piątek, 13 października 2017

Who's Afraid of Virginia Woolf? - recenzja po seansie

Na wstępie małe wyjaśnienie - do tej pory o sztuce Edwarda Albee wiedziałam tylko, że istnieje. Nie widziałam ani żadnej innej adaptacji scenicznej, ani filmu z 1966 roku z duetem E. Taylor i R.Burton.
Szłam do kina zupełnie nie mając z czym porównać inscenizacji Jamesa Macdonalda, za to świadoma, że zachwyciła większoszość krytyków, a o treści wiedząc tyle, co z opisu na stronie:  

Campus uniwersytecki, noc po otwierającym rok akademicki przyjęciu u rektora. Historyk George i jego żona Martha goszczą u siebie w domu – na drinku po oficjalnym przyjęciu – nowego wykładowcę biologii Nicka z żoną. Nocne rozmowy, zmęczenie, a także wypijany alkohol sprawiają, że pomiędzy całą czwórką rozpoczyna się tajemnicza, a jednocześnie pełna ciętego dowcipu gra. Gra, w której ujawniają się skrywane ambicje, konflikty pokoleniowe, drapieżny erotyzm, pretensje i rodzinne sekrety zatruwające po cichu oba związki. To sztuka o zawiedzionych życiowych nadziejach, niemożności porozumienia się i nieumiejętności rozmawiania o swoich problemach.
 

Czy o tym jest sztuka? Tak.
Czy mi się podobało? Niestety nie bardzo.

Trudno krytykować klasykę, ale chyba po prostu tekst nie jest "mój". I tak, trwający około trzech godzin spektakl, zamiast budzić we mnie jakieś emocje chwilami po prostu męczył. I mimo salw śmiechu (dobiegających i od widzów na sali kinowej i tych z teatru), zupełnie nie bawił. Trudno mi też było polubić kogokolwiek z bohaterów czy w jakikolwiek sposób przejąć się ich losem.


wszystkie zdjęcia stąd

W przedstawieniu występuje czwórka aktorów:

Conleth Hill - George (Game Of Thrones, The Producers)
Imelda Staunton - Martha (Gypsy, Vera Drake, the Harry Potter)
Luke Treadaway - Nick (The Curious Incident of the Dog in the Night-Time , Fortitude, The Hollow Crown)
Imogen Poots - Honey (A Long Way Down, Jane Eyre)

I to ta ostatnia, mimo, że występująca w najmniejszej roli, moim zdaniem wypadała najlepiej.  Jej Honey jest urocza, niezbyt mądra, ale też szybko widz orientuje się, że jest zagubiona i pozamykana emocjonalnie. Kuli ramiona przy każdym ostrzejszym słowie, stara się być miła dla wszystkich i nie zauważa, gdy się w niej w niezbyt subtelny sposób wyśmiewają.
Fantastyczny był Conleth Hill, chwilami zupełnie bezbronny, chwilami niepotrzebnie okrutny. Gdy w czasie dramatycznego finału biegał dookoła sceny, z nieustannym, mamrotanym "Kyrie Elejson", to właśnie on przyciągał wzrok, nie monolog jego żony. Jego taktyka obnażania obłudy zdawała się chwilami wręcz niepotrzebnie brutalna, ale jako jedyna prowadziła do poznania prawdy.
Luke Treadaway nie miał zbyt dużo do grania, ale to, co pokazał, stuprocentowo przekonywało. Nick w jego wykonaniu był odpowiednio przystojny, śliski, niesympatyczny i co najważniejsze - nieprzeszarżowany.
Największy problem mam z występem Imeldy Staunton, która niestety chwilami przesadzała. Prawie ciągłe krzyki w dwóch pierwszych aktach męczyły i sprawiały, że umykało to, co ważne. W trzecim, kiedy zaczęła grać innymi emocjami niż tylko złość i agresja, zdecydowanie lepiej się ją oglądało i dopiero wtedy można było zrozumieć jej racje. Ale problemem mogło być też nagłośnienie - wyjątkowo podkręcony, wrzaskliwy głos, niosący się po sali kinowej sprawiał, że po jakimś czasie widzów zaczynały boleć głowy.


 
Przed seansem wyemitowano krótki, dokumentalny film o autorze sztuki i jego poglądach na teatr i życie. Z kilku celnych cytatów najbardziej adekwatny zdawał się jeden: "Sztuka o której można opowiedzieć w trzech zdaniach, nie powinna być dłuższa, niż te trzy zdania.".
I piękna, nieprzetłumaczalna gra słów: 
Pytanie dziennikarza: "What Virginia Wolf is about?"
I odpowiedź autora: "Virginia Wolf is about three hours."

Tym razem niestety nie zachwyciły napisy - bazujące na przekładzie Jacka Poniedziałka, były chwilami nieadekwatne do tego, co działo się na ekranie, momentami bardziej wulgarne niż w oryginale i przede wszystkim niezbyt dobrze zsynchronizowane.


Dla zainteresowanych przedstawienie będzie można jeszcze zobaczyć w kinach w listopadzie, na pewno warto się na nie wybrać, choćby po to, by wyrobić sobie własne zdanie.


środa, 11 października 2017

Twelfth Night - recenzja po seansie



Burzliwa noc. Statek rozbija się na skałach, część pasażerów tonie, części udaje się ocaleć. Wśród nich znajdują się bliźnięta, Viola i Sebastian, wyrzuceni na brzeg daleko od siebie, każde z tlącą się nadzieją, że drugie przeżyło. Viola by odnaleźć brata, przebiera się za mężczyznę, przybiera imię Cesario i najmuje na służbę do księcia Orsino, w którym się zakochuje. Tylko, że u księcia ma pełnić rolę posłańca, którego ten wysyła do swojej ukochanej Olivii pragnąc przekonać ją o sile swojego uczucia. A Olivia oczywiście zakochuje się w Cesario, nie przeczuwając, że to przebrana kobieta...

Wieczór Trzech Króli to jedna z najpopularniejszych komedii Szekspira. Zabawna, grająca konwenansami i  typowym qui pro quo, a jednak ze znacznie poważniejszym drugim dnem, niż inne późniejsze farsy. 
Spektakl wyreżyserował Simon Godwin, którego inne produkcje: „Człowiek i nadczłowiek” oraz „Strategię gołych kawalerów” mogliśmy już oglądać w cyklu NT Live. I zrobił to z właściwą sobie ogromną żywiołowością, energią, kolorami i szaleństwem.
Ale to co wyróżnia "Wieczór Trzech Króli" z National Theatre od innych adaptacji to bardzo płynna tożsamość płciowa bohaterów.

zdjęcia ze strony NT
Każdą scenę i serce publiczności kradnie Tamsin Greig jako purytańska Malvolia. Z równo przyciętą grzywką,w  idealnie odprasowanych czarnych sukniach,z nieustannym dążeniem do perfekcji i przekonaniem o swojej wyższości nad innymi, swą dominacje uznaje za coś zupełnie naturalnego. Kocha Olivię i jest przekonana, że jako jedyna jest prawdziwie godna ręki swej umiłowanej pani. 


Tamsin towarzyszy Phoebe Fox ("Widok z mostu"), jako zaskakująco sympatyczna, naturalna i dość zagubiona Olivia. Wciąż opłakuje brata, ale z jednej strony widać, że lubi takie życie - wraz ze swoimi damami, zamknięta za murami domu, bezpieczna i z uporem odrzucająca wszelkie zaloty. Dopiero młody posłaniec sprawia, że zaczyna inaczej patrzeć na życie. Tamara Lawrance jako Viola/Cesario jest bardzo przekonująca w obu swoich rolach. Faktycznie widzimy i młodego, bezczelnego chłopca i zakochaną dziewczynę, czasem w jednej i tej samej scenie, jak choćby podczas przyjęcia urodzinowego Orsino (fantastycznie przerysowany Oliver Chris "King Charles III", "Great Britain", "Closer")


Całość jest niezwykle kolorowa, z graną na żywo muzyką, z piosenkami, często sprawia wrażenie jednej, wielkiej imprezy, a mimo to spod radosnej zabawy, wyzierają poważniejsze tematy. Współczesne gesty i zachowania postaci, pomagają przenieść wydarzenia gdzieś w bliżej nieokreśloną teraźniejszość.
Zmiana płci niektórych bohaterów sprawia, że zupełnie inaczej ogląda się tak dobrze znane sceny. Jak choćby podrobiony list, z którego Malvolia dowiaduje się, że jest obiektem uczuć swej pani. Śmiejemy się, bo Tamsin robi prawdziwy show, ale jednocześnie żal nam kobiety w średnim wieku, wystawionej na dość brutalne  pośmiewisko. Coś co w przypadku oryginalnego Malvolia aż tak nam nie przeszkadzało, tu pokazuje dokładnie okrucieństwo żartu i smutne jego konsekwencje. Pod sam koniec, gdy Malvolia, pokonana i zgnębiona, zdejmuje perukę ostatecznie niszcząc własne wrażenie doskonałości, zostaje w nas o wiele dłużej niż radosne połączenie zakochanych par.


Centralnym punktem scenografii Soutry Gilmour była wielka, schodkowa piramida. Umiejscowiona na obrotowej scenie zmieniała się w zależności od potrzeb w okręt, salon, ogród, łaźnię, czy nawet krzykliwy bar.
Po raz kolejny przed transmisją dostaliśmy bardzo ciekawy dokument o produkcji. O wyborach reżysera i odmiennym podejściu do tematu. O tym jak współcześnie zmienia się pojmowanie płci, jak świat powoli i z oporami, otwiera się na odmienność. Ale w tym wszystkim najbardziej w pamięć zapadła wypowiedź Daniela Ezry, grającego Sebastiana. Mówił on, że to jest sztuka o ludziach i dzięki zmianom wprowadzonym przez reżysera, nareszcie w pełni to widać. Nie ma znaczenia czy są czarni czy biali, kobiety czy mężczyźni. Na końcu na scenie pozostaje grupa po prostu ludzi ze swoimi emocjami i dramatami.


"Wieczór Trzech Króli" można było oglądać na żywo, na scenie Oliviera w National Theatre, od lutego do maja 2017 roku. Spektakl zebrał dobre recenzje, choć nie wszystkim krytykom podobała się stylistyka adaptacji. Wszyscy jednak niemal jednogłośnie chwalili Tamsin Greig.

piątek, 29 września 2017

Amadeus - recenzja po seansie

Wracamy po długiej przerwie - mamy nadzieję, że tym razem już na stałe.


zdjęcie stąd
Muzyka. Władza. Zazdrość.
Młody, entuzjastyczny i przebojowy Wolfgang Amadeusz Mozart przybywa do Wiednia, ówczesnej muzycznej stolicy całego świata. Jest nie tylko przekonany o własnym geniuszu, ale też zdeterminowany, by odnieść wielki sukces. Nadworny kompozytor cesarza, Antonio Salieri z jednej strony jest olśniony dziełami Mozarta, ale z drugiej zazdrości mu tak bardzo, że postanawia uczynić wszystko co w jego mocy, by pozbyć się rywala.

Sztuka "Amadeusz" Petera Shaffera została zainspirowana legendą o tym, że Salieri był odpowiedzialny za śmierć Mozarta. Źródła historyczne nie potwierdzają niczego podobnego, ale wystarczył fakt, że obaj panowie żyli i komponowali w jednym mieście, by zainspirowało to wielu twórców. Sztukę wystawiono w National Theatre po raz pierwszy w 1979 roku i została obsypana nagrodami. Na jej podstawie Miloš Forman nakręcił nagrodzony Oscarem film o tym samym tytule.

wszystkie zdjęcia z FB NT
 W adaptacji Michaela Longhursta, Lucian Msamati gra Salieriego - pobożnego, ale w bardzo interesowny sposób, kochającego muzykę, choć nie umiejącego stworzyć nic ponadczasowego. Poznajemy go w noc jego śmierci, gdy siedząc na wózku inwalidzkim opowiada nam swoją historię, zaczynającą się w małym włoskim miasteczku, gdzie 16 letni Antonio dobił pierwszego targu z Bogiem. Obiecał mu cnotliwe życie, pomoc innym, wysławianie boskiej chwały w swoich dziełach, a w zamian za to miał stać się sławnym kompozytorem. I początkowo wychodziło na to, że obie strony dotrzymały układu. Mimo wielu pokus i ponętnych uczennic Salieri dochowywał wierności żonie, coraz lepiej czuł się na dworze odnosząc całkiem spore sukcesy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby do Wiednia nie postanowiło sprowadzić się, już ponad dwudziestoletnie, "cudowne dziecko" muzyki. Wolfgang (Adam Gillen) - głośny, wulgarny, rozwydrzony, a jednocześnie obdarzony unikatowym talentem, jakiego Salieriemu brakowało.


Antonio zaczyna knuć i intrygować, zrywa swój zakład, zamiast sojuszników stają się z Bogiem rywalami. Salieri przysięga zniszczyć Mozarta, ten instrument przez który jego zdaniem Bóg mówi do świata. Porzuca życie w cnocie, bierze kochankę, przestaje tak chętnie pomagać innym. I wciąż i wciąż jątrzy wokół młodego kompozytora, próbując uwieść jego żonę Konstancję (Karla Crome), blokując mu możliwości kariery, ale podając się za jego przyjaciela. A jednocześnie nieustannie widzi jak wiele jemu samemu brakuje do geniuszu.

O ile pierwsza połowa spektaklu to wprowadzenie i zawiązanie akcji - poznajemy głównych bohaterów, ich motywacje i pragnienia, o tyle druga to pełna emocji kulminacja intryg. Adam Gillen gra Mozarta trochę jak Groucho Marxa - niemal wręcz karykaturalnego, z otwartymi ustami naśladującego innych, irytującego i męcząco entuzjastycznego. Nie da się go lubić, a mimo to na końcu nie można nie czuć żalu. Amadeusz Gillena ma w sobie nieustanny niepokój, nieustanne pragnienie tworzenia i zasłużenia na aprobatę ojca, a jednocześnie chce się bawić i żyć po swojemu. Nawet rozsądna, choć prosta żona, nie jest w stanie nad nim zapanować.


Salieri Msamatiego to charyzmatyczny Włoch - o czym przypomina nam ciężki akcent w chwilach wzburzenia bohatera. I początkowo współczujemy mu i poniekąd rozumiemy pragnienie zemsty. Aż do sceny, gdy klęcząc w złotym fraku, przed zniszczonym i załamanym Mozartem, tłumaczy mu, że ten zabrał mu wszystko i błaga o odpuszczenie grzechów. A w tle rozbrzmiewa Requiem. To dla mnie był najmocniejszy moment całego spektaklu, wzorowo zagrany i wyreżyserowany. Późniejszy finał, mimo mocnych słów, mimo gorzkiego pożegnania Salieriego nie miał już tej mocy. 
"Amadeusz" Longhursta nie byłby tak chwalony przez krytyków (pięcio i czterogwiazdkowe recenzje), gdyby nie muzyka na żywo, grana przez Southbank Sinfonia. Tylko, że muzycy wcale nie siedzieli w jednym miejscu. Poruszali się po scenie, stanowili tło, a równie często uczestników wydarzeń. A mimo to, dzieła Mozarta nie traciły nic ze swojego piękna. 


Całość została sfilmowana bardzo sprawnie - i zbliżenia i szeroki plan płynnie się przenikały, widać jak wiele realizatorzy nauczyli się przez te kilka lat. Ponieważ w sztuce mówiono po angielsku, włosku, niemiecku a nawet francusku, to tym razem napisy okazały się niezbędne. Nie mam pojęcia jak to wyglądało w teatrze, ale bez napisów i znajomości choćby podstaw włoskiego, kilka smaczków na pewno by umknęło. 
Przed seansem, oprócz tradycyjnych zapowiedzi i filmu promującego działania National Theatre dla młodych twórców, pokazano nam bardzo ciekawy dokument zza kulis. I właśnie w nim Lucian Msamati powiedział niezwykle ciekawą rzecz. Sztuka w swoich pierwszych szkicach nosiła tytuł "Salieri", dopiero znacznie później został on zmieniony na "Amadeusz". I biednemu Antoniowi nawet to odebrano. Choć cały spektakl podążamy za nim, choć wszystkie wydarzenia obserwujemy jego oczami, to i tak nie udało mu się zostać tytułowym bohaterem - chyba najlepsze i najcelniejsze podsumowanie całego dramatu.

Adaptacja okazała się takim sukcesem, że wraca do National Theatre w styczniu 2018 i będzie grana do 17 lutego.


czwartek, 17 listopada 2016

The Entertainer - kilka uwag po seansie

Na "Złodzieju" byłyśmy dokładnie tydzień temu w Londynie, recenzja spektaklu pojawiła się na blogu zaledwie wczoraj, dlatego dzisiejsza notka to raczej zbiór uwag Ani1 po seansie.


Przyznam uczciwie, szłam do kina z nadzieją, że to, co nie zachwyciło na żywo, spodoba mi się na dużym ekranie - z polskimi napisami, w wygodnym fotelu (te w Garricku trudno nazwać komfortowymi), na spokojnie. Niestety - nic z tego. Przy czym, o ile wyjątkowo podobał mi się sposób realizacji transmisji, o tyle uwypuklił on także wszystkie mankamenty przedstawienia.

Ale od początku.
Przede wszystkim o tym, co wzbudzało największe emocje w czasie poprzednich pokazów Kenneth Branagh Theatre Company ("Zimowej opowieści" i "Romea i Julii") czyli o napisach. Z przyjemnością muszę powiedzieć, że tym razem tłumaczenie, poza maleńkimi potknięciami było bez zarzutu. Z prawidłową ortografią, gramatyką, interpunkcją, odpowiadające temu co się działo na ekranie, dokładnie takie właśnie, jakie zawsze powinno być. Nic nie zgrzytało, nic nie denerwowało i z łatwością można było zrozumieć potoki wymowy bohaterów.

Ponownie reżyserem pokazu kinowego był Beniamin Caron. To zapewne on zadecydował, by całość była filmowana ze statycznej kamery. Nie było podążania za postacią, nie było wielkich zbliżeń pokazujących najdrobniejsze drgnienie powieki. Tylko na czas występów Archiego obraz lekko się przybliżał, wciąż jednak zachowując w miarę pełen plan. Z początku mogły lekko irytować drobne, kilkucentymetrowe drgnięcia i przesunięcia, później jednak stały się niemal niezauważalne. Muszę przyznać, że mając w pamięci stare, archiwalne nagrania RSC, filmowane właśnie z kamery zawieszonej na balkonie, byłam pełna obaw o efekt, ale ten okazał się moim zdaniem rewelacyjny. Po raz pierwszy oglądając seans w kinie poczułam się dokładnie tak, jak czasem siedząc na bardzo dobrych miejscach na teatralnej widowni. Reżyser w żaden sposób nie narzucał swojego zdania, nie wskazywał postaci, na której należy skupić uwagę, widz miał pełną dowolność wyboru bohatera, którego chce w danej chwili obserwować, dokładnie jak w teatrze.
 
Szkoda, iż więcej przedstawień nie jest realizowanych w podobny sposób - czasem zmuszeni do podążania za kamerą tracimy różne ciekawe niuanse na drugim i trzecim planie. Dziś na przykład, zamiast głównej gwiazdy, z radością obserwowałam tancerki rewiowe, perfekcyjnie zmieniające dekoracje.


Bo niestety muszę przyznać, że może sztuka nie zniechęciłaby mnie tak bardzo, gdyby nie... sam Kenneth Branagh. Jego Archie zagrany został z męczącą manierą, chwilami przeszarżowany, nieustannie krzyczący, nawet w momentach, które wymagały cichszego tonu. Dopóki nie było go na scenie, nawet z przyjemnością obserwowałam rozwijający się dramat rodzinny. Z chwilą jednak gdy się pojawiał, dominował wszystkich, wprowadzając zbędny chaos i hałas, sprawiając, że ciężko było skupić się na czymkolwiek. I widać nie tylko mi to przeszkadzało - po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, gdzie sporo osób stopniowo zaczęło wychodzić z seansu, nie czekając nawet do antraktu. Tak, zdaję sobie sprawę, że takie odtwarzanie roli może i spełniało założenia reżysera, jednak moim zdaniem coś nie do końca wyszło. Zabrakło chemii i chyba jednak charyzmy. A to, co irytowało siedząc w teatrze, stało się niemal nie do zniesienia z tradycyjnie rewelacyjnym dźwiękiem kinowym.

Jednak, jak już pisałyśmy w recenzji, przedstawienie spodobało się sporej ilości osób. Wielcy fani sir Kena, zapewne wyszli z seansu zadowoleni. 
Jeśli chcecie się przekonać, czy zgadzacie się z naszą opinią, możecie to jeszcze zrobić 12 stycznia. W końcu nie wiadomo, czy po intensywnym roku sztuk w Garricku, Kenneth Branagh tak szybko wróci na scenę...

środa, 16 listopada 2016

The Entertainer - recenzja

"The Entertainer" nazywany jest współczesnym klasykiem, powstał, kiedy Laurence Olivier, zachwycony pierwszą sztuką Johna Osborne'a "Look Back in Anger", poprosił dramaturga o napisanie czegoś o "wściekłym mężczyźnie w średnim wieku".

Akcja toczy się w latach 40-tych ubiegłego wieku, a bohaterowie to trzy pokolenia rodziny Rice:
- Archie - aktor z trudem wiążący koniec z końcem (a i to nie zawsze),
- Bill - jego ojciec, emerytowany aktor,
- Phoebe - żona Archiego,
- Jean i Frank - dzieci Archiego,
Wspominani są także Bill - odnoszący sukcesy brat Archiego, Mick - drugi syn Archiego, walczący na wojnie oraz Graham - narzeczony Jean.

W ciągu trzech aktów, trzynastu scen, które skrzętnie liczył zawieszony na ścianie zegar, widzowie oglądali zarówno wysiłki aktorskie Archiego jak i dramat rodzinny.

zdjęcia ze strony przedstawienia
"The Entertainer" to jeden z tych utworów, gdzie nie sposób właściwie kogokolwiek polubić czy komukolwiek kibicować. Możemy rozumieć tragizm sytuacji, współczuć bohaterom, ale jakoś żaden nie wzbudził w nas sympatii, czy choćby przejęcia się jego losami.

Niestety, w większości nie zachwycili też aktorzy. Najlepsze były panie - zarówno odmieniona nie do poznania, ekspresyjna Greta Scacci jak i naiwna, piszcząca chwilami Sophie McShera. Na ich tle panowie wypadli bardzo blado, choć Gawn Grainger, grający Billa, podobał się Ani2. Szkoda, że pierwotnie obsadzony w tej roli John Hurt musial wycofać się z powodów zdrowotnych
Piszemy to z żalem, ale zawiódł Kenneth Branagh. Po fenomenalnym "Macbecie" byłyśmy bardzo podekscytowane powrotem sir Kena na scenę. Na żywo udało się nam obejrzeć tylko tę jedną sztukę, ale ponieważ oglądane w kinie "Zimowa opowieść" i "Romeo i Julia" nie wywołały wielkich zachwytów, szłyśmy do teatru lekko zaniepokojone. Jak się okazało - słusznie.  Nie wiemy czy to chwilowa niedyspozycja czy przybrana na potrzeby spektaklu maniera aktorska, ale momentami Branagh mówił tak niezrozumiale, że nie da się tego określić inaczej jak bełkotem. Coś nie do końca wyszło także w relacjach między postaciami - przez większość spektaklu miałyśmy wrażenie, że każdy z bohaterów gra sam sobie, w oderwaniu od innych.
Kiedy większe emocje budzi spotkanie w trakcie antraktu Charles'a Dance'a niż wydarzenia na scenie, to znak, że przedstawienie nie jest zbyt udane. Choć są osoby, którym bardzo się podobało. Obok nas siedział pan, który był na sztuce drugi raz, bawił się znakomicie i śmiał głośno (w nie zawsze właściwych momentach).
Zresztą krytycy też mieli bardzo podzielone opinie i spektakl zebrał mieszane recenzje.


Wizualnie "The Entertainer" to bardzo klasyczna inscenizacja. Kostiumy i muzyka z epoki, scenografia z epoki, żadnych udziwnień, żadnych technicznych nowinek. Rewiowe aranżacje piosenek Archiego bardzo pasowały klimatem do całej reszty. Musimy też pochwalić jak sprawnie i sprytnie zmieniano dekoracje na oczach widzów, przenosząc nas to do domu Rice'ów to znów do teatru na występ Archiego.


Sztuka nie jest już wystawiana, ale jeżeli chcecie się przekonać, czy nasze narzekanie ma podstawy (albo jeśli jesteście zagorzałymi fanami sir Kena), 17 listopada i 12 stycznia będzie można zobaczyć przedstawienie na pokazach w polskich kinach. Możliwe, że spektakl profesjonalnie sfilmowany znacznie zyska na jakości.

wtorek, 15 listopada 2016

Richard II - recenzja po seansie Globe on Screen

Był sobie król... przekonany o własnej wielkości, o swej niezbywalnej władzy, płynącej z boskiego nadania. O prawie do folgowania wszelkim zachciankom, kapryśny i niestały, acz bardzo, bardzo królewski.

zdjęcia pochodzą ze strony fb produkcji
 W ciągu ostatnich lat mogliśmy oglądać kilku Ryszardów - uduchowionego, subtelnego Bena Whishawa, w Hollow Crown dla BBC i inteligentnego gracza Davida Tennanta w Royal Shakespeare Company. Ryszard Charlesa Edwardsa jest jakby wypośrodkowaną wersją powyższych dwóch. Czasem nijaki, czasem olśniewający. Zagubiony w świecie, który nie układa się po jego myśli, ale chwilami przenikliwy. Niezwykle podatny na wpływy i mający problemy z obroną własnego zdania, a jednocześnie kurczowo trzymający się tego, co mu znane.

Bardzo ciekawym zabiegiem reżysera Simona Godwina, było rozpoczęcie spektaklu od koronacji nieletniego króla. Dziecko o anielskiej urodzie, poważne i skupione, zostaje namaszczone i osadzone na tronie. Gdy minutę później zamienia się na miejsca z dorosłym już królem, ubranym niemal w identyczne szaty, widzimy, że o ile ciało sie postarzało, o tyle dziecięce podejście do świata zostało takie samo.
 
Ryszard II to trudna rola. Często irytujący władca raczej nie budzi sympatii czytelników sztuki, czy widzów teatralnych i trzeba być aktorem z ogromną charyzmą i pomysłem na kreację, by udźwignąć postać. Czy Charlesowi Edwardsowi się to udało? Wychodząc z kina byłam gotowa przyznać, że nie, teraz jednak po przemyśleniu, widzę dokładny zamysł w takim a nie innym pokazaniu upadłego króla. 
Bo tak naprawdę spektakl z Globe to wcale nie opowieść o Ryszardzie, tylko o jego politycznym przeciwniku - Bolingbroke'u.
 

To on jest tym, który widzi niegodne gierki królewskich doradców, on jest tym, który prawdziwie kocha króla i początkowo wcale nie chce sięgać po koronę, tylko odzyskać zagrabione dziedzictwo. Mądry i smutny, robi to co trzeba, bez radości. Potrafi zdobyć się na akt łaski, ale potrafi też stracić cierpliwość.  Podczas gdy w wersji z RSC Nigel Lindsay grał postać będącą uosobieniem brutalnej siły, egoistyczną i nie dorastającą sprytem do poziomu Ryszarda, Rory Kinnear w Hollow Crowm, spokojny i rozsądny, kierował się poczuciem tego co należne i słuszne. W Globe, David Sturzaker pokazał nam bohatera zwyczajnie starającego sobie radzić w niezwykłej sytuacji i przez to najbardziej chyba bliskiego widzom.
 

Zaskoczył mnie Aumerle Grahama Butlera. Knujący, przebiegły, niby lojalny wobec króla, ale bardziej dbający o własne sprawy. Simon Godwin poszedł w ślady Gregory'ego Dorana i to właśnie z młodego Yorka zrobił ponownie zabójcę Ryszarda. Tylko o ile w wersji RSC widzieliśmy determinację i dramat postaci, o tyle tu, Aumerle został niejako pozbawiony wyboru przez Extona. Zrobił co uważał, że musiał, jak bezwolna marionetka. I bardziej zdawało się żałował konsekwencji niż swojego czynu.
 
Wizualnie adaptacja mimo niezwykłej prostoty dekoracji zaskakiwała przepychem - może z powodu rozbudowanej sceny, na planie krzyża, daleko wychodzącej w publiczność, może przez pomalowane na złoto ściany, balustrady, kolumny i podłogę. Całość błyszczała, jak migoczący brokatowy deszcz, spadający na (i rozrzucany przez) dorosłego Ryszarda w jego pierwszej scenie i nie pozostawiała żadnej wątpliwości, że mamy do czynienia z dworem królewskim.
 
 
Zaskakująco dużo było zbliżeń, ale też "Ryszard II" jest sztuką z wieloma istotnymi monologami. Jak zwykle w nagraniach Globe on Screen kamera pracowała płynnie i żadne potknięcia nie zakłócały odbioru, a tłumaczenie było klasyczne i poprawne.
Bardzo czekamy na nowe spektakle z Globe na ekranach kin, bo to klasa sama w sobie i naprawdę warto je oglądać.

wtorek, 8 listopada 2016

London Calling

Jest faktem powszechnie znanym, że Londyn znajduje się dokładnie w połowie drogi, między Poznaniem a Katowicami ;) 
Korzystając z tego geograficznego udogodnienia i listopadowego długiego weekendu, wyruszamy na kolejną wspólną teatralną wyprawę.
Program mamy bardzo napięty (jak zwykle) i bardzo różnorodny (też jak zwykle). W planie m.in: Szekspir, Noblista, trochę klasyki i jedna premiera, wielkie gwiazdy sceny i ekranu, a na końcu napad na bank. Który, mamy przeczucie, pójdzie spektakularnie źle. 


The Libertine, Oil, King Lear, Comus, The Entertainer, The Red Barn, No Man's Land, The Comedy About A Bank Robbery