środa, 15 listopada 2017

Rosenkrantz & Guildenstern Are Dead - recenzja po seansie

"Rosenkrantz & Guildenstern Are Dead" to sztuka Toma Stopparda sprzed 50 lat. Nazywana "Hamletem od kuchni", opowiada o dwóch dworzanach, którzy mieli odeskortować księcia do Anglii i jak wiemy, nie skończyli zbyt dobrze.



Tragikomedia doczekała się adaptacji filmowej w reżyserii autora (z Garym Oldmanem i Timem Rothem w rolach tytułowych), a latem tego roku była wystawiana w Old Vicu, na rocznicę swojej premiery w tym samym teatrze.
Spektakl w reżyserii Davida Leveaux zebrał całkiem niezłe recenzje, w większości czterogwiazdkowe, choć część krytyków otwarcie przyznawała, że ich oceny troszkę zabarwia nostalgia. Sam autor nadzorował prace nad przedstawieniem, w głównych rolach wystąpili Daniel Radcliffe i Joshua McGuire, wszystkim się podobało...
A my mamy kłopot.
Albowiem, cytując klasyka, "Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?"

zdjęcia z FB teatru
Z Tomem Stoppardem nam chyba zwyczajnie nie po drodze - co pokazuje nasza recenzja "Poważnego Problemu" sprzed kilku lat. Lubimy brytyjski humor, lubimy w teatrze (czy na seansach kinowych) nie tylko dobrze się bawić, ale też pomyśleć i zastanowić się, i nad sobą, i nad życiem. Lubimy przeżywać spektakle, angażować się w problemy bohaterów. To czego nie lubimy to nuda. A, niestety, "Rosenkrantz & Guildenstern nie żyją" zwyczajnie nas znudziło.

Możliwe, że taki był zamysł reżysera i twórcy, ale nawet te mądre przemyślenia i pytania (kiedy po raz pierwszy pomyślałeś o śmierci?) wypadały dziwnie płasko i nijako.
Niby czekanie tytułowych postaci można przyrównać do "Czekając na Godota", ale zabrakło w tym jakiegokolwiek napięcia, jakiejkolwiek refleksji poza przerzucaniem się tonami tekstu. Choć tym razem publiczność nie była nieustannie edukowana jak w przypadku "Poważnego Problemu", to widać już, że Stoppard nawet 50 lat temu, miał zamiłowanie do zawiłych elaboratów filozoficznych.
Tylko, że  słuchając reakcji publiczności w Londynie, a nawet w sali kinowej, przyznajemy, że jesteśmy w naszej ocenie odosobnione :)


Jednak nawet nas coś w spektaklu zaintrygowało - zaczęłyśmy się  zastanawiać jak bieżące wydarzenia wpływają na odbiór przedstawienia. Charyzmatyczny szef trupy aktorów, grany przez Davida Haiga, zdawał się swoją obecnością nawet nie tyle kraść, ile przytłaczać każdą scenę, w której występował. Ale gdy obłapiał jednego ze swoich podwładnych, gdy rzucał niedwuznaczne aluzje, gdy niemal wprost handlował jego wdziękami, to myśli same uciekały do spraw, które ostatnimi czasy wstrząsnęły Hollywood. A zwłaszcza do Kevina Spacey, który przez dziesięć lat pełnił funkcje dyrektora artystycznego teatru Old Vic. Oskarżenia kierowane w jego stronę zmusiły obecne szefostwo teatru do wystosowania oświadczenia i stworzenia programu pomocy dla możliwych kolejnych ofiar.
I nagle postać, która miała nas bawić i zachwycać, której powinniśmy kibicować nawet bardziej niż głównym bohaterom, zaczyna być postrzegana zupełnie inaczej. A fakt, że dzieje się to w tym teatrze i na tej scenie, nabiera zupełnie innego znaczenia, wykraczającego poza sam tekst sztuki.



Sam Old Vic Theatre jest jednym z naszych ulubionych teatrów. Mamy z niego masę wspomnień i  nawet "nasze" miejsca więc z nostalgiczną przyjemnością obejrzałyśmy krótki film wyemitowany przed przedstawieniem. 
Daniel Radcliffe i Joshua McGuire oprowadzali widzów po budynku Old Vic, zdradzili kilka sekretów zza kulis i sprawili, że jeszcze bardziej zatęskniłyśmy za dawno nieodwiedzanym Londynem. 


piątek, 27 października 2017

Angels in America 1 & 2 - wrażenia po seansie




Dlaczego tylko wrażenia, a nie recenzja? Bo nie jestem pewna, czy potrafiłabym porządnie zrecenzować tę sztukę. Ale jedno mogę powiedzieć od razu - jeśli jeszcze nie widzieliście - IDŹCIE NA NIĄ KONIECZNIE. To istotnie jedno z ważniejszych wydarzeń teatralnych w 2017 roku w Londynie.

Na początek garść informacji:
Akcja dramatu (podzielonego na dwie części) rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, w połowie lat 80-tych XX wieku. Poznajemy grupę nowojorskich gejów, którzy zmagają się z najróżniejszymi problemami - od zwykłych relacji międzyludzkich, po prawdziwą tragedię - AIDS.  Do tego dochodzą przemiany obyczajowe, kryzys, a nade wszystko konserwatywne rządy administracji Ronalda Regana. „Anioły w Ameryce” to sztuka, za którą autor, Tony Kushner, otrzymał nagrodę Pulitzera, dwie nagrody Tony, dwie Drama Desk Awards, The Evening Standard Award oraz wiele innych. Przez wielu jest uznawana za jedną z najważniejszych sztuk XX wieku.  

wszystkie zdjęcia stąd

Wersję wystawianą w National Theatre latem tego roku wyreżyserowała Marianne Elliot ("Dziwny przypadek psa nocną porą") i wykreowała spektakl absolutnie niezwykły, wykorzystujący w stu procentach możliwości zarówno samego teatru jak i aktorów.

A całość zagrana jest pierwszorzędnie.

Nie wiem kto zachwycił mnie najbardziej - czy egzaltowany, delikatny, kobiecy Andrew Garfield, w roli Priora chorego na AIDS, czy James McArdle ("James I"), jego chwiejny w swej lojalności partner Louis. Rewelacyjny był Russell Tovey jako Joseph Pitt, pozornie porządny, poukładany młody asystent, ale przyćmiewała go Denise Gough, grająca jego uzależnioną od środków uspokajających żonę, Harper. Każdą scenę kradł Nathan Lane jako Roy Cohn, wielka szycha administracji, prawnik z piedestału, wmawiający z uporem wszystkim, że jego AIDS to rak wątroby. Ale podobnie było z Susan Brown (Hannah Pitt, mormońska matka Josepha), czy Nathanem Stewart-Jarettem (Belize, pielęgniarz Roya i przyjaciel Priora). I nie mogę zapomnieć o Amandzie Lawrence, chimerycznym Aniele.


Ich losy splatały się w snach i wizjach, w najbardziej niespodziewanych spotkaniach, dziwnych związkach i zależnościach. Poznawaliśmy ich przemyślenia i przekonania, to jak nie tylko choroba, ale też życie z chorym wpływa na ich charakter. Do tego dochodziły spotkania z przodkami, moce nadprzyrodzone, zaskakująco realne majaki i szara codzienność. Tworzyło to dziwny, niesamowicie wciągający miks, nie pozwalający na nawet chwilę wytchnienia.

A wszystko uzupełniała wyjątkowa scenografia. W pierwszej części były to ściany, przesuwające się w zależności od miejsca akcji, tworząc mieszkania, biura, czy dom. W drugiej scena zmieniała się dynamiczniej, we wszystkich kierunkach, skupione światło wskazywało na dziejące się wydarzenia. I do tego rzesza, ubranych na czarno ludzi z obsługi. Z zasłoniętymi twarzami przemykali się niczym duchy, zmieniali dekoracje, unosili anioła, jako jego cienie, a czasem sprawiali wrażenie kolejnych postaci ze snów i potęgowali nierealny chwilami klimat opowieści.


Całość została sfilmowana rewelacyjnie - z szerokim planem gdy trzeba i zbliżeniami. Tylko napisy nie zostały dobrze dopasowane - często puenta żartu, czy wypowiedzi wyświetlała się na ekranie na kilkanaście sekund przed dojściem aktora do ostatniej kwestii. Sprawiało to, że widzowie w polskim kinie śmiali się z niektórych rzeczy wcześniej, niż publiczność teatralna.

Przed pierwszą częścią obejrzeliśmy film dokumentalny o czasach, o których opowiada sztuka, z wywiadami z autorem i reżyserką. 
Całość będzie można zobaczyć w kinach jeszcze raz, 9 i 16 listopada i naprawdę, jeśli tylko macie taką możliwość, idźcie "Anioły w Ameryce" obejrzeć. Bo bardziej niż warto.
Tylko uwaga - każda z części trwa powyżej czterech godzin (z dwoma antraktami).



środa, 25 października 2017

Yerma - recenzja po seansie

"Yermę" recenzowałyśmy już w ubiegłym roku, gdy po raz pierwszy była wystawiana w teatrze Young Vic. Spektakl okazał się ogromnym sukcesem, doceniony zarówno przez widzów jak i krytyków, a Billie Piper za główną rolę zgarnęła potrójną koronę - nagrody krytyków, Evening Standard i Oliviera. Sztuka wróciła na deski teatru tego lata i wtedy też została wyemitowana w cyklu NTlive.


To nie jest łatwy dramat - zwłaszcza, że odbierany na różnych poziomach, w zależności od własnych doświadczeń życiowych. Może być ciekawym studium przypadku. Zapisem wyniszczającej obsesji. Albo też brzydkim przypomnieniem osobistych przeżyć. O ile w czasie początkowych "rozdziałów" zarówno widownia w teatrze, jak i w kinie często wybuchała śmiechem, o tyle wraz z postępem szaleństwa bezimiennej bohaterki, rozbawienie gdzieś znikało. Ostatnie sceny oglądane były w absolutnej ciszy.

Billie Piper przeszła samą siebie - dawno nie oglądałam takiego spektrum emocji, tak wielkiego... odsłonięcia się aktora dla roli. Tego, jak czasem grymasem, czasem nerwowym gestem przekazywała, że wcale nie jest tak świetnie, jak stara się nam udowodnić. 
I jasne, festiwal i finał to był majstersztyk, ale najpiękniej dualizm tego przez co przechodziła jej bohaterka, Billie pokazała w ostatniej rozmowie "Onej" ze swoim byłym chłopakiem. Pozorna radość z jego szczęścia, a w środku rozdzierający żal i poczucie niesprawiedliwości. Mocne i tak prawdziwe. Uśmiech i połykane łzy, coraz bardziej łamiący się głos i wreszcie poddanie się smutkowi. Absolutnie zasłużenie zgarnęła wszystkie nagrody, bo "Yerma" to przede wszystkim jej popis.

zdjęcia z FB YVT
Całość została przepięknie zrealizowana. Kamera często znajdowała się poza "akwarium" ze szklanych paneli, izolując równo wszystkich widzów, były jednak chwile, gdy dawała nam unikalną możliwości obserwowania emocji na twarzach bohaterów. Jak choćby w scenie konfrontacji sióstr, czy niektórych dyskusjach z mężem. A mimo to, jak widzowie w Young Vicu, czuliśmy się jak podglądacze bardzo osobistego dramatu. 

Pomiędzy scenami, w czasie zmian dekoracji, dostawaliśmy białe napisy na czarnym tle. Bardzo podobnie zostało to rozwiązane w teatrze. Odmierzały one upływ czasu w życiu bohaterów, zapowiadały co za chwilę zobaczymy. W połączeniu z przeszywającą muzyką z hiszpańskim śpiewem, całość nadawała sztuce swoisty, niepowtarzalny rytm i w pokrętny sposób nawiązywała do oryginału. Podobnie jak monologi Johna (Brendan Cowell) mimo współczesnego słownictwa, zdawały się jak wyciągnięte ze sztuki Lorki. 
Świetne, dynamiczne, współczesne, mocne i wierne tłumaczenie współgrało z wydarzeniami na scenie. I naprawdę się przydawało - bohaterowie czasami mówili niezwykle szybko, językiem codziennym, w żaden sposób nie wygładzonym - używając i slangu i wulgaryzmów. 
I tylko jedna drobna uwaga - w czasie wspomnianych wyżej białych napisów, pojawiających się na ekranie, też przydałaby się ich polska wersja. Bo nie wszyscy widzowie radzili sobie nawet z dość prostym angielskim. 


Przed spektaklem dostaliśmy krótki dokument - rozmowę dyrektora artystycznego teatru, Davida Lana, z Simonem Stone, reżyserem, uzupełnioną wtrąceniami historyka, odnośnie autora pierwowzoru. Panowie dyskutowali o decyzji, by uwspółcześnić wystawienie, o tym jak treść sztuki jest wciąż niezwykle aktualna i jak mówi o rzeczach nadal ważnych. 

"Yermę" będzie można ponownie zobaczyć 21 listopada. Jeśli tym razem nie udało się Wam dotrzeć do kina, zaznaczcie sobie tę datę na czerwono - naprawdę warto. 



piątek, 13 października 2017

Who's Afraid of Virginia Woolf? - recenzja po seansie

Na wstępie małe wyjaśnienie - do tej pory o sztuce Edwarda Albee wiedziałam tylko, że istnieje. Nie widziałam ani żadnej innej adaptacji scenicznej, ani filmu z 1966 roku z duetem E. Taylor i R.Burton.
Szłam do kina zupełnie nie mając z czym porównać inscenizacji Jamesa Macdonalda, za to świadoma, że zachwyciła większoszość krytyków, a o treści wiedząc tyle, co z opisu na stronie:  

Campus uniwersytecki, noc po otwierającym rok akademicki przyjęciu u rektora. Historyk George i jego żona Martha goszczą u siebie w domu – na drinku po oficjalnym przyjęciu – nowego wykładowcę biologii Nicka z żoną. Nocne rozmowy, zmęczenie, a także wypijany alkohol sprawiają, że pomiędzy całą czwórką rozpoczyna się tajemnicza, a jednocześnie pełna ciętego dowcipu gra. Gra, w której ujawniają się skrywane ambicje, konflikty pokoleniowe, drapieżny erotyzm, pretensje i rodzinne sekrety zatruwające po cichu oba związki. To sztuka o zawiedzionych życiowych nadziejach, niemożności porozumienia się i nieumiejętności rozmawiania o swoich problemach.
 

Czy o tym jest sztuka? Tak.
Czy mi się podobało? Niestety nie bardzo.

Trudno krytykować klasykę, ale chyba po prostu tekst nie jest "mój". I tak, trwający około trzech godzin spektakl, zamiast budzić we mnie jakieś emocje chwilami po prostu męczył. I mimo salw śmiechu (dobiegających i od widzów na sali kinowej i tych z teatru), zupełnie nie bawił. Trudno mi też było polubić kogokolwiek z bohaterów czy w jakikolwiek sposób przejąć się ich losem.


wszystkie zdjęcia stąd

W przedstawieniu występuje czwórka aktorów:

Conleth Hill - George (Game Of Thrones, The Producers)
Imelda Staunton - Martha (Gypsy, Vera Drake, the Harry Potter)
Luke Treadaway - Nick (The Curious Incident of the Dog in the Night-Time , Fortitude, The Hollow Crown)
Imogen Poots - Honey (A Long Way Down, Jane Eyre)

I to ta ostatnia, mimo, że występująca w najmniejszej roli, moim zdaniem wypadała najlepiej.  Jej Honey jest urocza, niezbyt mądra, ale też szybko widz orientuje się, że jest zagubiona i pozamykana emocjonalnie. Kuli ramiona przy każdym ostrzejszym słowie, stara się być miła dla wszystkich i nie zauważa, gdy się w niej w niezbyt subtelny sposób wyśmiewają.
Fantastyczny był Conleth Hill, chwilami zupełnie bezbronny, chwilami niepotrzebnie okrutny. Gdy w czasie dramatycznego finału biegał dookoła sceny, z nieustannym, mamrotanym "Kyrie Elejson", to właśnie on przyciągał wzrok, nie monolog jego żony. Jego taktyka obnażania obłudy zdawała się chwilami wręcz niepotrzebnie brutalna, ale jako jedyna prowadziła do poznania prawdy.
Luke Treadaway nie miał zbyt dużo do grania, ale to, co pokazał, stuprocentowo przekonywało. Nick w jego wykonaniu był odpowiednio przystojny, śliski, niesympatyczny i co najważniejsze - nieprzeszarżowany.
Największy problem mam z występem Imeldy Staunton, która niestety chwilami przesadzała. Prawie ciągłe krzyki w dwóch pierwszych aktach męczyły i sprawiały, że umykało to, co ważne. W trzecim, kiedy zaczęła grać innymi emocjami niż tylko złość i agresja, zdecydowanie lepiej się ją oglądało i dopiero wtedy można było zrozumieć jej racje. Ale problemem mogło być też nagłośnienie - wyjątkowo podkręcony, wrzaskliwy głos, niosący się po sali kinowej sprawiał, że po jakimś czasie widzów zaczynały boleć głowy.


 
Przed seansem wyemitowano krótki, dokumentalny film o autorze sztuki i jego poglądach na teatr i życie. Z kilku celnych cytatów najbardziej adekwatny zdawał się jeden: "Sztuka o której można opowiedzieć w trzech zdaniach, nie powinna być dłuższa, niż te trzy zdania.".
I piękna, nieprzetłumaczalna gra słów: 
Pytanie dziennikarza: "What Virginia Wolf is about?"
I odpowiedź autora: "Virginia Wolf is about three hours."

Tym razem niestety nie zachwyciły napisy - bazujące na przekładzie Jacka Poniedziałka, były chwilami nieadekwatne do tego, co działo się na ekranie, momentami bardziej wulgarne niż w oryginale i przede wszystkim niezbyt dobrze zsynchronizowane.


Dla zainteresowanych przedstawienie będzie można jeszcze zobaczyć w kinach w listopadzie, na pewno warto się na nie wybrać, choćby po to, by wyrobić sobie własne zdanie.


środa, 11 października 2017

Twelfth Night - recenzja po seansie



Burzliwa noc. Statek rozbija się na skałach, część pasażerów tonie, części udaje się ocaleć. Wśród nich znajdują się bliźnięta, Viola i Sebastian, wyrzuceni na brzeg daleko od siebie, każde z tlącą się nadzieją, że drugie przeżyło. Viola by odnaleźć brata, przebiera się za mężczyznę, przybiera imię Cesario i najmuje na służbę do księcia Orsino, w którym się zakochuje. Tylko, że u księcia ma pełnić rolę posłańca, którego ten wysyła do swojej ukochanej Olivii pragnąc przekonać ją o sile swojego uczucia. A Olivia oczywiście zakochuje się w Cesario, nie przeczuwając, że to przebrana kobieta...

Wieczór Trzech Króli to jedna z najpopularniejszych komedii Szekspira. Zabawna, grająca konwenansami i  typowym qui pro quo, a jednak ze znacznie poważniejszym drugim dnem, niż inne późniejsze farsy. 
Spektakl wyreżyserował Simon Godwin, którego inne produkcje: „Człowiek i nadczłowiek” oraz „Strategię gołych kawalerów” mogliśmy już oglądać w cyklu NT Live. I zrobił to z właściwą sobie ogromną żywiołowością, energią, kolorami i szaleństwem.
Ale to co wyróżnia "Wieczór Trzech Króli" z National Theatre od innych adaptacji to bardzo płynna tożsamość płciowa bohaterów.

zdjęcia ze strony NT
Każdą scenę i serce publiczności kradnie Tamsin Greig jako purytańska Malvolia. Z równo przyciętą grzywką,w  idealnie odprasowanych czarnych sukniach,z nieustannym dążeniem do perfekcji i przekonaniem o swojej wyższości nad innymi, swą dominacje uznaje za coś zupełnie naturalnego. Kocha Olivię i jest przekonana, że jako jedyna jest prawdziwie godna ręki swej umiłowanej pani. 


Tamsin towarzyszy Phoebe Fox ("Widok z mostu"), jako zaskakująco sympatyczna, naturalna i dość zagubiona Olivia. Wciąż opłakuje brata, ale z jednej strony widać, że lubi takie życie - wraz ze swoimi damami, zamknięta za murami domu, bezpieczna i z uporem odrzucająca wszelkie zaloty. Dopiero młody posłaniec sprawia, że zaczyna inaczej patrzeć na życie. Tamara Lawrance jako Viola/Cesario jest bardzo przekonująca w obu swoich rolach. Faktycznie widzimy i młodego, bezczelnego chłopca i zakochaną dziewczynę, czasem w jednej i tej samej scenie, jak choćby podczas przyjęcia urodzinowego Orsino (fantastycznie przerysowany Oliver Chris "King Charles III", "Great Britain", "Closer")


Całość jest niezwykle kolorowa, z graną na żywo muzyką, z piosenkami, często sprawia wrażenie jednej, wielkiej imprezy, a mimo to spod radosnej zabawy, wyzierają poważniejsze tematy. Współczesne gesty i zachowania postaci, pomagają przenieść wydarzenia gdzieś w bliżej nieokreśloną teraźniejszość.
Zmiana płci niektórych bohaterów sprawia, że zupełnie inaczej ogląda się tak dobrze znane sceny. Jak choćby podrobiony list, z którego Malvolia dowiaduje się, że jest obiektem uczuć swej pani. Śmiejemy się, bo Tamsin robi prawdziwy show, ale jednocześnie żal nam kobiety w średnim wieku, wystawionej na dość brutalne  pośmiewisko. Coś co w przypadku oryginalnego Malvolia aż tak nam nie przeszkadzało, tu pokazuje dokładnie okrucieństwo żartu i smutne jego konsekwencje. Pod sam koniec, gdy Malvolia, pokonana i zgnębiona, zdejmuje perukę ostatecznie niszcząc własne wrażenie doskonałości, zostaje w nas o wiele dłużej niż radosne połączenie zakochanych par.


Centralnym punktem scenografii Soutry Gilmour była wielka, schodkowa piramida. Umiejscowiona na obrotowej scenie zmieniała się w zależności od potrzeb w okręt, salon, ogród, łaźnię, czy nawet krzykliwy bar.
Po raz kolejny przed transmisją dostaliśmy bardzo ciekawy dokument o produkcji. O wyborach reżysera i odmiennym podejściu do tematu. O tym jak współcześnie zmienia się pojmowanie płci, jak świat powoli i z oporami, otwiera się na odmienność. Ale w tym wszystkim najbardziej w pamięć zapadła wypowiedź Daniela Ezry, grającego Sebastiana. Mówił on, że to jest sztuka o ludziach i dzięki zmianom wprowadzonym przez reżysera, nareszcie w pełni to widać. Nie ma znaczenia czy są czarni czy biali, kobiety czy mężczyźni. Na końcu na scenie pozostaje grupa po prostu ludzi ze swoimi emocjami i dramatami.


"Wieczór Trzech Króli" można było oglądać na żywo, na scenie Oliviera w National Theatre, od lutego do maja 2017 roku. Spektakl zebrał dobre recenzje, choć nie wszystkim krytykom podobała się stylistyka adaptacji. Wszyscy jednak niemal jednogłośnie chwalili Tamsin Greig.

piątek, 29 września 2017

Amadeus - recenzja po seansie

Wracamy po długiej przerwie - mamy nadzieję, że tym razem już na stałe.


zdjęcie stąd
Muzyka. Władza. Zazdrość.
Młody, entuzjastyczny i przebojowy Wolfgang Amadeusz Mozart przybywa do Wiednia, ówczesnej muzycznej stolicy całego świata. Jest nie tylko przekonany o własnym geniuszu, ale też zdeterminowany, by odnieść wielki sukces. Nadworny kompozytor cesarza, Antonio Salieri z jednej strony jest olśniony dziełami Mozarta, ale z drugiej zazdrości mu tak bardzo, że postanawia uczynić wszystko co w jego mocy, by pozbyć się rywala.

Sztuka "Amadeusz" Petera Shaffera została zainspirowana legendą o tym, że Salieri był odpowiedzialny za śmierć Mozarta. Źródła historyczne nie potwierdzają niczego podobnego, ale wystarczył fakt, że obaj panowie żyli i komponowali w jednym mieście, by zainspirowało to wielu twórców. Sztukę wystawiono w National Theatre po raz pierwszy w 1979 roku i została obsypana nagrodami. Na jej podstawie Miloš Forman nakręcił nagrodzony Oscarem film o tym samym tytule.

wszystkie zdjęcia z FB NT
 W adaptacji Michaela Longhursta, Lucian Msamati gra Salieriego - pobożnego, ale w bardzo interesowny sposób, kochającego muzykę, choć nie umiejącego stworzyć nic ponadczasowego. Poznajemy go w noc jego śmierci, gdy siedząc na wózku inwalidzkim opowiada nam swoją historię, zaczynającą się w małym włoskim miasteczku, gdzie 16 letni Antonio dobił pierwszego targu z Bogiem. Obiecał mu cnotliwe życie, pomoc innym, wysławianie boskiej chwały w swoich dziełach, a w zamian za to miał stać się sławnym kompozytorem. I początkowo wychodziło na to, że obie strony dotrzymały układu. Mimo wielu pokus i ponętnych uczennic Salieri dochowywał wierności żonie, coraz lepiej czuł się na dworze odnosząc całkiem spore sukcesy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby do Wiednia nie postanowiło sprowadzić się, już ponad dwudziestoletnie, "cudowne dziecko" muzyki. Wolfgang (Adam Gillen) - głośny, wulgarny, rozwydrzony, a jednocześnie obdarzony unikatowym talentem, jakiego Salieriemu brakowało.


Antonio zaczyna knuć i intrygować, zrywa swój zakład, zamiast sojuszników stają się z Bogiem rywalami. Salieri przysięga zniszczyć Mozarta, ten instrument przez który jego zdaniem Bóg mówi do świata. Porzuca życie w cnocie, bierze kochankę, przestaje tak chętnie pomagać innym. I wciąż i wciąż jątrzy wokół młodego kompozytora, próbując uwieść jego żonę Konstancję (Karla Crome), blokując mu możliwości kariery, ale podając się za jego przyjaciela. A jednocześnie nieustannie widzi jak wiele jemu samemu brakuje do geniuszu.

O ile pierwsza połowa spektaklu to wprowadzenie i zawiązanie akcji - poznajemy głównych bohaterów, ich motywacje i pragnienia, o tyle druga to pełna emocji kulminacja intryg. Adam Gillen gra Mozarta trochę jak Groucho Marxa - niemal wręcz karykaturalnego, z otwartymi ustami naśladującego innych, irytującego i męcząco entuzjastycznego. Nie da się go lubić, a mimo to na końcu nie można nie czuć żalu. Amadeusz Gillena ma w sobie nieustanny niepokój, nieustanne pragnienie tworzenia i zasłużenia na aprobatę ojca, a jednocześnie chce się bawić i żyć po swojemu. Nawet rozsądna, choć prosta żona, nie jest w stanie nad nim zapanować.


Salieri Msamatiego to charyzmatyczny Włoch - o czym przypomina nam ciężki akcent w chwilach wzburzenia bohatera. I początkowo współczujemy mu i poniekąd rozumiemy pragnienie zemsty. Aż do sceny, gdy klęcząc w złotym fraku, przed zniszczonym i załamanym Mozartem, tłumaczy mu, że ten zabrał mu wszystko i błaga o odpuszczenie grzechów. A w tle rozbrzmiewa Requiem. To dla mnie był najmocniejszy moment całego spektaklu, wzorowo zagrany i wyreżyserowany. Późniejszy finał, mimo mocnych słów, mimo gorzkiego pożegnania Salieriego nie miał już tej mocy. 
"Amadeusz" Longhursta nie byłby tak chwalony przez krytyków (pięcio i czterogwiazdkowe recenzje), gdyby nie muzyka na żywo, grana przez Southbank Sinfonia. Tylko, że muzycy wcale nie siedzieli w jednym miejscu. Poruszali się po scenie, stanowili tło, a równie często uczestników wydarzeń. A mimo to, dzieła Mozarta nie traciły nic ze swojego piękna. 


Całość została sfilmowana bardzo sprawnie - i zbliżenia i szeroki plan płynnie się przenikały, widać jak wiele realizatorzy nauczyli się przez te kilka lat. Ponieważ w sztuce mówiono po angielsku, włosku, niemiecku a nawet francusku, to tym razem napisy okazały się niezbędne. Nie mam pojęcia jak to wyglądało w teatrze, ale bez napisów i znajomości choćby podstaw włoskiego, kilka smaczków na pewno by umknęło. 
Przed seansem, oprócz tradycyjnych zapowiedzi i filmu promującego działania National Theatre dla młodych twórców, pokazano nam bardzo ciekawy dokument zza kulis. I właśnie w nim Lucian Msamati powiedział niezwykle ciekawą rzecz. Sztuka w swoich pierwszych szkicach nosiła tytuł "Salieri", dopiero znacznie później został on zmieniony na "Amadeusz". I biednemu Antoniowi nawet to odebrano. Choć cały spektakl podążamy za nim, choć wszystkie wydarzenia obserwujemy jego oczami, to i tak nie udało mu się zostać tytułowym bohaterem - chyba najlepsze i najcelniejsze podsumowanie całego dramatu.

Adaptacja okazała się takim sukcesem, że wraca do National Theatre w styczniu 2018 i będzie grana do 17 lutego.


czwartek, 17 listopada 2016

The Entertainer - kilka uwag po seansie

Na "Złodzieju" byłyśmy dokładnie tydzień temu w Londynie, recenzja spektaklu pojawiła się na blogu zaledwie wczoraj, dlatego dzisiejsza notka to raczej zbiór uwag Ani1 po seansie.


Przyznam uczciwie, szłam do kina z nadzieją, że to, co nie zachwyciło na żywo, spodoba mi się na dużym ekranie - z polskimi napisami, w wygodnym fotelu (te w Garricku trudno nazwać komfortowymi), na spokojnie. Niestety - nic z tego. Przy czym, o ile wyjątkowo podobał mi się sposób realizacji transmisji, o tyle uwypuklił on także wszystkie mankamenty przedstawienia.

Ale od początku.
Przede wszystkim o tym, co wzbudzało największe emocje w czasie poprzednich pokazów Kenneth Branagh Theatre Company ("Zimowej opowieści" i "Romea i Julii") czyli o napisach. Z przyjemnością muszę powiedzieć, że tym razem tłumaczenie, poza maleńkimi potknięciami było bez zarzutu. Z prawidłową ortografią, gramatyką, interpunkcją, odpowiadające temu co się działo na ekranie, dokładnie takie właśnie, jakie zawsze powinno być. Nic nie zgrzytało, nic nie denerwowało i z łatwością można było zrozumieć potoki wymowy bohaterów.

Ponownie reżyserem pokazu kinowego był Beniamin Caron. To zapewne on zadecydował, by całość była filmowana ze statycznej kamery. Nie było podążania za postacią, nie było wielkich zbliżeń pokazujących najdrobniejsze drgnienie powieki. Tylko na czas występów Archiego obraz lekko się przybliżał, wciąż jednak zachowując w miarę pełen plan. Z początku mogły lekko irytować drobne, kilkucentymetrowe drgnięcia i przesunięcia, później jednak stały się niemal niezauważalne. Muszę przyznać, że mając w pamięci stare, archiwalne nagrania RSC, filmowane właśnie z kamery zawieszonej na balkonie, byłam pełna obaw o efekt, ale ten okazał się moim zdaniem rewelacyjny. Po raz pierwszy oglądając seans w kinie poczułam się dokładnie tak, jak czasem siedząc na bardzo dobrych miejscach na teatralnej widowni. Reżyser w żaden sposób nie narzucał swojego zdania, nie wskazywał postaci, na której należy skupić uwagę, widz miał pełną dowolność wyboru bohatera, którego chce w danej chwili obserwować, dokładnie jak w teatrze.
 
Szkoda, iż więcej przedstawień nie jest realizowanych w podobny sposób - czasem zmuszeni do podążania za kamerą tracimy różne ciekawe niuanse na drugim i trzecim planie. Dziś na przykład, zamiast głównej gwiazdy, z radością obserwowałam tancerki rewiowe, perfekcyjnie zmieniające dekoracje.


Bo niestety muszę przyznać, że może sztuka nie zniechęciłaby mnie tak bardzo, gdyby nie... sam Kenneth Branagh. Jego Archie zagrany został z męczącą manierą, chwilami przeszarżowany, nieustannie krzyczący, nawet w momentach, które wymagały cichszego tonu. Dopóki nie było go na scenie, nawet z przyjemnością obserwowałam rozwijający się dramat rodzinny. Z chwilą jednak gdy się pojawiał, dominował wszystkich, wprowadzając zbędny chaos i hałas, sprawiając, że ciężko było skupić się na czymkolwiek. I widać nie tylko mi to przeszkadzało - po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, gdzie sporo osób stopniowo zaczęło wychodzić z seansu, nie czekając nawet do antraktu. Tak, zdaję sobie sprawę, że takie odtwarzanie roli może i spełniało założenia reżysera, jednak moim zdaniem coś nie do końca wyszło. Zabrakło chemii i chyba jednak charyzmy. A to, co irytowało siedząc w teatrze, stało się niemal nie do zniesienia z tradycyjnie rewelacyjnym dźwiękiem kinowym.

Jednak, jak już pisałyśmy w recenzji, przedstawienie spodobało się sporej ilości osób. Wielcy fani sir Kena, zapewne wyszli z seansu zadowoleni. 
Jeśli chcecie się przekonać, czy zgadzacie się z naszą opinią, możecie to jeszcze zrobić 12 stycznia. W końcu nie wiadomo, czy po intensywnym roku sztuk w Garricku, Kenneth Branagh tak szybko wróci na scenę...