środa, 23 września 2015

Romeo and Juliet, The Royal Ballet - recenzja po seansie live

Na otwarcie nowego sezonu transmisji teatralnych, Multikino i Bristih Council przeniosły nas do londyńskiej Royal Opera House. Tam, przez 3 godziny, wraz z widzami zgromadzonymi w Covent Garden, mogliśmy oglądać balet Siergieja Prokofiewa, w wykonaniu The Royal Ballet, z 50-letnią już, niezwykłą, choreografią Kennetha MacMillana i muzyką orkiestry pod dyrekcją Koena Kesselsa.



Nie jestem znawcą baletu, ale "Romeo i Julię" Prokofiewa bardzo lubię - widziałam kilka przedstawień (w tym w poznańskim Teatrze Wielkim), ale wczorajszy spektakl pozostawił mnie na chwilę bez słów. Zagrało w nim idealnie po prostu wszystko.


Po raz pierwszy zobaczyłam na scenie Julię, która na początku nie tylko zachowuje się, ale i wygląda jak beztroski podlotek - z głową pełną psot, onieśmielona w obecności kandydata na męża, dziewczynka, którą wciąż  bardziej interesuje zabawa lalkami niż wkroczenie w dorosłość. I to właśnie drogę młodziutkiej Julii, sportretowanej przez genialną Sarah Lamb, obserwowaliśmy z zapartym tchem. Jej pierwszy taniec na balu, później oczarowanie niezwykłym nieznajomym, zakochanie się bez granic, pierwszą wszechogarniającą nastoletnią miłością, aż wreszcie dwa dramatyczne wybory, które musiała podjąć. I o ile Julia w swojej pierwszej scenie to roześmiana niewinność, o tyle ta sama postać 3 godziny później, to zdesperowana kobieta, której świat runął. Sarah Lamb tańczy przepięknie, ale jej kunszt aktorski widać w scenach, gdy się nie rusza - samą mimiką potrafi oddać więcej, niż inne aktorki długimi monologami.

źródło
Steven MacRae dzielnie partnerował jej jako rozrabiaka Romeo. Bo młody Montecchi w tej interpretacji, to wcale nie niewinny chłopiec. Z dwójką przyjaciół (Alexander Campbell jako butny Mercutio i Tristan Dyer jako wyważony Benvolio) szaleją po Weronie, stroją sobie żarty z mieszkańców, imprezują z pełnymi energii ladacznicami. Julia to dla Romea lekarstwo po zawodzie miłosnym. Rzuca się w związek całym sobą, nie myśląc o konsekwencjach, nie zważając na wiek i sytuację rodzinną ukochanej. On się zakochał i ją ciągnie za sobą. Steven jest zdecydowany i zadziorny, ale potrafi się wyciszyć i prawdziwie adorować swoją wybrankę. Trzy niezwykłe pas de deux, które para tańczy w przedstawieniu, jednocześnie stanowią kamienie milowe ich znajomości - subtelny początek, gorący poranek po nocy poślubnej i poniekąd parodia poprzednich, przejmujący ostatni taniec Romea z (w jego mniemaniu) martwą ukochaną.

źródło
Ale dla mnie tak naprawdę całe przedstawienie ukradł Gary Avis jako Tybalt. Gdy tylko pojawiał się na scenie cała uwaga była skupiona na nim. Pewny siebie, nie mogący znieść bandy Montecchich, doskonały szermierz i świetny aktor - także komiczny. Największy wybuch śmiechu zarówno w Royal Opera House jak i w kinie nastąpił po scenie, gdy Julia udaje ból głowy, by nie musieć dalej znosić zalotów Parysa. Spojrzenie, jakie Tybalt posyła kuzynce, mówi więcej niż tysiąc słów, acz można je streścić krótkim "z babami to tak zawsze". A jednocześnie próbuje ugłaskać zalotnika, by tak bardzo pożądany przez państwa Capuletich mariaż doszedł do skutku.

A jak on walczy! Pas de deux tworzyły nastrój, ale to wszystkie potyczki Tybalta z Romeem nadawały tempo przedstawieniu. Szpady śmigały w powietrzu, a każde uderzenie trafiało perfekcyjnie w dźwięki, było idealnym rytmicznym odzwierciedleniem muzyki granej przez orkiestrę. I my, widzowie, wiedzieliśmy, że to po prostu rewelacyjna choreografia i godziny prób, ale zaciętość z jaką panowie wymieniali pchnięcia, desperacja z jaką się bronili, wszystkie kłębiące się w nich emocje... łatwo było uwierzyć, że to prawdziwa walka na śmierć i życie. I mimo iż Mercutio zginął pchnięty zdradziecko w plecy, to widać było jak ten czyn otrzeźwił Tybalta, jak żałował swojego wybuchu, decyzji podjętych pod wpływem alkoholu. I mimo iż to furiat (i zabójca) było mi go tak bardzo żal gdy umierał.

źródło
Opisując wczorajszy spektakl nie można nie wspomnieć o realizacji. A ona była równie niezwykła jak układy taneczne na scenie. Przede wszystkim świetna konferansjerka, głównie w wykonaniu Darcey Bussell przed spektaklem i w trakcie antraktów. Mogliśmy obejrzeć rewelacyjne materiały dodatkowe - rozmowy z tancerzami i nagrania z prób, wywiady z najbliższymi krewnymi Kennetha McMillana, z wnukiem Sergieia Prokofiewa, z dawnymi odtwórcami głównych ról w balecie. Wszystko perfekcyjnie wyreżyserowane i zaprezentowane. Spektakl na żywo mogli oglądać widzowie ponad 800 kin na całym świecie, a także tłum zgromadzony na Trafalgar Square - tam całość była wyświetlana na wielkim ekranie. Balet sfilmowano bardzo poprawnie - czasem zbliżenia, czasem szeroki plan, podkreślający klimatyczną scenografię i spektakularne układy grupowe. Mimo tak ogromnych rozmiarów przedsięwzięcia, nie było żadnych, najmniejszych nawet problemów technicznych. Rewelacyjny dźwięk i płynny obraz.

Podsumowując - to była niezwykła niezwykła noc w kinie. A Royal Opera House zadbało także o widzów, którzy nie mogli uczestniczyć w seansie. Dla nich powstała dynamiczna i zabawna relacja na żywo.

Balet będzie wystawiany w Royal Opera House do 2 grudnia. Na częśc spektakli nadal są dostępne bilety.

1 komentarz:

  1. Zdecydowałam się iść prawie w ostatniej chwili - wydawało mi się, że Romea będzie tańczyć kto inny i nie byłam AŻ tak zainteresowana (jednak bilety dość drogie), ale na szczęście w porę się zorientowałam.
    Wyszłam zachwycona, głównie Sarą. Ostatni akt to mistrzostwo :D

    OdpowiedzUsuń