czwartek, 30 stycznia 2014

Coriolanus - recenzja nr2

Dziś wielkie wydarzenie - w cyklu NT Live w wielu krajach na świecie (w tym u naszych południowych i zachodnich sąsiadów) odbędzie się jednoczesna transmisja spektaklu na żywo z Donmaru.


Na "Coriolana" czekałam bardzo. Mimo, iż druga Ania troszkę ostudziła mój zapał nie do końca entuzjastyczną recenzją, złożyłam to na karb pierwszej prapremiery, zdenerwowania i nie do końca zgrania aktorów.
Niestety o ile "American Psycho" jest moim największym pozytywnym zaskoczeniem londyńskiej wyprawy," Coriolanus" jest tym zaskoczeniem najbardziej negatywnym.

Od razu mówię głośno i wyraźnie: to nie jest zła sztuka, to jest nadal bardzo dobry spektakl, na bardzo wysokim poziomie. Po prostu albo ja spodziewałam się zbyt wiele, albo czegoś w nim zabrakło. Coś nie do końca zagrało tak jak powinno. Jak dla mnie, wszyscy starali się za bardzo i końcowy efekt momentami wydawał się także wypracowany na siłę.
Ale mimo to bardzo dużo elementów mnie zachwyciło, światła i efekty, niemal brak scenografii a także dynamiczna muzyka. A przede wszystkim aktorstwo postaci drugoplanowych.


Wiele fanów narzeka na Brigitte Hjort Sorensen w roli żony Coriolana. Ja uważam, że z niewielkiej roli wycisnęła wszystko co tylko można. Grała nie tylko słowami, za każdym razem gdy była obecna na scenie zaznaczała swoją obecność, nie pozwalała o sobie zapomnieć. I bardzo podobała mi się jej relacja z mężem. Czułość i troska, odwaga i przerażenie - rewelacja.
Ale jak dla mnie największe brawa powinni otrzymać Elliot Levey i Helen Schlesinger w rolach Brutusa i Sicinii, dwójki spiskujących przeciwko Coriolanowi trybunów. Byli zabawni, złośliwi i ironiczni. Sprawiali że widz, niemal wbrew własnej woli, zaczynał im właśnie kibicować.


Tu też warto podkreślić charakterystyczną cechę przedstawień reżyserowanych przez Josie Rourke. W "Much Ado About Nothing" (2011) wuja Hero zamieniła na jej matkę, Imogen. Tutaj zamiast oryginalnego Siciniusa, mamy Sicinię. Z jednej strony ta zmiana dodała sztuce dynamiki, zrównoważyła trochę przewagę męskich postaci. Z drugiej strony scena gdy Volumnia i Virgilia atakują trybunów straciła na impecie. W oryginale mieliśmy matkę i żonę bez strachu rzucające się na potężniejszych od siebie mężczyzn. Tu tego kontrastu zabrakło.

Deborah Findlay w roli Volumni to dla mnie najbardziej problematyczna postać z tego spektaklu. Nie kupiłam jej kreacji w ogóle. Ale z drugiej strony miałam wciąż przed oczami Vanessę Redgrave z filmowej ekranizacji sztuki, a jej chyba nikt nigdy nie dorówna.

Tom Hiddleston był uroczy i pełen pasji. Największe wrażenie wywierał nie wtedy kiedy się rzucał po scenie z krzykiem, ale wtedy gdy szeptał, gdy gestami i mimiką oddawał cały konflikt w jakim znalazła się jego postać. Mam wrażenie że nie pokazał tu pełni swoich umiejętności, bardzo chciałabym zobaczyć go na scenie ponownie, w czymś zupełnie innym.
Mark Gatiss niestety rozczarowywał. Zamiast Meneniusa na scenie mieliśmy Mycrofta Holmesa, tylko w kostiumie.

Donmar jest faktycznie tak kameralny jak go opisują. Nawet z balkonu widać doskonale emocje na twarzach postaci, ich najmniejsze gesty. Czekam teraz z niecierpliwością na pokazy "Coriolana" w polskich kinach. Bardzo chciałabym się przekonać, że "moje" sobotnie przedstawienie to tylko wypadek przy pracy, spowodowany zmęczeniem, a prawdziwy spektakl, zagrany na całego, olśniewa i pozostawia widza bez słów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz