewała, była fantastyczna.
Nie do końca przekonał mnie karykaturalny Peter De Jersey jako inspektor Brown.
W całości moim zdaniem zabrakło konsekwencji, jakiegoś pomysłu, bo chaos tylko dla chaosu sprawdza się świetnie kilkanaście minut, ale po ponad godzinie męczy i zniechęca. Dlatego też możliwe, że spokojniejsza i bardziej "poukładana" druga połowa podobała mi się trochę bardziej.

Mam wrażenie, że tym razem wyjątkowo zgadzam się z krytykami teatralnymi, dość chłodno oceniającymi musical. Najbardziej spodobało mi się jedno zdanie Claire Allfree z recenzji w "The Telegraph": "It chills more than it thrills". I to najpełniej chyba podsumowuje moje wrażenia z przedstawienia.

"The Threepenny Opera" będzie wyświetlana jeszcze raz, 13 grudnia. Ponieważ kilka naszych Czytelniczek było spektaklem zachwyconych, uważam, że powinniście się przejść i sami ocenić musical.
Albo choć, by posłuchać brawurowego wykonania słynnej "Ballady o Mackiem Majchrze".





niedziela, 16 października 2016

The Threepenny Opera - recenzja

Jakoś nie mam szczęścia do Rorego Kinneara. Znakomitego "Otella" udało się zobaczyć tylko Ani1, widziałam "Proces", ale nie było to dobre przedstawienie, na "Operę za trzy grosze" szłam do National Theatre z mocno mieszanymi uczuciami: z jednej strony musical, który lubię i songi, na których się wychowałam, z drugiej dość zróżnicowane recenzje. Mimo wszystko nastawiłam się, że mnie zachwyci, a niestety - nie zachwyciło.
Daleko mi do siedzących obok Amerykanek, które podczas przerwy, z lekkim obłędem w oczach zastanawiały się głośno, co właściwie oglądają. Po czym zgodnie uznały "Operę", za najgorszy spektakl widziany podczas pobytu w Londynie.
Nie, mi się podobało, ale właśnie tylko podobało, nie porwało, nie oczarowało, nie zachęciło do zobaczenia kolejny raz. 

wszystkie zdjęcia ze strony NT

Rory Kinnear w roli Majchra błyszczał. Uśmiechał się niebezpiecznie, uwodził i zdradzał, równie przekonująco wyznawał miłość jak i trzymał krótko swoich kamratów. Bez trudu można w nim było zobaczyć szefa londyńskiego półświatka. 
Nie ustępowała mu grająca Polly Rosalie Craig, niby nieco naiwna, cicha księgowa a jednak nie dająca się zastraszyć i szybko odnajdująca się w nowych okolicznościach. 
Haydn Gwynne i Nick Holder bardzo przekonująco wcieli się w państwa Peachum, dziwaczną parę, która nie darzy się zbytną sympatią, ale gdy trzeba zaskakująco zgodnie współpracuje. 


Chyba każdy choć raz słyszał "Mack the Knife" w takim czy innym wykonaniu. Utwory z musicalu bronią się same, a na szczęście kierownik muzyczny przedstawienia (David Shrubsole) nie próbował aranżować ich na nowo. Zresztą jemu i towarzyszącemu mu na scenie, grającemu na żywo zespołowi należą się oddzielne brawa. 



Scenografia i kostiumy, za które odpowiadała Vicki Mortimer, przywodziły na myśl okres powstania "Opery" i międzywojenny Berlin. Na scenie działo się dużo i momentami szybko. Było kiczowato, zabawnie, chwilami wyzywająco. Tylko szkoda, że nic z tego nie zostało ze mną na dłużej, a słuchać Brechta wolę w wykonaniu Elżbiety Wojnowskiej.


Jeżeli chcecie wyrobić sobie własną opinię to "Operę" można oglądać na pokazach NT Live, np, w  Multikinach 20 października i 13 grudnia.