niedziela, 4 maja 2014

Szczypiorek w Cieplarni

Dokładnie rok temu, nerwowo ściskając torebkę z jakże cennym biletem, Ania2 przebiegała przez Trafalgar Square kierując się do teatru Studio 1. Brak doświadczenia i nerwy sprawiły, że była zielona jak tytułowy szczypiorek.  
Ta notka nie jest recenzją. Jeżeli chcecie poczytać o czym jest "The Hothouse"  zerknijcie np. tu. Ja chcę podzielić się z Wami wrażeniami z pierwszej wyprawy do londyńskiego teatru.

teatr źródło

Mimo doświadczeń z wyjść do teatru w Polsce denerwowałam się, miałam typowe "i chciałabym i boję się". West End wydawał mi się czymś zupełnie innym, bardzo onieśmielającym. Teraz wiem, że nic bardziej mylnego, ale zacznijmy od początku.
Tak się złożyło, że majowy wyjazd planowałam już wcześniej. Kiedy tylko dowiedziałam się, że John Simm będzie występował w teatrze i bilety są w sprzedaży nie wahałam się ani chwili. Zakup biletu przez internet był szybki i prosty.
Potem zaczął się stres. Od całkiem poważnych obaw czy wszystko zrozumiem po prozaiczne jak znaleźć teatr i w co się ubrać. Podpytywałam bardziej bywałą Anię 1, znalazłam nawet porady on-line co i jak. 
Ponieważ lubię wiedzieć gdzie idę i zawsze panicznie się boję zgubienia, po odbiór biletu wybrałam się dwa dni przed spektaklem - teraz już wiem, że spokojnie można to zrobić w tym samym dniu np. 30 minut przed przestawieniem. Oczywiście okienka z biletami są czynne i dostępne każdego dnia, więc można, jak ja, wybrać się na rekonesans.

foyer źródło

Nawet mając w rękach bilet i wiedząc gdzie jest teatr bałam się spóźnić. Pod teatrem byłam 45 minut przed rozpoczęciem sztuki. To stanowczo za wcześnie. O ile nie planujecie jeść obiadu w przy teatralnym barze (np. The Cut przy Young Vic) wystarczy być w teatrze 30 minut przed spektaklem.

Kilka słów o barach. W każdym z teatrów, w których byłam, był bar: mniejszy czy większy. Zazwyczaj można w nich nabyć coś do picia, małe przekąski i lody, które można zabrać ze sobą na salę. Można też przed spektaklem zamówić napoje na antrakt, żeby później nie stać w kolejce. Do tej pory nie rozumiem fenomenu wszechobecnych lodów, ale już się do nich przyzwyczaiłam i stanowią dla mnie element teatralnego krajobrazu.
teatralny bar  źródło

Nabyłam program i przeglądając go odczekałam, aż będzie można wejść na salę.
Dotarcie na moje miejsce okazało się całkiem proste. TS1 ma tylko widownie na parterze, ale w innych teatrach na ścianach wiszą dokładne tabliczki z informacjami, którędy na balkon, którędy na galerię. A gdyby ktoś nie zauważył tabliczki, wszędzie jest uśmiechnięta, uprzejma, pomocna i wyrozumiała obsługa.
Mój poradnik twierdził, że do teatru chodzą wszyscy i ubranie powinno być przede wszystkim wygodne. Wieczorowe toalety nie obowiązują. Szybki przegląd widowni pokazał, że to prawda. Obok siebie siedziały osoby w eleganckich garniturach i powyciąganych sweterkach i nikt nikogo nie oceniał. Szatnia nie jest obowiązkowa i ja z niej nie korzystam. Bbardzo często w klimatyzowanych salach jest mi po porostu zimno i wtedy z przyjemnością otulam się kurtką.

widownia źródło

Nerwowo, chyba trzy razy, sprawdziłam czy na pewno wyciszyłam telefon, powymieniałam jakieś uprzejme uwagi z panią siedzącą obok - to też dla mnie zaskoczenie, zwykle milczący i zdystansowani Anglicy w teatrze zaczynają rozmawiać. O sztuce, o doświadczeniach teatralnych, w przerwie o wrażeniach po pierwszym akcie.
Rozległy się dzwonki, na sali zapadła cisza i przeniosłam się do szpitala psychiatrycznego.

źródło
Kilka słów o spektaklu
Szłam na Johna Simma nie na sztukę i przyznaję, że niewiele więcej mnie wtedy interesowało. Wiedziałam, że na scenie pojawią się także Indira Varma czy Simon Russell Beale. Przeglądając program odkryłam jeszcze Harrego Mellinga czyli Dudleya Dursleya z filmow o Harrym Potterze.

John Simm i Indira Varma (źródło)

Sztuka podobała mi się. Przejęta tym, że kilka metrów ode mnie na scenie są takie gwiazdy nie byłam w stanie analizować historii jakoś głębiej. Skupiłam się na znakomitym aktorstwie. Mimice, zmianach tembru głosu, drobnych gestach, wszystkim tym, co zmienia aktora w postać. No i oczywiście na języku. Na szczęście Pinter pisał w miarę współcześnie, a aktorzy mieli nieskazitelną dykcję, więc nadążałam za dialogami.
Sztuka trwała 2 godziny, które mi minęły jak 2 minuty.
Uznani aktorzy spełnili pokładane w nich oczekiwania, ale tak naprawdę zachwycił i bardzo pozytywnie zaskoczył mnie, wspomniany wcześniej, Harry Melling, który zupełnie nie odstawał od dużo bardziej doświadczonych kolegów i stworzył postać zupełnie inną niż Dudley.

Harry Melling (źródło)

Do dziś żałuję, że nie zdecydowałam się iść na stage door...
Ale mam nadzieję, że to nie ostatnia przygoda Johna Simma z West Endem, ani nie ostatnia sztuka, jaką z nim zobaczę i autograf zdobędę innym razem.
A w wolnej chwili Ania1 wreszcie opublikuje obiecaną notkę o stage door i opowie jak po swoim spektaklu, o mało nie wylądowała z Mellingiem na piwie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz