czwartek, 20 listopada 2014

James II, Day of the Innocents - recenzja


Po linearnej akcji "Jamesa I", pierwszy akt sztuki opowiadającej o jego synu i następcy Jamesie II jest dla wielu widzów szokiem. Wydarzenia i czasy mieszają się, a publiczność może się poczuć ciut przytłoczona. 

między przyjaźnią a miłością jest czasem bardzo cienka nić, dla niektórych niewidoczna... 
(wszystkie zdjęcia ze strony National Theatre)

Dla ułatwienia, na wstępie, skrót historyczny: James I zginął nagłą, brutalną śmiercią z rąk buntowników. Jego następca miał wtedy niecałe siedem lat. Królowa Joan, zdołała jeszcze pomścić męża, ale nie udało jej się zostać samodzielną regentką. Szkoccy panowie jej, Angielce, nigdy nie pozwoliliby rządzić. Dzieciństwo Jamesa II nie należało do łatwych i radosnych. Nieletni monarcha był pionkiem w rozgrywkach spragnionych władzy możnych. Kto miał króla, ten miał władzę. Rządzono w jego imieniu i za niego, zupełnie nie licząc się z jego zdaniem. Morderstwo ojca było pierwszym z wielu brutalnych, traumatycznych zdarzeń w życiu młodego króla. 








koszmary Jamiego są prawdziwie koszmarne


Ucieczka z matką, zabójstwo młodych Douglasów, próby porwania, cały pierwszy akt to prawie nieustanne pasmo przemocy, której świadkami i uczestnikami są dzieci. Jak we wstępie do sztuk napisała sama autorka, niezwykle trudno byłoby odegrać takie sceny z udziałem dziecięcych aktorów, dlatego zamiast nich oglądamy lalki. Przedstawiają one Jamesa i jego siostrę Annabellę w różnym wieku. Animowane są często przez tych samych aktorów, którzy w 2 akcie zagrają ich dorosłe wersje i przemawiają ich głosami
















Kukiełka małego Jamiego, także miała charakterystyczne znamię na twarzy, a Annabelli - wspaniałe rude włosy (drugie zdjęcie stąd, gdzie jest więcej fotografii kukiełek)


Drugi akt sztuki konstrukcją przypomina "Jamesa I" - zamiast retrospekcji, wspomnień i sennych koszmarów opowiada konkretną historię. 

Podobnie jak pierwsza sztuka, "James II" jest wielobarwny i wielowątkowy. Mamy: młodych małżonków, starych przyjaciół, knujących możnych, przejmującą opowieść o relacjach ojca i syna, historię o przyjaźni i lojalności. I o tym, że ludzie się zmieniają.

Mogłybyśmy powtórzyć zdanie z poprzedniej recenzji, że mocną stroną spektaklu są postaci. Zarówno starzy znajomi: Meg czy Isabella, jak i nowi bohaterowie: żona i siostra Jamesa, czy młody William Douglas. Oni wszyscy są napisani i zagrani po prostu wspaniale. 
Po raz pierwszy można docenić jak sprytnym zagraniem było powierzenie różnych ról w "The James Plays" tej samej obsadzie. W Jamesa II wciela się Andrew Rothney, ten sam, który w pierwszej części trylogii grał okrutnego syna Isabelli Stewart. Tym razem Isabella (jeszcze bardziej rewelacyjna Blythe Duff) jest szaloną, siwą więźniarką, mieszkanką odosobnionego pokoju w wieży, do którego coś nieustannie przyciąga młodego króla. Isabella nic się nie zmieniła, mimo szaleństwa nadal jest przebiegła, prowokuje chłopaka, przeinacza historię na swoją korzyść, zmusza go do zadawania niewygodnych pytań. W jednej ze scen spogląda na Jamesa i stwierdza "wyglądasz zupełnie jak mój syn, jak mój Walter". A widzowie, którzy widzieli poprzednią część, doskonale rozumieją, jak niebezpieczne jest to podobieństwo.  

Joan, która całe swoje życie miała tylko jedno jedyne pragnienie

Królowa Joan (nadal grana przez Stephanie Hyam), straciła wiele ze swojego uroku naiwnej dziewczyny. Niezmienne pozostaje jedynie jej pragnienie bezpieczeństwa. Tak silne, że by móc wyjść za Johna Stewarta, godzi się nawet oddać dzieci szkockim możnym. Zdrada, której Meg nie wybaczy jej nigdy. Joan pojawia się później w koszmarach Jamesa, spowodowanych jadem sączonym przez Isabellę,  jako kobieta bez żadnej moralności, oddająca się każdemu. W drugim akcie ta sama aktorka, tylko w blond peruce gra młodziutką francuską żonę króla, Mary. Beztroska i odważna, jest dokładnie tym, czego James potrzebuje. To ona pokazuje mu, że nie można się bać, że tu i teraz jest ważniejsze niż jakiekolwiek majaki. Tego samego uczy swoją młodziutką szwagierkę Annabellę (Rona Morrison), odesłaną do domu przez narzeczonego, nieśmiałą i nieszczęśliwą.

Ale główną osią sztuki są relacje między królem a klanem Douglasów. Najpierw krwawe morderstwo w czasie uczty Earla i jego młodszego brata, których młodziutki Jamie traktował jak bohaterów. Później przyjaźń, niemal braterstwo z Williamem Douglasem (Mark Rowley). Przyjaźń, która zaczęła się jako spotkanie dwóch nieszczęśliwych, zagubionych chłopców, a przerodziła się w niezwykle silną więź. Taką, której nie da się zerwać bez ofiar.


Nie tylko zmienił się styl opowiadania historii, zmieniła się też scenografia. Ściany zamku, zamiast znanych z pierwszej części okien i drzwi, straszą nieregularnymi wyrwami. Niemal cały pierwszy akt odbywa się w oparach, w ciemnościach przerywanych nagłymi snopami światła. Zapierające dech układy choreograficzne ze skrzyniami, w których chronił się młody James, jeszcze bardziej dezorientują widza. Przez scenę przewija się tłum ubranych na czarno postaci, w makabrycznych makijażach, mamy półnagiego mężczyznę z głową byka i przede wszystkim drewniane kukiełki dzieci, uczestniczące w wydarzeniach często wbrew swojej woli. Każda scena może okazać się czymś innym niż się wydaje, każda postać może skrywać inne oblicze. Miecz wbity w scenę nie zmienił swojego miejsca, jednak czasem spomiędzy oparów widać tylko jego zarys. 
Drugi akt z radosnymi obchodami tytułowego święta, z prostą historią o dorastaniu, odpowiedzialności, miłości i władzy, wydaje się momentami zupełnie innym spektaklem. Jednak koszmary senne mają to do siebie, że nigdy tak naprawdę całkowicie nie znikają...

James II jest najtrudniejszą i najbardziej niepokojącą sztuką z całej trylogii. Wyszłyśmy z teatru niezwykle poruszone, a jednocześnie z niezwykle silnym pragnieniem by zobaczyć ciąg dalszy. Na to jednak przyszło nam czekać aż do popołudnia następnego dnia. 
Aby pozostać w szkockich klimatach, przed teatrem, wybrałyśmy się do kina, na "What We Did On Our Holiday", ale o tym powstanie specjalny, osobny wpis na naszym fb :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz