Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2015

Vampire Hospital Waiting Room - recenzja

Doktor Bloom prowadzi szpital (stara się, w każdym razie - choć głównie chowa się przed pacjentami), ale jednocześnie ma wielki mroczny sekret. Otóż całe swoje życie studiował księgi i szukał wskazówek, jak spotkać wielkiego Lorda Wampirów - który oczywiście przekształci go w jednego z krwopijców i zapewni nieśmiertelność. Pewnego wieczoru zdaje się, że jego marzenia wreszcie zostaną zrealizowane. Do poczekalni wjeżdża na wózku inwalidzkim ofiara okropnego wypadku samochodowego, będący w śpiączce milioner Arty Baldwin. I ów milioner spełnia wszystkie wymogi opisane w starożytnych zwojach...

wszystkie zdjęcia pochodzą z fb musicalu

"Vampire Hospital Waiting Room" reklamowany jest jako komediowy musical klasy B. Był wielkim hitem na festiwalu w Edynburgu, a teraz podbija Londyn, na maleńkiej scenie nad Arts Theatre. Za muzykę i teksty odpowiadają Theo McCabe (reżyser) oraz Craig Methven.

Musical jest pełen niegrzecznego, czasem ocierającego się o granicę dobrego smaku (ale nie przekraczający jej ani razu!), absurdalnego humoru. Jest świetnie zagrany i całkiem nieźle zaśpiewany. Ale jego siłą nie tyle są głosy aktorów, ile słowa piosenek. Bo ileż prawdy jest w wielkiej romantycznej balladzie "Love is Like a Car Crash", a porównania w niej są zaiste bardzo trafne - w tym nasze ulubione: "Love is like a car crash, always someone else's fault". 


Aktorzy dają z siebie wszystko - malutkie pomieszczenie, w którym sztuka była wystawiana, nie miało klimatyzacji, było tam niesamowicie gorąco, oni jednak ani na chwilę nie wypadali z roli. Podobali nam się wszyscy bez wyjątku, ale najbardziej chyba Roz Ford, w roli femme fatale - żony Artiego. Naszym zdaniem miała najlepszą piosenkę "Let's Put 'Fun' in Funeral" i najlepsze, złośliwe dialogi. Ale świetni byli też Craig Methven jako Artie (usilnie starający się zachować powagę w czasie "śpiączki") oraz Imogen Brabant, jako jego oddana (w każdym sensie tego słowa) sekretarka Liz. I oczywiście Joe McArdle, jako lekko szalony dr Bloom i Abby Jackson, obdarzona chyba najlepszym głosem z nich wszystkich, seksowna pielęgniarka. 

Całość jest niesamowicie zwariowana, akcja pędzi do przodu jak szalona, gag goni gag, piosenki perfekcyjnie uzupełniają wydarzenia na scenie, a uroku wszystkiemu dodaje grana na żywo muzyka. Krótka przerwa na zmianę dekoracji przed dramatycznym finałem, została spożytkowana przez Joe McArdle na krótką rozmowę z publicznością, która zmieniła się w serię zabawnych porad, jak przetrwać wysokie temperatury panujące w pomieszczeniu.
A na koniec dostajemy jeszcze cytat z Hamleta :)

Powiemy krótko. Jeśli do 21 listopada macie wolny wieczór (wszystkie spektakle zaczynają się o 22), koniecznie się na to wybierzcie! To jest dokładnie to, za co tak bardzo kochamy teatralny Londyn - szalona, niszowa rozrywka, w samym centrum West Endu. Ale ostrzegamy: to nie jest humor dla wszystkich. Podczas gdy my ocierałyśmy zapłakane ze śmiechu oczy, pan obok nas zniecierpliwiony spoglądał na zegarek.



Bilety, w cenie £14, można kupować na stronie teatru. Ostrzegamy, miejsca są nienumerowane, dlatego warto siadać w pierwszych dwóch rzędach, by nie stracić ani chwili z tego, co dzieje się na scenie. 
A jeśli chcecie posłuchać piosenek, możecie zrobić to tu.

poniedziałek, 20 października 2014

King Charles III - recenzja

O sztuce pisałyśmy już w kwietniu. Czytając rewelacyjne, pełne zachwytów recenzje, nabrałyśmy ochoty by ją zobaczyć i miałyśmy ogromną nadzieję, że jak wiele innych produkcji z Almeidy, zostanie przeniesiona na West End. Czasami widać teatralne marzenia się spełniają (nam, odpukać, zaskakująco często), dlatego w pierwszy październikowy piątek, o wpół do dziewiątej rano, ustawiłyśmy się w kolejce po dzienne bilety na "Króla Karola III". Udało nam się dostać dwa ostatnie miejsca w pierwszym rzędzie i podekscytowane wieczorem zasiadłyśmy w teatrze.

podobno w metrze nie można umieszczać wizerunków rodziny królewskiej w celach reklamowych - 
dlatego król Karol ma wypikselowaną twarz :)

I nie zawiodłyśmy się.
Sztuka w pełni zasługuje na 5-cio gwiazdkowe recenzje, a my podzielamy wszystkie zachwyty recenzentów.
Scenografia jest bardzo prosta. Półkolista kamienna ściana otacza scenę, na środku której znajduje się niewielkie podwyższenie, z boku kilka krzeseł i biurko. Spektakl zaczyna się bardzo klimatycznie. Ubrane na czarno postacie wolno wkraczają na scenę, każda z nich trzyma grubą, zapaloną świecę, idąc śpiewają łaciński, żałobny chorał. Symboliczny, przejmujący pogrzeb królowej. To był chyba ostatni spokojny moment w całym przedstawieniu. Po śmierci władczyni rusza machina, mająca na celu ukoronowanie jej następcy - i mimo, iż na uroczystą koronację należy poczekać, państwo czekać nie może. Ustawy muszą być podpisane, prawo musi być stanowione. Jak mówi jeden z bohaterów "Umarła królowa, niech żyje król!".

Kate i William. Olivier Chris wyrasta powoli na jednego z naszych ulubionych aktorów! (źródło)

W centrum tego wszystkiego znajduje się, rewelacyjnie sportretowana i zagrana, rodzina królewska. Główny bohater, Karol (Tim Pigott-Smith), wydaje się nieco zagubiony na początku. Nie ma czasu na żałobę, obowiązki wzywają, a wspiera go zawsze wierna Camilla (Margot Leicester). Karol nie chce tkwić w cieniu słynnej rodzicielki, chce się wyróżnić, chce być prawdziwym władcą. Dobry i prawy książę William (Olivier Chris) jest gotowy pomagać ojcu jak tylko potrafi, jego żona, księżna Catherine (Lydia Wilson) ma jednak swoje zdanie. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem postaci księżnej. Tu zdecydowanie nie jest tylko pustym, ślicznym dodatkiem u boku męża, na jaki kreują ją tabloidy. Przeciwnie, jest młodą kobietą doskonale wiedzącą czego chce i jak to dostać. W spektaklu nie mogłoby oczywiście zabraknąć "czarnej owcy". Książe Harry (Richard Goulding) bunt nastolatka przesunął w czasie o kilkanaście lat, a teraz czuje się coraz bardziej niepewny swojej roli jako członka najważniejszej rodziny w kraju. Mamy także premiera (Adam James), gotowego poprowadzić nowego króla i lidera opozycji (Nicholas Rowe) rozgrywającego swoją własną kampanię wyborczą. Specjalna wzmianka należy się Tafline Steen w roli Jess - niepokornej dziewczyny "z ludu", dla której Harry kompletnie stracił głowę. Jess była jak ożywczy powiew w dusznym pałacu, pełnym kłamstw i udawania. Na drugie wyróżnienie zasługuje Katie Brayben, która wcieliła się w kilka postaci: dziennikarkę, asystentkę i... Lady Di.

 Harry i Jess (źródło)

Jakby za mało było kontrowersyjnej tematyki, tekst sztuki został napisany przez Mike Bartletta białym wierszem, chwilami archaicznym językiem i składnią podobną do niektórych sztuk szekspirowskich. Wraz z pozornie średniowieczną scenografią, współczesnymi kostiumami (i wspaniałymi szatami w scenie finałowej), nieodłącznym duchem (Diana oczywiście) całość tworzy prawdziwą mieszankę wybuchową.

 Diana w swojej słynnej kolii, snuła się po scenie wieszcząc nadejście "najwspanialszego króla" (źródło)

Tempo spektaklu jest zawrotne. Widz nie ma ani chwili wytchnienia, z wypiekami na twarzy śledzi wydarzenia na scenie. Przedstawienie jest przepięknie zrealizowane, z dbałością o najmniejsze detale. A na dodatek ta sztuka jest autentycznie zabawna. Wybuchy śmiechu towarzyszyły egzaltowanym przemowom Camilli, czy zdecydowanym działaniom Kate. Widownia zaśmiewała się, jednocześnie mając świadomość, że śmiać się nie powinna. Wśród nielicznych głosów krytycznych pojawiały się opinie, że "nie wypada" wystawiać takiej sztuki. Nam jednak wydaje się, że "King Charles III" to oko puszczone do widza. Zmusza do zastanowienia i do odpowiedzenia sobie na pytanie: czym tak naprawdę w XXI wieku jest monarchia i na czym polega władza królewska? Pytanie, które po spektaklu nie daje spokoju nawet nam, widzom z zewnątrz, z kraju, którego przedstawione na scenie problemy nie dotyczą w najmniejszym stopniu.



Sztuka będzie grana w Wyndham's Theatre do 31 stycznia. Bilety w cenie £19.75 - £89.75 są do nabycia tutaj. Jednocześnie codziennie wypuszczana jest pula minimum 9 biletów (cały pierwszy rząd, ale scena nie jest bardzo wysoka) w cenie £10. Jeśli macie chwilę czasu w Londynie idźcie na to, naprawdę warto!

Po spektaklu oczywiście udałyśmy się na Stage Door, z jednym pytaniem do aktorów. Nie o sztukę tym razem, ale o teatr: czym różni się granie w małej Almeidzie od teatru na West Endzie i które miejsce preferują?
zdjęcia dzięki uprzejmości Naomi Westerman, która tego wieczoru na stage door zamieniła się w naszego fotografa :)

Udało nam się porozmawiać z Adamem Jamesem, Olivierem Chrisem i Timem Pigott-Smithem. Wszyscy jednogłośnie odpowiedzieli, że wolą Almeidę. Adam James zwrócił uwagę na to, że w mniejszym teatrze można nawiązać bliski kontakt z publicznością, gra się do poszczególnych widzów, a nie do tłumu. Tim Pigott-Smith dodał, że Almeida jest bardziej domowa, można pomyśleć, że to większy pokój. W Wyndham's zmieniły się proporcje sceny, to jest prawdziwy duży teatr z trzema balkonami i dużą widownią. Na takiej scenie gra się inaczej, aktor stara się kierować słowa do całego audytorium, spogląda częściej w górę, ku publiczności siedzącej wyżej. Jednak na zakończenie Tim przyznał, że West End ma jedną niezaprzeczalną zaletę. To prestiż  i możliwość dotarcia do szerokiego grona odbiorców.
Oliviera Chrisa także miałyśmy zamiar dokładniej wypytać, jednak cała rozmowa zeszła na jego inne role - w "Great Britain" i w cyklu "Women, Power and Politics", który miałyśmy okazję obejrzeć tego samego dnia w V&A Archive (i musimy przyznać, że nagłe pojawienie się Chrisa na ekranie w stroju z epoki było dla nas dużym zaskoczeniem). I taka mała refleksja. Jakie wspaniałe są rozmowy po spektaklu, gdy na aktorów nie napiera dziki tłum fanów. Dlaczego David i Tom muszą być aż tak popularni? ;)

Zniechęcone zeszłorocznymi Olivierami, w tym roku nie chcemy typować. Ale uważamy, że jeśli Tim Pigott-Smith nie otrzyma choćby nominacji, będzie to skandal porównywalny do braku nominacji dla Richarda II.




piątek, 10 października 2014

The Wolf From The Door - recenzja

Jerwood Theatre Upstairs to druga część teatru Royal Court. Mieści się na poddaszu i jest naprawdę maleńki - niewielka scena i kilka rzędów ławek, w których zasiadają widzowie. W zależności od aranżacji mieści maksymalnie 85 osób, na  naszym spektaklu było ich około 70. Donmar Warehouse to przy tym moloch. Miejsca nie są numerowane, siada się na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy". 

Scenografia przedstawienia była bardzo prosta. Po bokach dwa białe namioty służące za za garderoby i przechowalnie rekwizytów, na tylnej ścianie ekran, na którym wyświetlane są zdjęcia, pokazujące gdzie w danej dzieje się akcja. Na samej scenie znajdują się jedynie cztery krzesła i dwa stoły, które przestawiane przez aktorów, zmieniają przestrzeń wydarzeń, od stacji kolejowej przez taksówkę, salony, aż po miasto zniszczone rewolucją. 

wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony spektaklu

Lady Catherine (Anna Chancellor) i Leo (Calvin Demba) spotykają się na dworcu. On ją oskarża że go śledziła, ona jest speszona i tajemnicza. Niebawem dowiadujemy się że Lady Catherine pomaga zorganizować rewolucję, która ma swoim zasięgiem objąć cały kraj i wywrócić dotychczasowy porządek społeczny. Leo, chłopak znikąd, bez nazwiska, bez przeszłości, bez korzeni, zostaje jej podopiecznym, uczniem i pomocnikiem. W sztuce, oprócz Anny i Calvina gra jeszcze dwójka aktorów: Sophie Russell i Pearce Quigley. Oni wcielają się we wszystkie pozostałe postacie - od przyjaciół z wyższych sfer, poprzez kasjerkę i menadżera w Tesco, policjantkę i taksówkarza, biskupa i jego gospodynię, fanów historycznych bitew po przybocznych nowego władcy. A i tak mam wrażenie, że o kilku bohaterach zapomniałyśmy. 


Lady Catherine w wykonaniu Anny, to kobieta pełna klasy, walcząca o swoje przekonania i wykorzystująca do tego celu wszelkie możliwe środki. Leo jest niemal postacią z papieru, manekinem. Tak jakby dopiero przebywanie w towarzystwie Catherine kreowało go jako osobę. Na początku zaznacza, że nie śpi i nie je. Nie poci się i nie brudzi. Później jednak widzimy jak z początku niechętnie, później z coraz większym apetytem pochłania kolejne potrawy*. Leo został upatrzony na lidera nowego porządku. On jest nieskażony żadnymi przekonaniami, wpływami czy powiązaniami. Jest znikąd i państwo które stworzy ma zawierać tylko te rzeczy, które sam lubi.



Cała pieczołowicie przygotowywana rewolucja ma skutkować wyniesieniem dotychczasowej klasy pracującej, zwykłych szarych ludzi i zniszczeniem uprzywilejowanych: dziennikarzy, klasy rządzącej i wyższych sfer. Zaskakująco jednak dużo członków tej ostatniej grupy pomaga w przygotowaniach. Jednym z nich jest wspomniany już biskup. Planuje on utopić się w morzu, zdając sobie sprawę, że musi być jedną z pierwszych ofiar. Wie jednak także, że zabójstwo jest grzechem i nie chce obciążać sumienia oprawcy swoją śmiercią. 

Charakterystyczną rzeczą dla tej sztuki jest zupełny brak krwi. Nie zostało pokazane żadne z morderstw. Widzimy Leo zamachującego się mieczem, następuje wyciemnienie, głos z offu mówi "Leo jednym ruchem ściął głowę menadżera Tesco", zapala się światło, menadżer leży, kasjerka krzyczy. Wiele osób krytykowało takie rozwiązanie, nam ono bardzo się spodobało. Podkreśla umowność wydarzeń, jest też kolejnym okiem puszczonym do widza. Bardzo ciekawa jest scena, kiedy cała czwórka aktorów stoi na środku i chórem opowiada historię ludzi, którzy obudzili się i dopiero po wyjściu z domu zorientowali się, że trwają zamieszki. Ich zachowanie, strach o dzieci, powrót do domu, chwila zastanowienia czy nie odwiedzić szefa dzierżąc w dłoni szpikulec jest bardzo zwyczajne, bardzo ludzkie. I ponownie dziennikarze skrytykowali tę scenę, dla nas ona idealnie wpasowywała się w nie do końca rzeczywisty i poważny klimat przedstawienia. 


Autorem "The Wolf From The Door" jest Rory Mullarky, młody brytyjski dramatopisarz. Za tę właśnie sztukę wygrał George Devine Award, a także odebrał tzw. Pinter Commission, doroczną nagrodę wręczaną przez lady Antonię Fraser, wdowę po Haroldzie Pinterze, ufundowaną by wspierać młodych twórców.

Sztuka zebrała bardzo średnie recenzje: trzy i dwugwiazdkowe. Krytykom nie podobała się historia, jednogłośnie za to chwalili aktorstwo. My zastanawiałyśmy się, czy fakt, że obie tak doskonale się na spektaklu bawiłyśmy, nie jest związany z trzema rzeczami. Po pierwsze ta sztuka nieustannie wbija szpile w "angielskość". Widzowie z zewnątrz nie obrywają aż tak, jak rodowici Brytyjczycy. Po drugie, obie pracujemy w budżetówce i wiedziałyśmy, że w nadchodzącej rewolucji to my byłybyśmy wygrane :)

Trzecią rzeczą, która również mogła wpłynąć na nasz bardzo pozytywny odbiór spektaklu były głośne wybuchy śmiechu dochodzące z rzędu za nami. Toby Stephens, który wybrał się do teatru w zwykłe czwartkowe popołudnie, bawił się równie dobrze jak my.
Po spektaklu, w trójkę czekaliśmy na stage door na Annę Chancellor. Wykorzystałyśmy ten czas do krótkiej rozmowy. Toby przyznał, że sztuka mu się podobała, była zabawna, a jednocześnie prowokująca kłopotliwe pytania i niepokojąca. Ale bawił się na niej bardzo dobrze i aż sam był tym zaskoczony. A później wybiegła Anna, a my, nie chcąc przeszkadzać niedawnym partnerom scenicznym, grzecznie czekałyśmy na swoją kolej. 

taki widoczek ze stage door :)

Gdy wreszcie Anna była wolna i podeszła do nas, miałyśmy kolejna okazję porozmawiać o przedstawieniu. Przyznała, że zdaje sobie sprawę, że to nie jest hit, że ta sztuka nie jest dla każdego i może wydawać się kontrowersyjna, ale bardzo ją cieszy, że nam się tak podobało. A jej radosne "Ha! We are three Annas" to była przysłowiowa wisienka na torcie. Rozstałyśmy się ze śmiechem, Anna poszła odpocząć przed wieczornym spektaklem, my miałyśmy do załatwienia bardzo pilną sprawę*.

"The Wolf From The Door" będzie wystawiany do 1 listopada. Można na nią jednak kupić tylko poniedziałkowe, dzienne bilety za £10.

* ...Oni w tej sztuce jedli i jedli, coraz bardziej smakowite potrawy. W efekcie po spektaklu musiałyśmy szybko nabyć dużą pizzę, gdyż z głodu ledwo mogłyśmy myśleć :)

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Let the Right One In - recenzja

Na początku była książka ("Wpuść mnie"), później film ("Pozwól mi wejść"), a nawet dwa, obecnie na West Endzie można oglądać sztukę (o której już zresztą pisałyśmy).
Podobało mi się, bardzo mi się podobało. Książka wydawała mi się trudna, żeby nie powiedzieć niemożliwa, do przeniesienia na scenę. Mnogość bohaterów, wątków i miejsc akcji, czy same przedstawione wydarzenia były, moim zdaniem, bardzo nie sceniczne. Myliłam się, a twórcy poradzili sobie świetnie.

zrodlo
Przez cały czas trwania sztuki scena wygląda tak samo - brzozowy las przysypany śniegiem i metalowa konstrukcja, na której będą spotykać się Oscar i Eli. Wraz z upływem czasu dodawano:  kufer, szkolne szafki czy szklany pojemnik grający basen i w ten sposób zmieniano miejsce akcji. Kostiumy są proste, ale dobrze dobrane do czasu akcji i klimatu sztuki.

Duże wrażenie zrobiła na mnie muzyka, idealnie podkreślająca nastrój, a chwilami go budująca. Efekty specjalne pojawiły się właściwe tylko w przedostatniej i ostatniej scenie, wcześniej użyto trochę sztucznej krwi i charakteryzacji.

Jak w przypadku każdej adaptacji, cześć wątków wycięto, ale moim zdaniem historia wcale na tym nie ucierpiała. Tego co najważniejsze, nie usunięto ani nie złagodzono. Mimo, że sztuka przeznaczona jest dla widzów od 13 lat, nadal jest krwawo, momentami brutalnie, jest przemoc w szkole i morderstwa. Ja znałam historię, wiedziałam co będzie dalej ale i tak w pewnej chwili podskoczyłam na fotelu. Kobieta siedząca obok, dużo bardziej przeżywała każdego padającego na scenie trupa. Ale było też dużo sympatycznych i zabawnych momentów.

zrodlo
Ogromne brawa należą się aktorom. Sceniczny Oscar wzbudzał we mnie dużo większą sympatię niż książkowy czy filmowy. Tamtych było mi żal, tego polubiłam i uważam, że jest to efekt świetnej gry młodego Martina Quinna, który tym spektaklem debiutuje na scenie. W roli Eli występuje Rebecca Benson i moim zdaniem jest fenomenalna. Pozostała obsada też jest dobra i nikt nie odstaje, ale to wspomniana wcześniej dwójka aktorów ciągnie ten spektakl. 
Sztuka zebrała świetne recenzje i tym razem w 100% zgadzam się z krytykami. Dlatego dziwi mnie, ze wcześniej schodzi z afisza - miała być wystawiana do 27 września, będzie tylko do 30 sierpnia. Oglądałam popołudniowe przedstawienie w sobotę i sala była zapełniona tak w 2/3. Nie wiem czy to wina pory, samej sztuki czy strachu widzów przed teatrem Apollo?

niedziela, 15 czerwca 2014

"Eldorado" - recenzja

"Eldorado" to dość młoda sztuka, powstała dziesięć lat temu. A inscenizacja w Arcola Theatre była brytyjską premierą przedstawienia.
Autorem "Eldorado" jest niemiecki dramaturg Marius von Mayenburg. Spektakl wyreżyserował Simon Dormandy, wcześniej współpracujący z Donmar Warehouse, RSC, the Royal Court czy kompanią Cheek by Jowl. W sztuce wystąpili: Nicholas Bishop, Michael Colgan, Eva Feiler, Amanda Hale, Mark Tandy, Sian Thomas.
źródło
Na plakatach sztuka reklamowana była jako "czarna komedia o sukcesie" i w pewnej części jest to prawda. Główny bohater, Anton, osiągnął sukces. Ma piękną żonę, spodziewają się dziecka, mieszkają w wymarzonym domu. Niestety nic nie jest takie jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Żona Antona, znana pianistka, przeżywa kryzys i rezygnuje z koncertów. Obłędnie bogata, afiszująca się ze swoim znacznie młodszym utrzymankiem teściowa, swoimi złośliwymi mądrościami wcale nie pomaga. Żeby utrzymać rodzinę Anton, posuwa się do oszustwa, które w efekcie prowadzi do tragedii. To pierwsza "warstwa" sztuki. Opowieść o życiu kilku osób. O tym jak wyniszczająca może być pogoń za sukcesem.
Druga "warstwa" (i tej przyznaję zupełnie nie zrozumiałam) to pojawiające się co jakiś czas, czytane przez głos informacje o wojnie. Zapewne w zamiarze autora/reżysera(?) miały one większy, głęboki sens, tyle, że do mnie zupełnie nie dotarł.
Inscenizacja była dość prosta. Przez większość czasu scena była domem głównych bohaterów i to w nim rozgrywała się większość wydarzeń.




Moim powodem do obejrzenia sztuki była Amanda Hale. O ile jako żona dzielnego inspektora Reida w "Ripper Street" nie wywarła na mnie większego wrażenia, to moim zdaniem kradła każdą scenę w jakiej się pojawiła w "White Queen". Jej Małgorzata Beaufort była absolutnie cudowna.
Tutaj może nie błyszczała aż tak bardzo, ale też cała obsada była dobra. A postać jej matki, w którą wcielała się Sian Thomas bardziej przykuwała uwagę widza niż ciut neurotyczna bohaterka Amandy. Z drugiej strony było coś niepokojącego w jej interpretacji.

źródło
źródło
Spektakl zebrał raczej dobre recenzje, chociaż zdarzyły się i rozczarowane. 
Mi się podobał, mimo, że wyszłam z teatru nie do końca pewna co właściwie oglądałam.


wtorek, 18 lutego 2014

The Duchess of Malfi - recenzja

Niedawno pisałam o Sam Wanamaker Playhouse, dziś kilka słów o sztuce, która tam widziałam.
"The Duchess of Malfi" to tragedia autorstwa Johna Webstera. Ponoć jego sztuki są "jednymi z najbardziej krwawych i pełnych przemocy spośród innych angielskich dramatów". Ta opowiada autentyczną historię Giovanny d'Aragona, jej braci i męża. Inscenizację w Sam Wanamaker Playhouse wyreżyserował Dominic Dromgoole.
Zacznijmy od tego, że jako wielka fanka Gemmy Arterton  jestem zupełnie nieobiektywna. Nie ważne czy Gemma hasa po pustyni, gromi czarownice, sieje zamęt na brytyjskiej prowincji czy wgryza się, w bynajmniej nie łabędzie szyje elementu przestępczego kocham ją całym sercem.
 
 
"Duchess" jest jej powrotem do The Globe. To tu debiutowała na scenie w 2007r. jako Rosaline w "Straconych zachodach miłości". Teraz wraca i, moim zdaniem, wraca w wielkim stylu.
Jej postać jest młodą, majętną wdową i ma swój pomysł na życie, który nie bardzo odpowiada jej braciom Kardynałowi (wspaniały James Garnon) i księciu Ferdynandowi (jeszcze wspanialszy David Dawson). Nasza księżna postanowiła bowiem w sekrecie poślubić Antonia (zdecydowanie mniej wspaniały Alex Waldmann) a gdy sprawa się wydała, kilka lat i trójkę dzieci później ... Cóż pisałam już, że "The Duchess of Malfi" to tragedia i raczej nikt z widzów nie spodziewał się happy endu. Chociaż przyznaję, iż na końcu liczba martwych postaci jest zaskakująco wysoka.
Gemma świetnie i przekonująco gra zarówno młodą, zakochaną, radosną i niepoważną księżną jak i później pogodzoną z losem więźniarkę. Nadal niezłamaną, mimo sadystycznych tortur jakie funduje jej Ferdynand. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, prześliczna jest scena śmierci księżnej. Wolna, bezkrwawa. A sama księżna, mówiąc współcześnie, do końca zachowuje klasę.
Moim zdaniem Arterton ma w sobie trochę dziecięcą radość grania i ogromną frajdę z bycia na scenie. A podczas ukłonów po spektaklu widać było jak cieszyły ją brawa i reakcja publiczności. W czasie trzeciego ukłonu uśmiechała się jak małą dziewczynka, która właśnie dostała wymarzony prezent.
Do tego wyglądała zwyczajnie prześlicznie. Kostiumy, światło świec, tylko podkreślają delikatną urodę aktorki.

Równie ważną rolę co Księżna, odgrywają jej bracia. Mroczny Kardynał i cóż, raczej nie do końca zdrowy na umyśle Ferdynand. Obaj są świetnie zagrani. Z bólem przyznaję, że chwilami chyba nawet lepiej niż sama Księżna. Nie znałam wcześniej Jamesa Garnona, ale teraz na pewno zacznę zwracać na niego uwagę. Natomiast David Dawson to dla mnie głównie dziennikarz-gnida z "Ripper Street". A, jak powiedziało mi imdb to także Points z "Hollow Crown" BBC (zupełnie go tam nie poznałam). Jako Ferdynand jest cudownie psychotyczny. Początkowo to tylko wyniosły książę, później urażony, zazdrosny brat, na końcu wariat przekonany, że cierpi na likantropię.

Bardzo podobali mi się też Sean Gilder jako Bosola (służący szpiegujący Księżną na polecenie Ferdynanda, w dużej mierze odpowiedzialny za ilość zgonów), Denise Gough jako kochanka Kardynała Julia i grająca Cariolę zaufaną służącą Księżnej Sarah MacRae. Za to najsłabszym ogniwem był Antonio i jako postać i jako aktor . Jakoś zupełnie nie zrobił na mnie wrażenia i wyszłam trochę zdziwiona, że to z jego powodu całe zamieszanie.

Zaskoczyło mnie też, że sztuka jest chwilami naprawdę bardzo zabawna. Jest też makabryczna np. woskowe ciała czy scena podczas której w całym teatrze zapada zupełna ciemność a na scenie są tylko Gemma z Dawsonem, który, jak widzowie już wiedzą, nie ma dobrych zamiarów.
Sztuka zebrała raczej pozytywne recenzje. Może nie aż tak zachwycone jak moja, ale "Duchess" to taki teatr jaki kocham najbardziej. Tradycyjny i przez to magiczny. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że niektóre sztuki, choćby "The Curious Incident of the Dog in the Night-Time" trudno byłoby wystawić bez sporego udziału nowoczesnej techniki i efektów specjalnych.
Czytałam plotki, że spektakl został nagrany przez BBc4. Mam ogromną nadzieję, że to prawda i że zostanie wypuszczony na dvd albo trafi na stronę digital theatre.

sobota, 25 stycznia 2014

Stephen Ward - recenzja


Stephen Ward to najnowszy musical Andrew Lloyd Webera. Wybrałam się na niego dość spontanicznie. Obejrzałam Keeler i chciałam porównać dwa spojrzenia na tą samą historię. Gill Adams opowiada o Aferze Profumo z punktu widzenia Christine Keeler a doktora Warda przedstawiony jest jako dość negatywną postać. Za to musical ukazuje go jako ofiarę systemu, kozła ofiarnego.


Musical mi się nie spodobał. Z dziewiętnastu piosenek zapamiętałam aż dwie, to raczej niewiele: I’m Hopeless When It Comes To You i Nineteen Sixty-Three. Obie można usłyszeć na profilu musicalu na you tube. Z aktorów podobała mi się Joanna Riding jako Valerie Hobson, niestety jej postać pojawia się tylko w dwóch czy trzech scenach. Najbardziej wpadała w ucho Charlotte Blackledge grająca Mandy Rice Davies. Występująca w roli Christine Charlotte Spencer chwilami sprawiała wrażenie jakby brakowało jej głosu. A sam Stephen Ward czyli Alexander Hanson też jakoś nie utwił mi w pamięci.


Kostiumy były utrzymane w styulu epoki i porównując z archiwalnymi zdjeciam wydają się być wzorowanie na tym co nosiły prawdziwe Christine i Mandy. Niestety scenografia sprawiała na mnie wrażeniu ciut tandetnej i jak na oczekiwania, które miałam rozczarowywała. Ale podobało mi się użycie nagłówków gazet do prowadzenia narracji. Spektakl opowiada o skandalu więc oczywiście jest Keeler biegająca nago po scenie i orgia.


Część krytyków zgadzała się ze mną a musical zebrał mieszane recenzje od rozczarowanych po zachwyconych. Ale zaledwie kilka dni temu przedłużono czas wystawiania z 1 marca do 14 maja więc chyba radzi sobie dobrze. 

piątek, 17 stycznia 2014

Othello, National Theatre - recenzja

To  kolejna z recenzji która na swoją publikację czekała ponad pół roku. Bo mam wrażenie, że ten spektakl zasługuje na więcej niż tylko bezładne zachwyty nad grą aktorską, a ciężko być poważnym recenzentem gdy przed oczami ma się tylko ironicznie uśmiechniętego Iago.

Dlatego ta recenzja będzie raczej opinią entuzjastycznego fana niż poważnym podsumowaniem spektaklu.




Akcja sztuki rozgrywa się współcześnie, podczas misji wojskowej (bodajże na Cyprze), gdzie Othello jest dowódcą. Na scenie znajdują się przesuwane kontenery, które w zależności od potrzeb stają się zewnętrznymi barakami otaczającymi plac ćwiczeń, łazienkami, kwaterami żołnierskimi, biurem czy gabinetem w ministerstwie. Dla mnie jednak o wartości tej sztuki świadczą aktorzy. Adrian Lester jako wyważony, spokojny, ale gdy wreszcie ogarnie go gniew przerażający Othello, Jonathan Bailey jako entuzjastyczny i przystojny Cassio oraz Rory Kinnear jako Iago. Najlepszy Iago jakiego miałam okazję oglądać. Sprawił, że całą sztukę to jemu się kibicowało. Widz wiedział, że choć postępowanie Iago jest złe to i tak życzył mu powodzenia.

Rory Kinnear i Jonathan Bailey

Iago Rory'ego jest ironiczny i zabawny. Gdy trzeba potrafi być poważny, potrafi manipulować innymi by osiągnąć swój cel. Co prowadzi według mnie do jedynego zgrzytu w finale. Rory Kinnear zagrał Iago tak, że jego końcowa niemożność do wybrnięcia z oskarżeń wydaje się mało prawdopodobna. Przecież wystarczyłoby małe kłamstwo, oskarżenie żony, wszyscy by mu uwierzyli. Wiem, że tak musiało być, tak napisał to Szekspir, ale niedosyt pozostaje.
Z Adrianem Lesterem stworzyli perfekcyjny duet, zasłużenie nagrodzony Evening Standard Award.
O ile podobała mi się naturalna i konkretna Lyndsay Marshal w roli Emilii, o tyle Olivia Vinall jako Desdemona nie przekonała mnie zupełnie. Wiem, że rola Desdemony do łatwych nie należy, ale Olivia grała ją cały czas na jedną nutę. Pod koniec miałam ochotę zawołać do Othella by mordował  ją szybciej... na co miała też wpływ długość przedstawienia - 3 godziny i 20 minut na umiarkowanie wygodnych fotelach w Olivier Theatre każdemu dało się we znaki.

To co sprawia, że oglądanie sztuki w teatrze jest za każdym razem unikalnym doświadczeniem, są różnego rodzaju niezamierzone wpadki. W czasie mojego spektaklu Rory Kinnear podczas ataku wściekłości trochę za mocno kopnął jedną z umywalek - odpadło kolanko i zaczęła się z niej lać woda na scenę. Aktor zaskoczony był tylko przez chwilę - na szczęście parsknięcie śmiechem i obrazowe przekleństwo które mu się wymknęło pasowało do sceny, próbował kolanko naprawić i akcja toczyła się dalej, jakby wszystko było z góry zaplanowane.

Na zakończenie dodam, że jeśli macie możliwość zobaczyć Othella w cyklu NT Live w kinie, koniecznie się na to wybierzcie. I dajcie znać jak Wam się podobało.

zwiastun Othella pokazywanego w cyklu NT live 



czwartek, 26 grudnia 2013

Richard II - recenzja 2

Ania1 napisała już recenzje spektaklu w Stratford. Ja widziałam pierwsze z przedpremierowych przedstawień w londyńskim  Barbican Centre.
Porównanie obu spektakli można znaleźć tu.


Jeżeli chodzi o moje wrażenia to jestem zwyczajnie zachwycona. Pamiętam jak oglądając The Hollow Crown BBC sama miałam ochotę obalać króla. Ten Ryszard jest zupełnie inny inteligenty, ironiczny, budzący sympatię i aż żal mi było, ze sztuka kończy się tak, jak się kończy.
Ciekawym zabiegiem jest rozpoczynanie przestawienia gdy widzowie jeszcze siadają. Światła wciąż się palą, ludzie wchodzą na sale a tymczasem ze sceny już słychać chór sporanistek. A na samej scenie przy trumnie z ciałem męża siedzi pogrążona w żałobie księżna Gloucester. Poza grającym tytułową rolę Davidem Tennantem najbardziej podobał mi się wcielający się w postać księcia Yorku Oliver Ford Davies. Nigel Lindsay czyli Bolingbroke był dobry ale raczej nijaki. Za z chwilą otrzymania korony stał się irytujacy. Telewizyjna kreacja Roryego Kinneara podobała mi się bardziej.

Ryszarda II można oglądać w Londynie do 25 stycznia. 30 biletów dziennych trafia do sprzedaży o 10.30. Kosztuja 10 funtów, jedna osoba może kupić jeden bilet.

sobota, 14 grudnia 2013

The Curious Incident of the Dog in the Night-Time

O książce, która jest podstawą spektaklu usłyszałam jakiś czas temu, ale jakoś nie zabrałam się za jej przeczytanie. Potem były nagrody Oliviera i myśl, że chyba wypadałoby tę sztukę obejrzeć. A jeszcze później Ania1 wróciła z Londynu i stwierdziła, że muszę ją zobaczyć. Wiec zobaczyłam.
Dla mnie spektakl był poruszający. Nigdy nie miałam kontaktu z osobą cierpiącą na Zespół Aspergera tutaj w ciągu dwóch godzin w bardzo prosty sposób, przy użyciu kilku efektów świetlnych, dźwiękowych i fenomenalnego aktorstwa pokazano jak wygląda świat oglądany oczami takiej osoby i życie z nią. Do tego sama opowiadana w sztuce historia jest interesująca i wciągająca a głównego bohatera nie da się nie lubić. No i jest confetti. 
Jedyna rzecz, która ujemnie wpłynęła na mój odbiór spektaklu to obecność żywych zwierząt na scenie. Bardzo mało i bardzo krotko, ale i tak.



Sztukę, pierwotnie wystawiana w National Theatre do 25 października oglądać można w Apollo Theatre.

piątek, 13 grudnia 2013

Changing Rooms

Changing Rooms to komedia Marca Camolettiego. Akcja toczy się w Paryżu, w latach 60-tych, w ciągu jednego weekendu.
Przedstawienie wyreżyserowała Anna Ostergrenand, a wystąpili w nim Jill Stanford (Nana - gosposia), Kevin Marchant (Bernard), Maria De Lima (Jacqueline - jego żona ), Milan Alexander (Robert - kochanek Jacqueline), Anna Lukis (Brigette - kochanka Bernarda).

zdjecia stąd

Bernard chce spędzić weekend z kochanką. Jego żona z kochankiem. Ich gosposia marzy o wakacjach z dala od pracodawców. Każde z nich myśli, że udało mu się pozbyć reszty i ma mieszkanie tylko dla siebie. A kiedy wszyscy niespodziewanie wracają do domu, Nana nie ma innego wyjścia jak zapanować nad całym tym bałaganem.


The Drayton Theatre  to maleńki (widownia liczy 50 miejsc) teatr usytuowany nad pubem w South Kensington. Na przedstawieniu, na którym byłam widzów było ok 12 i wszyscy świetnie się bawiliśmy. Sztuka jest lekka, zabawna i bardzo się cieszę, że przypadkiem się o niej dowiedziałam i udało mi się ją obejrzeć.

czwartek, 12 grudnia 2013

Fortune's Fool

Fortune's Fool to sztuka Iwana Turgieniewa. Za jej adaptację odpowiada Mike Poulton, a reżyserię Lucy Bailey.
Główny bohater to Wasilij Siemionowicz Kuzowkin zubożały arystokrata, który z powodu sprawy sądowej od lat nie może przejąć własnej posiadłości i jest wiecznym gościem w domu należącym do młodej Olgi Pietrownej. Kuzowkina gra Iain Glen i przyznaję, że na sztukę wybrałam się z jego powodu.


Na stronie teatru sztuka opisywana jest jako "brutalnie zabawna", gdzie indziej spotkałam się z określeniem "szalenie zabawny dramat rodzinny".
Oba uważam za trafne. Było zabawnie, było okrutnie, a zakończenie nie jest happy endem, ale jest lekko optymistyczne.
Sam spektakl określiłabym jako dobry. Nie nudziłam się, ale też nie bawiłam jakoś wyśmienicie. Nie wiem czy chciałabym oglądać go raz jeszcze.  

Poza Ianem Glenem w sztuce występują: Richard McCabe, Lucy Briggs-Owen, Alexander Vlahos, Daniel Cerqueira, Patrick Cremin, Dyfan Dwyfor, Janet Fullerlove, Paul Ham, Richard Henders, Simon Markey, John McAndrew, Bryonie Pritchard, Emily Tucker
źródło

Ta inscenizacja to debiut sztuki na West Endzie. W 2002r., na Broadwayu wystawiono Frotune's Fool z Alanem Batesem i Frankiem Langella, obaj panowie za swoje role otrzymali nagrody Tony.
Obecnie oglądać można spektakle przedpremierowe, sama premiera odbędzie się 19 grudnia a sztuka będzie wystawiana do 22 lutego.  

sobota, 7 grudnia 2013

Coriolanus - recenzja

Coriolanus z Tomem Hiddlestonem to sztuka, na którą najbardziej czekałam w czasie tego wyjazdu. Miałam to szczęście, że z "małą pomocą przyjaciół" udało mi się dostać bilet na pierwsze przedstawienie.
Koriolan to sztuka, w której dzieje się dużo i różnorodnie. Mamy wojnę, zamieszki, walki, mamy bardziej kameralne, prawie intymne sceny. Ciekawa byłam jak poradzą sobie z tym twórcy mając do dyspozycji maleńką scenę w Donmar Warehouse. Odpowiedzią był prawie całkowity brak scenografii, jeśli nie liczyć jednej drabiny. Malunki na ścianach, krzesła, kilka rekwizytów i "efekty specjalne" - np. podczas bitwy o miasto na scenę spada ziemia i zimne ognie. Była głośna muzyka i dużo krzyków. Mądrzy ludzie w internecie twierdzą, ze nowoczesność i techno to rzeczy, których należy się spodziewać po spektaklach Donmar Warehouse. Ponieważ to moja pierwsza przygoda z tym teatrem, byłam nieco zaskoczona. Potem albo było ciszej, albo po prostu się przyzwyczaiłam.


zdjecie z tumblra

Nie będę tu rozpisywać się o tekście, nie jestem fachowcem. To Szekspir, "wielkim poeta był" i broni się sam. Szczególnie jeśli jest dobrze zagrany. A ta sztuka jest zagrana naprawdę świetnie. Zresztą, przy takiej obsadzie nie powinno to dziwić.
Nie miałam okazji wcześniej oglądać Koriolana na scenie, porównywać mogę jedynie z filmową wersją Ralpha Fiennesa sprzed 2 lat i jest to zupełnie inaczej opowiedziana historia.
Główna różnica - Caius Maritius jest młody. Pisząc o zapowiadanej sztuce profesjonalni krytycy podkreślali, że zazwyczaj Koriolana grali nieco starsi aktorzy. Moim zdaniem tu pomysł obsadowy sprawdza się doskonale. Tom Hiddleston "czuje" Szekspira, postaci w jego interpretacji żyją i są wielowymiarowe. Równie wiarygodny jest jako dowódca, syn, niechętny polityk, czy dumny patrycjusz. Przy tym odmłodzonym Koriolanie inaczej też przedstawiono jego żonę. Jessica Chastain, w adaptacji filmowej, głównie snuła się po ekranie, a Virgilia Brigitte Hjort Sorensen budzi sympatię. Widać jej miłość i lęk o męża, w kilku wspólnych scenach udało się pokazać łączące ich uczucie.

Nie potrafię powiedzieć, która Volumnia podobała mi się bardziej. Zarówno Vanessa Redgrave w filmie jak i Deborah Findlay na scenie dają prawdziwy popis aktorski. Nie potrafię polubić matki Koriolana, ale doceniam to jak jest zagrana. Podobnie jest w przypadku Meneniusza, który jest zupełnie inną postacią w interpretacji Briana Coxa, a inną Marka Gatissa. Tyle, że patrycjusza lubię w obu wydaniach. Ten Gatissa był "lżejszy", bardziej ironiczny, momentami zabawny. Nie będę wymieniać wszystkich aktorów, dodam tylko, że bardzo podobała mi się Rochenda Sandall grająca kilka mniejszych postaci i mam nadzieję zobaczyć ją kiedyś w większej roli.
W jakimś omówieniu sztuki spotkałam się z opinią, że jest ona zupełnie pozbawiona akcentów humorystycznych. Ja i publiczność, która wczoraj co jakiś czas parskała śmiechem, mamy inne zdanie. Oczywiście to nadal tragedia, ale dzięki kilku minom, grymasom czy intonacji aktorom udało się dodać spektaklowi lekkości.

W trakcie przerwy i wychodząc wczoraj z teatru bezczelnie podsłuchiwałam komentarze innych widzów. Bardzo chciałam się przekonać, co o przedstawieniu sądzą ludzie sprawiający wrażenie, że przyszli "na sztukę", a nie "na Toma". Przedstawienie chyba się podobało, usłyszałam nawet zdanie "było lepiej niż oczekiwałam".

A teraz trochę narzekania. Nie chce umniejszać motywacji osób idących "na aktora", sama najczęściej tak wybieram spektakle - z powodów obsadowych. Ale czytając recenzje, w których wspomina się jedynie o tym, że Hiddleston przez kilkadziesiąt sekund jest na scenie bez koszuli, bierze prysznic czy całuje innego mężczyznę, poczułam się nie wiem, zażenowana? Zawstydzona? Przyznaję, jestem fangirl i wiem o nim więcej niż wypada o obcym człowieku. Nie, nie znam go, raczej nigdy nie poznam, ale uważam, że jest bardzo utalentowanym aktorem i życzę mu wszystkiego najlepszego. I bardzo nie chciałabym żeby nadgorliwy fandom zepsuł Tomowi doświadczenie jakim jest powrót na scenę. Nie wiem ile zauważa aktor ze sceny, na ile może obserwować publiczność, ale kiedy wczoraj widziałam dziewczynę skoncentrowaną wyłącznie na zawartości kubeczka z lodami, a na scenę i sztukę zwracającą uwagę tylko wtedy, kiedy pojawiał się na niej Tom, było mi irracjonalnie przykro.

Podsumowując "Coriolanus" nie wgniótł mnie w fotel, nie odebrał mowy, ale bardzo mi się podobał i naprawdę mam nadzieję, że spodoba się także prawdziwym krytykom. I poza sukcesem komercyjnym odniesie także artystyczny. Cala ekipa na to zasługuje.

Dziwny Przypadek Psa Nocną Porą i "relaxed performance". Recenzja

Spektakl The Curious Incident of the Dog in the Night-Time powstał na podstawie powieści Marka Haddona pod tym samym tytułem. Głównym bohaterem i narratorem książki jest Christopher Boone, 15-latek mieszkający w Swindon w Wielkiej Brytanii. Christopher ma fotograficzną pamięć, jest rewelacyjny z matematyki ale cierpi także na zespół Aspergera (mimo że nigdzie wprost nie jest to w książce napisane) i żyje głównie we własnym świecie.

Akcja zarówno powieści jak i spektaklu rozpoczyna się, gdy pewnej nocy Christopher znajduje zamordowanego psa sąsiadki i postanawia rozwikłać zagadkę jego śmierci.
Spektakl początkowo wystawiany w National Theatre, później przeniesiony do Apollo Theatre okazał się ogromnym sukcesem. Sztuka zdobyła najwięcej nagród Oliviera w historii, aż siedem, w tym za najlepszą sztukę, reżyserię i za pierwszoplanową rolę męską (Luke Treadaway). Mimo, że książka jest wydawałoby się niemożliwa do przełożenia na język teatru, reżyserce Marianne Elliot udało się to znakomicie.

Scenografia jest bardzo prosta - kilka białych pudełek i krzesło. Cała scena jest ogrodzona trzema ścianami, w nich znajdują się różne schowki i drzwi. Najważniejszą jednak rolę w przedstawieniu odgrywają efekty świetlne. Tego nie da się opisać, to po prostu trzeba zobaczyć!


Sztukę widziałam pod koniec czerwca, byłam wtedy w Londynie tylko na kilka dni. Jedyny wolny termin którym dysponowałam było to sobotnie popołudnie, a akurat wtedy sztuka była wystawiana jako "relaxed performance". I sama nie wiem czy bardziej byłam zachwycona spektaklem, ideą takiego przedstawienia czy też atmosferą panującą w teatrze.

Mojo

Mojo to czarna komedia, która w 1995r., zdobyła nagrodę Oliviera. Jej autor Jez Butterworth i reżyser Ian Rickson są uznanymi twórcami. Ma bajeczną obsadę. A recenzje zbiera mieszane, od zachwyconych po rozczarowane.
Ja niestety jestem w tej drugiej grupie.
Aktorsko uwagę zwraca Daniel Mays, którego do tej pory widywałam w filmach, ale jakoś nie zapamiętałam. Teraz już na pewno będę go rozpoznawać. Podobał mi się tez Colin Morgan. Może jego postać nie wzbudziła we mnie zbyt wiele sympatii, ale grał naprawdę dobrze.
Zachwycona jestem Benem Whishawem. Jego Baby raz śmieszy, raz wzrusza, ale na pewno nie zostawia widza obojętnym. Dodatkowo jest to rola zupełnie inna od Petera z "Peter and Alice", które oglądałam w maju. 

Za to zupełnie nie rozumiem decyzji Ruperta Grinta, który na swój debiut sceniczny wybrał role Sweetsa. W wywiadach mówił, ze robi coś czego nie robił wcześniej, tymczasem ja miałam wrażenie, że na scenie oglądam Rona Weasleya w garniturze.  Te same miny, te same reakcje.
Szkoda.


czwartek, 5 grudnia 2013

Jeeves and Wooster in Perfect Nonsense

Wiem o książkach P.G. Wodehousea, słuchowisku czy serialu ITV, ale żadnego z nich nie znam. Na spektakl zdecydowałam się w 100% z powodów obsadowych, bo jak tu nie zobaczyć Matthew Macfadyena na scenie, skoro jest okazja.
Chcę jeszcze!



Historia opowiedziana w sztuce braci Davida i Roberta Goodalów nie jest może zbyt skomplikowana, ale jest zabawna. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiło to jak sztuka została zagrana i wystawiona. Dekoracje montowane przez aktorów, slow motion na scenie, wspomniany wcześniej pies czy scena, w której Macfadyen gra jednocześnie dwie, kłócące się ze sobą osoby, to tylko kilka z wielu powodów żeby zobaczyć to przedstawienie. A Matthew Macfadyen, Stephen Mangan i Mark Hadfield zasługują na długie i głośne brawa. 


wtorek, 3 grudnia 2013

Our Ajax

Timberlake Wertenbaker to autorka sztuk, scenariuszy i tłumaczka. Jej najnowsze dzieło Our Ajax do końca listopada można było oglądać w maleńkim Southwark Playhouse.
Wszystkie skojarzenia z tragedia Sofoklesa są jak najbardziej właściwe. Akcja sztuki co prawda toczy się współcześnie, ale mamy zachowane główne elementy wątku - gniew na dowódców, miłość i oddanie żołnierzy, szaleństwo zesłane przez boginie i w końcu samobójstwo.


Our Ajax to ciężka, poruszająca opowieść. Wystawiana w małym teatrze z aktorami dosłownie biegającymi pomiędzy fotelami i mierzącymi, z broni w siebie i publiczność, wymagała od widza nieustającej koncentracji. Dodatkowo na przedstawieniu na którym byłam, widownia była tylko częściowo wypełniona co dawało wrażenie bardzo kameralnego spektaklu. 

Keeler

"Sex, skandal, showgirls i samobójstwo" - tak głosił plakat reklamowy.
Sztuka opowiada o Aferze Profumo, oparta jest na opublikowanych niedawno wspomnieniach Christine Keeler i ma jej "błogosławieństwo".


W skrócie - Londyn, wczesne lata 60-te, sekretarz stanu ds. wojny, młodziutka showgirl, rosyjski attache, lekarz z ambicjami towarzyskimi, seks i romanse.
Sztuka zebrała raczej średnie recenzje. Jeden z głównych zarzutów: nie mówi nic nowego o skandalu. Mnie się podobała właśnie dlatego, że nic o nim nie wiedziałam.
Drugi zarzut - średnie, żeby nie powiedzieć kiepskie, aktorstwo. Tu się muszę zgodzić, właściwie żadna z osób pojawiających się na scenie nie została mi na dłużej w pamięci.
Nie jest to spektakl, który chciałabym zobaczyć kolejny raz, ale też nie żałuję pieniędzy wydanych na bilet i czasu spędzonego w teatrze.
Za tę samą historię zabrał się Andrew Lloyd Webber. Już 3 grudnia odbędzie się pierwszy pokaz przedpremierowy jego nowego musicalu Stephen Ward.
Ciekawostka: w 1989 na podstawie wydarzeń będących kanwą sztuki nakręcono film Scandal, w którym wystąpili John Hurt, Ian McKellen i Joanne Whalley. 




środa, 27 listopada 2013

One Man, Two Guvnors

To uwspółcześniona wersja "Sługi dwóch panów" Carlo Goldoniego, której autorem jest Richard Bean. Sztuka miała premierę w 2011 roku w National Theatre, obecnie wystawiana jest w Theatre Royal Haymarket.
Zdobyła Critics’ Circle Award, Evening Standard Award dla najlepszej nowej sztuki. 
Pierwotnie w role głównego bohatera wcielał się James Corden, teraz Francisa Henshalla gra Owain Arthur. Poza nim na scenie występują: Sam Alexander, Mensah Bediako, David Benson, Ian Burfield, Peter Caulfield, Sophie Cosson, Amy Cudden, Derek Elroy, Angela Griffin, Stephen Leask, Nadim Naaman, Hugh Sachs, Gemma Salter, Kellie Shirley, Dominic Thorburn, Patrick Warner. Reżyseruje nadal Nicholas Hytner.
W ciągu dwóch lat wystawiania sztuka odbyła trzy trasy (dwie po Wielkiej Brytanii, jedną międzynarodowa) była wystawiana w Adelphi Theatre oraz na Broadwayu.


Sama nie wiem co sadze. Bawiłam się chwilami znakomicie, ale właśnie chwilami. Po spektaklu, który na plakatach chwali się pięcioma gwiazdkami przyznanymi przez Daily Mail, Daily Telegraph, Evening Standard, Financial Times, Guardian, Independent, Metro, The Sun czy The Times oczekiwałam nieco więcej. Przedstawienie chwilami jest interaktywne i bardzo chciałabym kiedyś zobaczyć je jeszcze raz. Sprawdzić ile rzeczy, które odbierałam jako improwizację naprawdę nimi było.
Ale najlepiej przekonajcie się sami. Do marca w teatrze Haymarket. W maju sztuka wyrusza w kolejną trasę po Wielkiej Brytanii i Irlandii. Szczegóły na stronie produkcji.

poniedziałek, 25 listopada 2013

The Pride - recenzja

The Pride to sztuka która w 2008 roku napisał Alexi Kaye Campbell. Wielokrotnie była nominowana i zdobywała nagrody m.in. Olivier Award, Evening Standard Award w 2009, Outer Critics Circle Award w 2010, GLAAD Award w 2011r.
Do tej pory wystawiana była 4 razy:

  • - w 2008r. w Londynie (rezyseria: Jamie Lloyd; obsada:  Philip - Bertie Carvel, Oliver -  J. J. Feild, Sylvia - Lyndsey Marshal i w potrójnej roli Mezczyzna/ Peter/ Doktor - Tim Steed
  • - w 2010 w Nowym Yorku (rezyseria Joe Mantello; obsada:  Philip - Hugh Dancy, Oliver -  Ben Whishaw, Sylvia - Andrea Riseborough, Mezczyzna/ Peter/ Doktor - Adam James
  • - w 2012 w Australii (rezyseria Gary Abrahams; obsada:  Philip - Lyall Brooks, Oliver -  Ben Geurens, Sylvia - Ngaire Dawn Fair, Mezczyzna/ Peter/ Doktor - Ben Prendergast
  • - i ponownie w Londynie w 2013 (rezyseria ponownie Jamie Lloyd; obsada:  Philip - Harry Hadden-Paton, Oliver -  Al Weaver, Sylvia - Hayley Atwell, Mezczyzna/ Peter/ Doktor - Mathew Horne
O sztuce pierwszy raz usłyszałam we wrześniu. Na podstawie dość enigmatycznego opisu na stronie:
"Philip, Oliver and Sylvia exist in a complex love triangle which spans over half a century, living and loving simultaneously in 1958 and the present against a background of changing attitudes towards homosexuality."
wyobraziłam sobie coś zupełnie innego niż zobaczyłam na scenie. Oczekiwałam raczej jednej, rozłożonej w czasie historii, czegoś w klimacie "Za rok o tej samej porze". Dostałam dwie zupełnie odrębne opowieści. Połączone tylko przez imiona postaci i tematykę: miłość, związki, homoseksualizm.
Nie będę ukrywać, krytyk ze mnie żaden. Albo coś mi się podoba albo nie. The Pride wbiło mnie w fotel.
Zacznijmy od tego, ze Trafalgar Studios zrobiło mi niespodziankę i przeniosło do pierwszego rzędu. Na moim planowanym miejscu w rzędzie N spędziłam zaledwie kilka minut, i wydawało mi się, ze powinnam mieć dobry widok. Na miejscu z pierwszego rzędu (metr, dwa od sceny), mimo patrzenia troszkę pod kątem widok miałam znakomity: 

Scenografia, jak widać na zdjęciu, bardzo prosta. Dwa fotele na środku sceny, pod ścianą barek, dość dobrze zapatrzony i często używany, w tylnej ścianie dwie pary drzwi prowadzące w głąb domu (prawe) albo służące jako drzwi wejściowe (lewe). Po przerwie nawet te rekwizyty zniknęły i została tylko pusta scena.
Czworo aktorów, wszyscy znakomici. Mój powód do obejrzenia sztuki - Hayley Atwell oraz Harry Hadden-Paton, Al Weaver i Mathew Horne. 
Sztuka toczy się w dwóch planach czasowych 1958 i współcześnie. W przeplatających się scenach opowiedziane zostają dwie historie.

Poniżej spoilery: