wtorek, 22 marca 2016

Boris Godunov - recenzja po seansie ROH live

"Borys Godunow" to jedyna kompletna opera Modesta Musorgskiego, jedno z najwspanialszych dzieł na bas-baryton. Funkcjonuje ona w dwóch wersjach - pierwszej, z 1869 roku, takiej jak ją pomyślał kompozytor i drugiej, z 1872 roku, przerobionej pod wpływem braku akceptacji pierwowzoru, z dodanymi scenami i bohaterami. Tym razem w londyńskim Royal Opera House, postanowiono wystawić oryginał, w reżyserii Richarda Jonesa, pod batutą Antonio Pappano, a z rolą cara Borysa, po raz pierwszy w karierze, zmierzył się wspaniały Bryn Terfel. 21 marca przedstawienie było transmitowane na żywo w kinach na całym świecie, w tym w Polsce.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony produkcji

Opowieść jest prosta, i jak to w operze bywa, nie ma wiele wspólnego z prawdą historyczną. Duma wybiera Borysa Godunowa nowym carem, ten nie chce przyjąć korony. Ustępuje pod błaganiem ludu (odpowiednio zmotywowanego przez poganiaczy), ale dręczą go nieustannie wyrzuty sumienia spowodowane zleceniem zabójstwa syna swego poprzednika. Mija kilka lat, rządy nie idą tak łatwo jak Borys oczekiwał - kraj dręczy nieurodzaj, córka cara traci ukochanego, lud się burzy i coraz głośniej szepcze o morderstwie księcia Dymitra. Ten zaś rzekomo cudownie ocalał i teraz ciągnie na stolicę z wojskiem. Car coraz głębiej popada w szaleństwo, wreszcie umiera, namaszczając syna na swego następcę. W ostatniej scenie widzimy Samozwańca, idącego z nożem na małego księcia. Historia zatacza koło.

Ponieważ w kinie byłam ponownie z przyjaciółką, Aliną Podkowińską, jedynym wielkim miłośnikiem opery w moim otoczeniu, to właśnie jej oddam głos. Muszę przyznać, że uczestniczenie w seansach z osobą, która wie o operze niesamowicie dużo, wyłapuje różne nawiązania i dzieli się przemyśleniami, dodaje całemu doświadczeniu uroku. 
Myślę, że "Borys Godunow" to opera o formach społecznych. Jakby to napisał Włoch, a nawet Francuz czy Anglik, to Borys byłby albo bohaterem po szekspirowsku tragicznym, albo dobrym człowiekiem, którego absolutna władza jednak absolutnie korumpuje. Ale to jest Musgorski i Rosja - więc to jest opera, w której dramat Borysa jest dramatem prywatnym, ale całość nie ma wpływu na to, co dzieje "na zewnątrz", za drzwiami pałacu. Lud chodzi obdarty, nie wie, kto właściwie jest przy władzy, kogo wybierać czy nie wybierać, śni sobie o carewiczu-Dymitrze, co przybędzie na białym koniu, ale to tylko bajka.
I nie ma znaczenia, czy na tronie siedzi taki, co chce dobrze i nawet coś robi, czy kukła-Fiodor, czy szaleniec-Iwan Groźny. Stąd też tyle osób w libretcie - pijący mnisi (w wersji z 1972, to oni później zachęcają lud do pójścia za carewiczem-Dymitrem; idealni przywódcy ludowi); stójkowy, co z knutem biega i każe krzyczeć "Boże chroń cara", choć sam nie rozumie wiele więcej, niż ci, co mają wołać; prystawi, co czytać nie umieją, ale uwierzą na jedno słowo w to, co ktoś inny przeczyta; nawet bojarzy, którzy coś by tam chcieli, ale mogą co najwyżej intrygować na boku, bo historii nie zmienią, co najwyżej zamienią jednego cara na drugiego. No i wreszcie - jurodiwy, święty człowiek, biedaczek obrabowany z ostatniej kopiejki, co nie chce modlić się za cara mordercę - i ten święty człek rzuca słowa "zamorduj te dzieciaki tak, jak zamordowałeś Dymitra, carze kochany". 

W wersji z 1872 operę kończyła sceną buntu pod Kromami, gdzie chłopska tłuszcza niemal nie rozszarpywała bojara i jezuitów Dymitra - i to był ten akcent "gniewu ludu". Rzekłabym, że akcent z 1869 lepszy, bo mniej masowy, bardziej prywatny, ale problem w tym, że on ginie w natłoku innych wydarzeń. Przecież już zaraz Borys nam pięknie szaleje i umiera... i znaczenie jurodiwego rozmywa się w ogólnym dramacie człowieka. Można czasem gdybać, że przyjdzie Dymitr i się coś zmieni (zwłaszcza w wersji z 1972, gdzie wątek Dymitra jest rozbudowany o akt "polski" i Dymitr jest faktycznie fabularną przeciwwagą dla Borysa) - ale wiadomo, że to tylko mrzonki. W wersji którą oglądaliśmy w transmisji, reżyser wyraźnie pokazał, że jedyne co się zmieni, to kto będzie trzymał nóż, a kto da gardło. Tylko tyle i aż tyle. A czy na tronie siedzi Borys "chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze" czy Dymitr "klękajcie narody, bo państwo to ja" - to jedynie kosmetyka. I jak są opery "na sopran", na "sopran z basem", na tercet czy na kwartet - to "Borys Godunow" jest chyba operą na chór. 

Obie nas zachwyciła pewna prostota realizacyjna. Scenografia Miriam Buether nie podkreślała na siłę "rosyjskości", nie było stojących wszędzie samowarów i epatowania ikonami, pozostały tylko akcenty: kolorystyka ścian, portrety  i niektóre stroje (zwłaszcza szaty koronacyjne). Bez nazbyt rozbudowanych kostiumów, za które odpowiadała Nicky Gillibrand, akcja działa się tylko ogólnie w Rosji, ale równie dobrze nigdzie. Urzekło nas kilka sympatycznych chwytów scenicznych: ekspresowe wieszanie portretów cara Borysa w karczmie, mapa, na której Rosja czerwienią spływa, to, że Borys na początku ubrany jest jak bojar, że lud wraz z trwaniem rządów cara, staje się coraz bardziej obdarty. Całość była doskonale wyważona i chwilami wręcz dyskretna w swojej prostocie. Brak było rozbuchania, ani tradycyjnego, ani współczesnego - innymi słowy, reżyser nie przytłoczył opery swą bujna osobowością.


Na zakończenie warto wspomnieć o drobiazgu, na który nie zwrócili uwagi krytycy zagraniczni, a który u nas był dość widoczny - akcent śpiewaków. Bryn Terfl w materiale początkowym mówił, jak bardzo walczy ze słowiańskim "l", by brzmiało jak trzeba, ale tak naprawdę najpiękniej po rosyjsku śpiewał stary mnich Pimen (Ain Anger), Estończyk. Wyraźnie, czysto i z charakterystycznym miękkim zaśpiewem - napisy angielskie nie były potrzebne.


Całość  została zrealizowana pierwszorzędnie, jak każda transmisja z ROH.  Z ciekawą konferansjerką Katie Derham, wywiadem z Dianną Damrau, zapowiadającym "Łucję z Lammermooru", filmem z przygotowań do wystawienia z Brynem Terflem i Antonio Pappano. W samym przedstawieniu tylko czasem przeszkadzały nadmierne zbliżenia, zamiast większej ilości szerokich planów.

W ROH opera wystawiana będzie jeszcze do 5 kwietnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz