poniedziałek, 20 października 2014

King Charles III - recenzja

O sztuce pisałyśmy już w kwietniu. Czytając rewelacyjne, pełne zachwytów recenzje, nabrałyśmy ochoty by ją zobaczyć i miałyśmy ogromną nadzieję, że jak wiele innych produkcji z Almeidy, zostanie przeniesiona na West End. Czasami widać teatralne marzenia się spełniają (nam, odpukać, zaskakująco często), dlatego w pierwszy październikowy piątek, o wpół do dziewiątej rano, ustawiłyśmy się w kolejce po dzienne bilety na "Króla Karola III". Udało nam się dostać dwa ostatnie miejsca w pierwszym rzędzie i podekscytowane wieczorem zasiadłyśmy w teatrze.

podobno w metrze nie można umieszczać wizerunków rodziny królewskiej w celach reklamowych - 
dlatego król Karol ma wypikselowaną twarz :)

I nie zawiodłyśmy się.
Sztuka w pełni zasługuje na 5-cio gwiazdkowe recenzje, a my podzielamy wszystkie zachwyty recenzentów.
Scenografia jest bardzo prosta. Półkolista kamienna ściana otacza scenę, na środku której znajduje się niewielkie podwyższenie, z boku kilka krzeseł i biurko. Spektakl zaczyna się bardzo klimatycznie. Ubrane na czarno postacie wolno wkraczają na scenę, każda z nich trzyma grubą, zapaloną świecę, idąc śpiewają łaciński, żałobny chorał. Symboliczny, przejmujący pogrzeb królowej. To był chyba ostatni spokojny moment w całym przedstawieniu. Po śmierci władczyni rusza machina, mająca na celu ukoronowanie jej następcy - i mimo, iż na uroczystą koronację należy poczekać, państwo czekać nie może. Ustawy muszą być podpisane, prawo musi być stanowione. Jak mówi jeden z bohaterów "Umarła królowa, niech żyje król!".

Kate i William. Olivier Chris wyrasta powoli na jednego z naszych ulubionych aktorów! (źródło)

W centrum tego wszystkiego znajduje się, rewelacyjnie sportretowana i zagrana, rodzina królewska. Główny bohater, Karol (Tim Pigott-Smith), wydaje się nieco zagubiony na początku. Nie ma czasu na żałobę, obowiązki wzywają, a wspiera go zawsze wierna Camilla (Margot Leicester). Karol nie chce tkwić w cieniu słynnej rodzicielki, chce się wyróżnić, chce być prawdziwym władcą. Dobry i prawy książę William (Olivier Chris) jest gotowy pomagać ojcu jak tylko potrafi, jego żona, księżna Catherine (Lydia Wilson) ma jednak swoje zdanie. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem postaci księżnej. Tu zdecydowanie nie jest tylko pustym, ślicznym dodatkiem u boku męża, na jaki kreują ją tabloidy. Przeciwnie, jest młodą kobietą doskonale wiedzącą czego chce i jak to dostać. W spektaklu nie mogłoby oczywiście zabraknąć "czarnej owcy". Książe Harry (Richard Goulding) bunt nastolatka przesunął w czasie o kilkanaście lat, a teraz czuje się coraz bardziej niepewny swojej roli jako członka najważniejszej rodziny w kraju. Mamy także premiera (Adam James), gotowego poprowadzić nowego króla i lidera opozycji (Nicholas Rowe) rozgrywającego swoją własną kampanię wyborczą. Specjalna wzmianka należy się Tafline Steen w roli Jess - niepokornej dziewczyny "z ludu", dla której Harry kompletnie stracił głowę. Jess była jak ożywczy powiew w dusznym pałacu, pełnym kłamstw i udawania. Na drugie wyróżnienie zasługuje Katie Brayben, która wcieliła się w kilka postaci: dziennikarkę, asystentkę i... Lady Di.

 Harry i Jess (źródło)

Jakby za mało było kontrowersyjnej tematyki, tekst sztuki został napisany przez Mike Bartletta białym wierszem, chwilami archaicznym językiem i składnią podobną do niektórych sztuk szekspirowskich. Wraz z pozornie średniowieczną scenografią, współczesnymi kostiumami (i wspaniałymi szatami w scenie finałowej), nieodłącznym duchem (Diana oczywiście) całość tworzy prawdziwą mieszankę wybuchową.

 Diana w swojej słynnej kolii, snuła się po scenie wieszcząc nadejście "najwspanialszego króla" (źródło)

Tempo spektaklu jest zawrotne. Widz nie ma ani chwili wytchnienia, z wypiekami na twarzy śledzi wydarzenia na scenie. Przedstawienie jest przepięknie zrealizowane, z dbałością o najmniejsze detale. A na dodatek ta sztuka jest autentycznie zabawna. Wybuchy śmiechu towarzyszyły egzaltowanym przemowom Camilli, czy zdecydowanym działaniom Kate. Widownia zaśmiewała się, jednocześnie mając świadomość, że śmiać się nie powinna. Wśród nielicznych głosów krytycznych pojawiały się opinie, że "nie wypada" wystawiać takiej sztuki. Nam jednak wydaje się, że "King Charles III" to oko puszczone do widza. Zmusza do zastanowienia i do odpowiedzenia sobie na pytanie: czym tak naprawdę w XXI wieku jest monarchia i na czym polega władza królewska? Pytanie, które po spektaklu nie daje spokoju nawet nam, widzom z zewnątrz, z kraju, którego przedstawione na scenie problemy nie dotyczą w najmniejszym stopniu.



Sztuka będzie grana w Wyndham's Theatre do 31 stycznia. Bilety w cenie £19.75 - £89.75 są do nabycia tutaj. Jednocześnie codziennie wypuszczana jest pula minimum 9 biletów (cały pierwszy rząd, ale scena nie jest bardzo wysoka) w cenie £10. Jeśli macie chwilę czasu w Londynie idźcie na to, naprawdę warto!

Po spektaklu oczywiście udałyśmy się na Stage Door, z jednym pytaniem do aktorów. Nie o sztukę tym razem, ale o teatr: czym różni się granie w małej Almeidzie od teatru na West Endzie i które miejsce preferują?
zdjęcia dzięki uprzejmości Naomi Westerman, która tego wieczoru na stage door zamieniła się w naszego fotografa :)

Udało nam się porozmawiać z Adamem Jamesem, Olivierem Chrisem i Timem Pigott-Smithem. Wszyscy jednogłośnie odpowiedzieli, że wolą Almeidę. Adam James zwrócił uwagę na to, że w mniejszym teatrze można nawiązać bliski kontakt z publicznością, gra się do poszczególnych widzów, a nie do tłumu. Tim Pigott-Smith dodał, że Almeida jest bardziej domowa, można pomyśleć, że to większy pokój. W Wyndham's zmieniły się proporcje sceny, to jest prawdziwy duży teatr z trzema balkonami i dużą widownią. Na takiej scenie gra się inaczej, aktor stara się kierować słowa do całego audytorium, spogląda częściej w górę, ku publiczności siedzącej wyżej. Jednak na zakończenie Tim przyznał, że West End ma jedną niezaprzeczalną zaletę. To prestiż  i możliwość dotarcia do szerokiego grona odbiorców.
Oliviera Chrisa także miałyśmy zamiar dokładniej wypytać, jednak cała rozmowa zeszła na jego inne role - w "Great Britain" i w cyklu "Women, Power and Politics", który miałyśmy okazję obejrzeć tego samego dnia w V&A Archive (i musimy przyznać, że nagłe pojawienie się Chrisa na ekranie w stroju z epoki było dla nas dużym zaskoczeniem). I taka mała refleksja. Jakie wspaniałe są rozmowy po spektaklu, gdy na aktorów nie napiera dziki tłum fanów. Dlaczego David i Tom muszą być aż tak popularni? ;)

Zniechęcone zeszłorocznymi Olivierami, w tym roku nie chcemy typować. Ale uważamy, że jeśli Tim Pigott-Smith nie otrzyma choćby nominacji, będzie to skandal porównywalny do braku nominacji dla Richarda II.




5 komentarzy:

  1. Zachwycił mnie ten spektakl. Wysmakowana kpina z monarchii.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wyszłam dziś z teatru zachwycona. Rolę Charlesa grał Miles Richardson, stąd też na scenie znienacka pojawił się, nie wymieniony w programie Tim McMullan, którego zdążyłam polubić po donmarowskich Fathers and Sons. Cudowny spektakl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszymy się, że sztuka Ci się podobała, tak jak nam :)
      Tim Pigott-Smith, nie występuje już od jakiegoś czasu, wg plotek leczy złamania, efekt wypadku samochodowego.
      Zastępstwa mogą być prawdziwym objawieniem, jak Philip Cumbus dla Ani2 czy Antony Jardine dla Ani1.
      Jak się spisał Miles Richardson? W naszym spektaklu grał PRowca i był bardzo dobry, ale przyznajemy, że trudno nam sobie wyobrazić kogokolwiek innego jako Karola, Pigott-Smith był w tej roli po prostu znakomity.

      Usuń
    2. Właśnie sobie uświadomiłam, że księcia Williama też miałam innego, oba razy, dziś byłam z mamą po raz drugi. I mam go w programie. Kupionym w listopadzie. Nazywa się Rory Fleck Byrne, i był bardzo dobry.
      Miles Richardson był moim zdaniem lepszy od Tima, którego widziałam dzisiaj.

      Usuń
    3. O jaka rotacja. Nasz William też był bardzo dobry i taki znajomy. Zupełnym przypadkiem ostatnio często widujemy Oliviera Chrisa w różnych rzeczach.

      Usuń