piątek, 22 sierpnia 2014

Great Britain - recenzja

Plotki o spektaklu zaczęły się już w marcu. W maju pojawiało się trochę więcej informacji, ale ponieważ cała obsada sztuki podpisała zobowiązanie do tajemnicy, nic nie było pewne. Dopiero gdy zapadł wyrok uniewinniający w sprawie Rebekah Brooks, oskarżonej w słynnej aferze podsłuchowej, National Therate ogłosił tytuł i daty spektakli. Podobno były przygotowane dwa zakończenia sztuki, w zależności od treści orzeczenia sądu.
Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony spektaklu

"Great Britain" jest satyrą. Bardzo brytyjską, bardzo złośliwą, bardzo intensywną i nie przejmującą się granicami. Po prostu teatralna jazda bez trzymanki.
Twórca sztuki, Richard Bean (autor m.in. przebojowego "One Man, Two Guvnors"), ma niezwykły dar obserwacji codzienności i przekładania jej na język teatru. Wydarzenia związane ze skandalem podsłuchowym nadawałyby się na poważny dokument, on wybrał jednak drogę ironicznej farsy, jakby potrzebował dać upust złości spowodowanej medialnymi doniesieniami.

Poniższa (długa!) recenzja zawiera spojlery, brzydkie słowa, wrażenia, emocje i kilka poważnych przemyśleń.


Akcja sztuki rozgrywa się w wielu miejscach: w restauracji, w country clubie, na policji czy w więzieniu, ale głównym miejscem wydarzeń jest redakcja fikcyjnej gazety "The Free Press". To tam powstają artykuły do druku, tam na ekranach oglądamy wiadomości czy nagłówki gazet. Tam poznajemy dziennikarzy, głównych bohaterów tej historii.



"The Free Press" jest tabloidem, podobnym do wielu innych, bazującym na tworzeniu sensacji, krzykliwych nagłówkach i kontrowersyjnych tematach. Ale jednocześnie jest to tabloid z ambicjami, chce być opiniotwórczy, chce kreować rzeczywistość.  Właścicielem gazety jest Paschal O'Leary (Dermot Crowley), przebiegły i barwnie wyrażający się Irlandczyk, bogaty i pragnący władzy. Redaktorem naczelnym jest nieprzebierający w słowach Wilson Tikkel (Robert Glenister), z nietypowymi metodami zarządzania ("cunt of the month", wypisane na czole jednego z dziennikarzy, za karę). Wspomagają go współpracownicy, na czele z przebojową Paige Britain (Billie Piper) szefową działu wiadomości.


Spotkania redakcyjne to festiwal przekleństw i licytacji na najbardziej sensacyjną wiadomość, taką która wywoła najwięcej szumu. Jak to podsumowuje w pewnym momencie Paige: "Niszczymy ludziom życie. Ale tylko dlatego, że wy chcecie o tym czytać". Takich momentów w których panna Britain przełamywała czwartą ścianę i zwracała się wprost do widowni było w sztuce kilka. To ona jest jakby narratorem całej historii, przedstawia nam poszczególne postaci, trzyma rękę na pulsie i zawsze stara się być w centrum wydarzeń. Etyka zawodowa to dla niej tylko pusty slogan. Kiedy zatem nadarza się okazja dostępu do wiadomości nagranych w pocztach głosowych, Paige nie waha się ani chwili. Przecież z tego może powstać cała seria artykułów, a ona jest żądna sławy i celuje wysoko. Nie ma dla niej granic, jest gotowa skorumpować każdego, a seksu używa jako środka pomocnego w dążeniach do celu. Wykorzystuje każdą nadarzającą się możliwość, a sprawa porwanych bliźniaczek i współpraca z policją, nie jest dla niej ludzką tragedią, a drabiną do sukcesu.

Ale Paige Britain mimo, że najbardziej widoczna, nie jest jedyną ważną postacią. W sztuce mamy też policjantów: wierzącego, że działa w dobrej sprawie (nawet stosując nieczyste metody), ambitnego, Donalda Doyla Davidsona (Olivier Chris), pieszczotliwie nazywanego przez Paige Ding Dongiem, mamy jego przełożonego, wyjątkowo głupiego komisarza Sully Kassama (Aaron Neil). 


Nie byłoby historii o prasie bez polityków, dlatego w sztuce pojawia się Jonathan Whey (Rupert Vanisittart), szef partii konserwatywnej, godzący się na wszystko, by wygrać wybory. Mamy też cywilów, wśród których prym wiedzie inteligentna i odważna prawniczka Wendy Kinkard (mierząca zaledwie 114cm Kiruna Stammel, celnie ripostująca wszelkie żarty ze swojego wzrostu), z klientem, próżnym krykiecistą Jasperem (Joseph Wilkins). 

Wraz z rozwojem akcji poznajemy coraz więcej podsłuchanych wiadomości, obserwujemy jak wpływa to na codzienne wydania prasy, jak redaktorzy z pozornie mało znaczących słów starają się stworzyć jak najbardziej szokującą historię. Oczywiście w sztuce nie mogło zabraknąć odniesień do głównej bohaterki prawdziwej afery podsłuchowej. Na scenie pojawia się zatem także niejaka Virginia White (Jo Dockery), miłośniczka koni, która zostaje redaktor naczelną i jest tak naiwna, że aż nieświadoma tego co się dzieje pod jej nosem.

Tempo spektaklu jest zawrotne, polityka, zbrodnia, ambicje i przekleństwa (niektórzy używali "fuck" w różnych odmianach zamiast przecinka), wszystko puentowane ironicznymi spostrzeżeniami. Całość jest zrealizowana z niezwykłą dbałością o szczegóły, osobną perełką są lekko przerobione nazwy innych gazet czy nadawców telewizyjnych. Na wielkich ekranach w pokoju redakcyjnym lecą wiadomości ze stacji BBS, co chwila pojawiają się strony tytułowe konkurencyjnych pism, takich jak "The Guardener", "The Dependent", będące reakcją na wiadomości publikowane w "The Free Press". Najbardziej oberwało się "The Daily Wail" (moim zdaniem najlepsza ze wszystkich przeróbek), które z uporem godnym lepszej sprawy, niezależnie od wydarzeń na scenie, zajmowało się jedynie informacjami o imigrantach zjadających łabędzie. Na ekranach możemy oglądać też fanowskie filmiki będące parodiami wystąpień głównego komisarza, specjalnie zaaranżowane gale rozdania nagród czy konferencje prasowe, a nawet teksty podsłuchanych, odtwarzanych rozmów (jak jedna niejakiego Davida do niejakiej Victorii).  To jest niesamowita praca, zrealizowana całkowicie w sekrecie i w bardzo krótkim czasie. Byłam naprawdę pełna podziwu jak wszystko tworzyło spójną całość i nawet zmiany dekoracji nie powodowały zwolnienia tempa ani na chwilę.


W tej sztuce nie ma niewinnych postaci. Każdy ma swój interes do ubicia. Pierwsza połowa jest zabawna i bezczelna. W drugiej jest nadal zabawnie, ale śmiech zaczyna być chwilami reakcją obronną, gdyż na własne oczy przekonujemy się, jak prawdziwe są słowa Paige o niszczeniu życia. Robi się mroczniej ale nadal ironicznie i złośliwie. 

Ostatnia scena, talk show w USA z Papieżem, Madonną i Władimirem Putinem najdobitniej pokazuje, że całość jest krzywym zwierciadłem rzeczywistości, mrugnięciem do widza. Sztuka jest bardzo silnie osadzona w brytyjskich realiach, ale nie trzeba być znawcą tamtejszych afer, by z łatwością łapać większość żartów. Trzeba jednak lubić brytyjski humor.

Nie ukrywajmy, głównym powodem dla którego obejrzałam ten spektakl była Billie Piper. To było moje marzenie: zobaczyć ją na żywo na scenie. Byłam bardzo ciekawa jak odbiorę sztukę, gdyż jedna z naszych Czytelniczek powiedziała, że Billie aktorsko przeszarżowała. Ja wyszłam zachwycona jej kreacją. Tak, Paige jest zagrana na granicy pastiszu, ale to celowy zabieg. W rozmowach z innymi bohaterami sztuki jest aż niemal karykaturą samej siebie, dopiero gdy zwraca się do nas widzimy zupełnie inną postać: zimnego, wyrachowanego i ambitnego gracza. W ten sam dzień rano widziałam w NT Archiwum "The Effect" z Billie w roli Connie (recenzja wkrótce) i nadal nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo te dwie postaci się różnią. Paige chodzi inaczej, mówi inaczej, ma inny akcent, inną mimikę, inną gestykulację. Billie jako Paige dominuje każdą scenę w jakiej występuje, ale reszta obsady w niczym jej nie ustępuje.


Dla mnie w tej sztuce nie ma słabych punktów. Każda detal jest przemyślany w najdrobniejszych szczegółach. Widać tu rękę reżysera, Nicholasa Hytnera, który sprawnie prowadzi aktorów i sprawia, że na scenie zawsze coś się dzieje. Paige Britain w interpretacji Billie należy do postaci które się kocha nienawidzić. 

Ze spektaklu wyszłam pod wielkim wrażeniem, jak pozornie prosta, złośliwa komedia, potrafi zmusić do myślenia, do zastanowienia się także nad samym sobą. W jakim stopniu nasz pęd do wiedzy o wydarzeniach (czy dotyczących polityki, sportu, czy też życia pięknych i bogatych) napędza silniki pism podobnych do "The Free Press"? Jak bardzo tabloidy odpowiadają na popyt, a na ile ten popyt kreują? Najbardziej uderzyły mnie jedne z ostatnich słów Paige (tylko wyrażone znacznie dosadniej): "Gdyby podsłuchanie nagranych wiadomości zamordowanych bliźniaczek przyczyniło się do ich uratowania, nikt nie przejmowałby się etyką."

"Great Britain" opowiada o brytyjskim skandalu, ale równie dobrze można przenieść akcję w każde inne miejsce, zmienić tylko nazwiska i tło wydarzeń. W równym stopniu obnaża bezwzględność postaci jak i widzów (czytelników prasy), żądnych coraz to nowych sensacji i drastycznych detali. Jednak, mimo wszystko, nie wyobrażam sobie podobnej sztuki u nas - a wszak także mieliśmy swoją aferę podsłuchową. Do tego trzeba mieć brytyjski dystans do siebie i złośliwe poczucie humoru. Co najlepiej udowadniają bardzo dobre recenzje z gazet, które w sztuce także zostały wyszydzone. 

Sztuka jest wystawiana w The National Theatre tylko do soboty, 23 sierpnia. Jednak już od 10 września będzie można ją oglądać w Theatre Royal Haymarket tyle, że ze zmianą w obsadzie. W roli Paige Britain wystąpi Lucy Punch.

*****

Po spektaklu udałyśmy się wraz z grupą znajomych na Stage Door i po kilku przygodach udało nam się spotkać i porozmawiać z Billie. Cały czas mając w pamięci poranny "The Effect", musiałam zadać jej jedno pytanie które nie dawało mi spokoju: dlaczego The National? Dwie różne sztuki, w odstępie zaledwie dwóch lat, obie dla tego samego teatru. Billie chwilę się zastanowiła i zaczęła mówić o cenionym reżyserze, świetnej obsadzie, profesjonalnych współpracownikach i wspaniałej atmosferze jaka panuje na scenie i poza nią. Po czym przerwała i z rozbrajającą szczerością i uśmiechem przyznała, że zdecydowała się zagrać w tym spektaklu głównie dlatego, że ją o to poprosili. A nie odrzuca się takich próśb i takiej roli. Gdy do rozmowy dołączyła nasza zaprzyjaźniona aktorka i dramatopisarka, Naomi Westerman, (o której wkrótce na blogu pojawi się osobny wpis), tematyka zeszła na West End. Billie stwierdziła, że mogąc wybierać, zawsze zdecyduje się na grę dla The National Theatre. Ale jednocześnie jeśli jakaś sztuka zwróci jej uwagę, nie będzie miało dla niej znaczenia gdzie zagra. 
A my po cichu mamy nadzieję że pewnego dnia zobaczymy Billie w sztuce napisanej przez Naomi :)

5 komentarzy:

  1. Przyznaję się, to ja pisałam, że szarżowała. I mi to przeszkadzało, nawet, jeśli było zamierzone. Bo bardzo w tej karykaturalności odstawała od reszty. Za to jako zimna narratorka, relacjonująca fakty, podobała mi się bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo na moim spektaklu nie szarżowała albo tego nie zauważyłam.
      Mam z tą sztuką problem. O ile podobała mi się realizacja od strony technicznej i gra aktorów, to opowiedziana historia jest paskudna i niestety prawdziwa i nie miałam na scenie ani jednej postaci do lubienia czy kibicowania. W ogóle chyba musiałabym to obejrzeć drugi raz albo chociaż przeczytać bo mam wrażenie, że nie wszystko zrozumiałam np. wątek z umierającą celebrytką.
      Ania2

      Usuń
  2. Hej, tu Laire ;) Twoja recenzja bardzo się pokrywa z moimi wrażeniami. Billie na żywo była powalająca i zagrała prześwietnie. I bardzo podobał mi się pomysł z ekranami pokazującymi nagłówki, fragmenty gazet i filmiki. Świetna robota.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Wasz blog :) nie wiecie czy NT będzie transmitować Great Britain?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety - póki co cisza o planach w cyklu NT live (możliwe jednak że pokażą wersję z West Endu). Czekam jednak kiedy (i w jakiej obsadzie) sztuka pojawi się w Archiwum. /Ania1

      Usuń