środa, 27 stycznia 2016

Les Liaisons Dangereuses - recenzja

Migoczą świece w żyrandolach i świecznikach,  na niewielkiej scenie bardzo oszczędne dekoracje: prawie schowanie w rogu pianino, inkrustowany stolik, sofa i krzesła przykryte folią, taką samą, jaka zasłania drzwi i osłania oparte o ścianę obrazy. Zaczyna brzmieć muzyka, słyszymy delikatny śpiew i wtedy pojawia się ona - Markiza de Merteuil, główny gracz w rozgrywce jaką są "Niebezpieczne Związki" Choderlosa de Laclos, w adaptacji Christophera Hamptona. Spektakl wyreżyserowany przez Josie Rourke jest wystawiany w kameralnym teatrze Donmar Warehouse i zdaje się być jakby stworzony do niewielkiej sceny i intymnej atmosfery byłego magazynu bananów.

wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony produkcji
Przedstawienie jest oszałamiające. Przepięknie zrealizowane i fantastycznie zagrane, ale jednak mamy z nim problem. Czegoś nam w nim zabrakło i po wyjściu z teatru, z kilkoma wyjątkami, nie zostało nam w głowach na dłużej.
Przygotowana w trzydzieści lat po wielkim sukcesie adaptacji Hamptona inscenizacja jest z jednej strony bardzo klasyczna (stroje, świece i dekoracje), z drugiej na wskroś współczesna (gesty i mimika aktorów). Chwilami jest także bardzo ironicznie zabawna. Wszystko, co oglądałyśmy było poprawne, ale nie wywoływało głębszych emocji. Gdzieś zginęły uczucia, które powinny kipieć na scenie i wciągnąć widza bez reszty w rozgrywkę pomiędzy Markizą i Wicehrabią. Tymczasem, obserwując jednym okiem rozwój akcji, podziwiałyśmy detale sukien, misterne fryzury, czy liczyłyśmy obrazy. Możemy spokojnie przyznać, że podobała nam się scenografia, zwłaszcza meble i świece, dodające wszystkim scenom niezwykłego klimatu i blasku. Nie do końca rozumiemy tylko znaczenie foliowych okryć. Zapewne miały one nieść jakieś głębokie przesłanie, nam jednak ono całkowicie umknęło.


Jeżeli o czymś dyskutowałyśmy po zakończonym przedstawieniu, to o uwiedzeniu młodziutkiej Cecile. Mamy z tym spory kłopot. To, co widziałyśmy na scenie, nie miało nic wspólnego ze sztuką miłosną. Było gwałtem. Dziewczyna do samego końca się broniła, może i nieporadnie czy niezbyt przekonująco, ale mówiła bardzo wyraźnie "nie", prosiła, by przestał, zaś Valmont (wszak wytrawny uwodziciel, znany ze swoich talentów kochanek) nie zważał na nic. Po prostu dążył do celu, nawet się specjalnie nie starając, a na pewno nie zwracając uwagi na uczucia i satysfakcję swojej partnerki. Gdy zgasły światła, widzieliśmy skuloną nieszczęśliwą postać na łóżku i drugą za nią, zadowoloną z wykonania zadania. Dlatego późniejsza rozmowa Cecile z Markizą tak razi. Panna de Volanges, spłoniona i zawstydzona opowiada w niej, jak potem prosiła by Wicehrabia odwiedził ją ponownie. Stoi to w jawnej sprzeczności do tego, co pokazano nam chwilę wcześniej. Owszem w drugiej części spektaklu widać, jaką radość sprawiają Cecile zabawy erotyczne, ale ten pierwszy akt nie ma w sobie nic z kunsztu uwodzenia. "Opowiedzieć zamiast pokazać" wydaje nam się drogą na skróty, pewnego rodzaju pójściem na łatwiznę, a scena pozastawia mimo wszystko pewien niesmak.


Mimo jednak tych zarzutów, jednogłośnie przyznajemy, że spektakl warto zobaczyć, ze względu na aktorów, będących najmocniejszą stroną przedstawienia.
Ten najważniejszy to oczywiście Dominic West. Jest Valmontem bardzo prostym. Nie ma w sobie nic z wyrachowania i śliskiej przebiegłości oryginału. Jest bezczelny i czasami zabawny, a jego zabiegi, by uwieść cnotliwą panią de Toruvel wydają się czasem co najmniej nieporadne. Naprawdę nie mamy pojęcia, dlaczego zadziałały - może to ten uroczy uśmiech? Spotkałyśmy się z zarzutami, że nie do końca jest pewien roli i myli się w swoich kwestiach, nam jednak wydało się celową manierą mówienia Wicehrabiego.
Kawaler Danceny w wykonaniu Edwarda Holcrofta jest wyjątkowo słodki i śliczny. Rozumiemy, dlaczego zadurzyła się w nim Cecile, rozumiemy dlaczego Markiza uczyniła z niego kochanka, sądzimy jednak, że gdyby miały więcej czasu, obie by się nim znudziły.
Na Ani2 największe wrażenie zrobił Theo Barklem-Biggs czyli Azolan, służący Valmonta. Typ wyjątkowo mało sympatyczny i śliski, z nieco diabolicznym uśmiechem, chwilami jeszcze bardziej wyrachowany niż jego pan, godny partner wszystkich machlojek.
 
Naszym zdaniem, o ile panowie byli świetni, to spektakl bezczelnie ukradły kobiety. I to głównie dla ich popisów warto wybrać się do teatru lub kina.
Tak naprawdę "Niebezpieczne Związki" należy koniecznie obejrzeć ze względu na kreację Janet McTeer. Jej Markiza jest jedną z najlepszych jakie widziałyśmy. Piękna, zmysłowa, zimna i manipulująca, a jednocześnie, kiedy jej to było na rękę, serdeczna i zabawna. Budząca współczucie, gdy mówiła o roli kobiety i swoich wyborach, przerażająca w chwilach gniewu. A także do samego końca zakochana w Valmoncie i nawet sama przed sobą nie przyznająca się do tego uczucia. Mimo całego manipulowania i grania innymi, mimo  tragedii, do których dla zemsty i rozrywki doprowadziła, to postać na wskroś ludzka. Może nie do końca dająca się usprawiedliwić, ale na pewno zrozumieć. To miłość i zazdrość kierowały jej decyzjami, popchnęły do działań, w efekcie których ona sama także została zraniona. Janet odgrywa te mieszankę uczuć i emocji w sposób absolutnie perfekcyjny. Niezależnie od tego, kto oprócz niej znajduje się na scenie, to ona przyciąga wzrok.
 
Pozostałe panie są również rewelacyjne. Morfydd Clark jako naturalna, niewinna, głupiutka Cecile, tak uroczo irytująca, że czasami widz zapomina, że nie widzi płochliwej nastolatki.
Elaine Cassidy jest bardzo dobra jako zagubiona pani de Trouvel. Zdystansowana i nieufna na początku, później zakochana do szaleństwa i wreszcie załamana po odejściu ukochanego. Początkowo w tej roli miała wystąpić Michelle Dockery, niestety z uwagi na tragedię w życiu osobistym musiała zrezygnować. Patrząc na sztukę i kreację Elaine zmiana była dobra, ale trochę żałujemy, że nie zobaczyłyśmy wyniosłej lady Mary w roli wymagającej wielkich emocji, zwłaszcza na końcu sztuki. 


W niewielkich epizodach błyszczały i wyciskały z nich wszystko, co tylko się dało Jennifer Saayeng (kurtyzana Emilie) i Adjoa Andoh (Madame de Volanges). Ale, jeżeli ktoś miał szansę ukraść spektakl Janet McTeer, to Una Stubbs jako Madame do Rosemonde. Spędza na scenie mało czasu, ale chyba jako jedyna postać budzi same pozytywne emocje. To nie jest naiwna, zaślepiona miłością do bratanka staruszka, która nie wie, co się dzieje. To emanująca klasą, pełna wsparcia i zrozumienia ciepła kobieta, która dość niespodziewanie w finale dokonuje chyba najważniejszego dla głównej bohaterki wyboru.  

"Niebezpieczne Związki" wystawiane będą w Donmar Warehouse do 13 lutego. Spektakl jest całkowicie wyprzedany, ale zdarzają się zwroty i jest oczywiście akcja Front Row. Jeżeli wolicie obejrzeć przedstawienie bez ruszania się z kraju, to już jutro odbędzie się zorganizowana przez Na Żywo w Kinach transmisja live, a 17 marca pokazy w Multikinach, we współpracy z British Council (tym razem z napisami po polsku).

4 komentarze:

  1. Janet i Una były bezbłędne. Mi Dominic też się podobał.
    Scena pierwszej nocy Cecile była... dziwna. Ja nie odniosłam wrażenia gwałtu, może coś się zmieniło. Raczej tego, że Valmont zachowuje się, jak namolny nastolatek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie trzy, jak siedziałyśmy, tak miałyśmy niesmak i jednakowe skojarzenia. A namolny nastolatek, to też nie doskonały uwodziciel za jakiego uchodził Valmont. Coś im w tej scenie nie wyszło.
      Dominic nam się podobał, "tylko" podobał, miałyśmy nadzieję, że zachwyci. Ale też naprawdę trudno byłoby komukolwiek przebić Janet :)

      Usuń
  2. Pokazy na żywo też mają polskie napisy :) Świecimy pod ekranem :) Pozdrawiamy serdecznie Teatromanki :) www.nazywowkinach.pl - Bartek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za informację, już prostujemy :)
      Pokazy na żywo w Multikinach, w których brałyśmy udział były tylko z napisami angielskimi, ale Hamlet faktycznie miał także polskie.
      Pozdrawiamy :)

      Usuń