wtorek, 2 grudnia 2014

The James Plays - podsumowanie


Co prawda wrzuciłyśmy już recenzję ostatniej sztuki, ale żyłyśmy "The James Plays" od kwietnia i trudno nam się z nimi rozstać. Dlatego, zgodnie z zapowiedzią, dzisiaj nieco nostalgiczny, emocjonalny (i bardzo długi) wpis, podsumowujący nasze przygody i przemyślenia związane ze szkockim cyklem. 

tak od października wygląda Ani1 tapeta na domowym laptopie (źródło)
Zaczęło się niewinnie, od pisania notki o wiosennych planach The National Theatre. Ania2, ogromna fanka Szkocji i wszystkiego co szkockie, na wieść o sztukach uparła się, że musi je zobaczyć i to koniecznie chronologicznie. A ponieważ już wcześniej myślałyśmy o wspólnej wyprawie, takie założenie z góry narzuciło nam ograniczenia datowe. Po kilku dyskusjach, z pomocą przyjaciółki, już pod koniec kwietnia miałyśmy bilety na październikowe spektakle. Od tej pory z uwagą śledziłyśmy każde, nawet najmniejsze doniesienie, czy to z Edynburga, czy potem z Londynu. Usłyszawszy, że przedstawienia będą grane ze szkockim akcentem, kupiłyśmy książkę "The James Plays"  i pochłonęłyśmy ją w kilka dni (polecamy, naprawdę czyta się tę trylogię rewelacyjnie!). Okazało się to bardzo dobrym pomysłem. Wiedząc co będzie dalej oglądałyśmy spektakle spokojniej, zwracając uwagę nie tyle na rozwój akcji, co na detale, niuanse, zachowania aktorów i zmiany w sposobie gry. 

Autorką "The James Plays" jest Szkotka Rona Munro. W swoim dorobku ma ona nie tylko sztuki teatralne, ale także słuchowiska radiowe i scenariusze do filmów i seriali, m.in. do "Doctora Who" - ostatniego sezonu przed zawieszeniem serialu.
Reżyserem całego cyklu jest Laurie Sansom, Anglik, który od marca 2013 sprawuje funkcję dyrektora artystycznego National Theatre of Scotland. 
Sztuki premierę miały podczas tegorocznego Fringe, a potem, w niezmienionej obsadzie, przeniosły się do Londynu, gdzie miałyśmy przyjemność je obejrzeć.

Już w recenzjach pisałyśmy, że chociaż "The James Plays" są cyklem, każda z nich opowiada konkretną, zamkniętą historię. Dzięki temu, jeżeli widz zdecydował się na obejrzenie tylko jednej części, nie gubił się i wszystko rozumiał.

Dramaty są świetnie napisane, w każdym znajdziemy zarówno sceny komiczne jak i wzruszające. Postaci mówią współczesnym językiem, co ułatwia widzowi zrozumienie. Szczególnie pomogło to nam - szkocki akcent plus archaizmy, nawet ze znajomością tekstu mogłoby być za dużo. 
Zresztą ten język bardzo dobrze komponuje się z zupełnie nieokreślonymi epokowo kostiumami, o których pisałyśmy w recenzji "Jamesa I". O ile stroje czy scenografia nie wskazują na jakąś konkretną epokę, tak całość jest utrzymana w tym samym, szkockim klimacie przez wszystkie przedstawienia. Otoczenie sceny zmienia się, ale jej kształt pozostaje niezmienny. I wielki miecz, za każdym razem jest wbity w to samo miejsce.

Bohaterowie trylogii - razem dosłownie rządzą sceną (źródło)

Spektakle łączy także, a może przede wszystkim, wspaniała obsada. W znakomitej większości aktorzy występują w całej trylogii, w zupełnie różnych rolach (Andrew Rothney, Mark Rowley, Gordon Kennedy) albo grając tę samą postać w rożnych okresach (Peter Forbes, Blythe Duff). Jedynie Sofie Gråbøl i James MacArdle występują każde w jednej sztuce. 
Ciekawi nas ile czasu spędzono dobierając role, bo bardzo się nam podobał sposób w jaki wszystko się przenikało: James II przypominający Isabelli Stewart jej syna (którego ten sam aktor grał w pierwszej sztuce), Stephanie Hyam, która zmieniała peruki i grała a to matkę, a to żonę Jamesa II, czy wreszcie Blythe Duff przez dwie pierwsze sztuki grająca odpychającą Isabellę, a w trzeciej cudowną Annabellę.

Festiwal w Edynburgu był światową premierą cyklu i Rona Munro bardzo ściśle współpracowała z reżyserem przy tworzeniu adaptacji. Nie wiemy czyim pomysłem było zmienienie dwóch scen, ale bardzo nas to zdziwiło.
Pierwsza z nich, roboczo przez nas nazywana "fochem Meg", została nawet nie tyle zmieniona, co zagrana zupełnie inaczej niż ją "widziałyśmy" podczas czytania. Meg, początkowo służka królowej Joan, później opiekunka Jamesa II, jest przez niego pod koniec drugiej sztuki odprawiana. Czytając dramat, ten moment był dla nas podziękowaniem. James dorósł, jest samodzielny niepotrzebna mu opiekunka, więc z wdzięczności i w nagrodę za wszystkie lata daje jej mały domek pod zamkiem, dodając, że niedługo i tak będzie potrzebna do pomocy przy mającym się narodzić Jamesie III. Wszystko to było bardzo radosne i pozytywne. Tymczasem na scenie, wystarczył jedne grymas na twarzy Sarah Higgins i Meg zamiast wdzięcznej i wzruszonej, była obrażona i urażona, jakby James jej nie dziękował, tylko odsyłał, odrzucał.

trzej królowie (źródło)

Druga zmiana była już poważniejsza, scenę rozszerzono, dopisano dialog i naszym zdaniem częściowo zmieniono wymowę całej sztuki. Przedstawione w dramacie małżeństwo Jamesa III i królowej Margaret było burzliwe, ale król chociaż bywał złośliwy, cenił żonę i nigdy by jej fizycznie nie skrzywdził. Za to królewska faworyta, Daisy, nie miała oporów i przepełniona złością próbowała zatruć suknię królowej - prezent od Jamesa. W sztuce cała sprawa kończy się spaleniem sukni nim ktokolwiek odkrył, że stanowi jakiekolwiek zagrożenie. Tymczasem w przedstawieniu, zatrutą suknię znajduje przypadkiem młody Jamie (przyszły James IV), co powiększa jeszcze bardziej jego gniew i nienawiść względem ojca. I w efekcie powoduje przyłączenie się chłopaka do rebeliantów. Naszym zdaniem, chęć przejęcia tronu motywujące Jamiego w sztuce, a chęć chronienia matki w spektaklu sprawiają, że zupełnie różnie interpretuje się zachowanie tej postaci.

O "Zakochanym Szekspirze" krąży opinia, że jest listem miłosnym do teatru. O "The James Plays" można powiedzieć, że to list miłosny do Szkocji. Jest ona kolejnym bohaterem dramatów, obecna w każdej ze sztuk, nie tylko w kostiumach, akcentach aktorów czy muzyce, ale wszyscy mówią o niej, walczą o nią, chcą (z jednym wyjątkiem ;) ) nią rządzić. To magiczna kraina, twarda i piękna, tajemnicza i barbarzyńska, silna, nie ulegająca nikomu. Jak mówi królowa Margaret "Szkocja zawsze przetrwa".

tu powinno się znajdować zdjęcie zamku Stirling w którym dzieje się akcja sztuki, jednak Eilean-Donan Castle jest ukochanym zamkiem Ani2, więc idealnie pasuje do naszej notki

Sztuki czytałyśmy razem, omawiałyśmy razem i idąc do teatru byłyśmy obie przekonane, że ostatnia jest najlepsza. Po obejrzeniu trylogii, po raz pierwszy wydawało się, że wreszcie przestałyśmy się zgadzać.
Ania 1: "James III" jest tym spektaklem, który najbardziej chwycił mnie za serce. Bardzo lubię opowieści o kobiecej przyjaźni - takiej w której jedna za drugą pójdzie w ogień, a jednocześnie każda ma swoje życie i problemy. Tu mieliśmy to mistrzowsko zagrane, a do tego świetną, silną postać królowej, cudzoziemki, która tak pokochała swój nowy kraj, że udało jej się przekonać najważniejsze rody szkockie, by pozwoliły jej rządzić. Ta sztuka była idealnym zakończeniem cyklu, mocnym podsumowaniem pozostawiającym widza usatysfakcjonowanym (i w sekrecie liczącym na sztukę o losach Jamiego IV). Ale...
Ania 2: Mnie w fotel wbił "James II". Retrospekcje mające retrospekcje, sny i koszmary, poszatkowanie czasu akcji. Sztuka jest w dużej części niemal chaotyczna, aż chwilami wydawało mi się, że chyba niemożliwa do wystawienia na scenie, w Olivier Theatre ożyła, wręcz zakwitła. Lalki, skrzynie, straszne i krwawe wydarzenia, przestawiono zachowując nastój grozy, ale bez niepotrzebnej brutalności. Do tego rewelacyjna gra aktorów. Andrew Rothney tak wspaniale zmieniający oblicza Jamesa: od przestraszonego chłopca, przez młodego, zauroczonego żoną mężczyznę, aż po pewnego siebie, świadomego monarchę. Kocham wielowątkowość tej sztuki, to ile historii zawarto w prostym zdawałoby się tekście i to, że im dłużej o niej myślę,  tym więcej w niej znajduję.
Ania1: No właśnie i tu jest moje "ale". 5 października byłam przekonana, że to ostatni spektakl był najbardziej "mój". Jednak to "James II" wciąż nie daje mi spokoju, rozkładam każdą scenę na części pierwsze, zastanawiam się nad motywacjami postaci, dochodzę do niepokojących wniosków, że jedyne co w pełni zwyciężyło w tym spektaklu to strach. Strach, który bohaterowie nauczyli się ukrywać, ale który nigdy ich nie opuścił... Nie mogę przestać myśleć o postaciach - i o ile chciałabym z wielka przyjemnością obejrzeć ponownie  "Jamesa III", o tyle czuję, że "Jamesa II" muszę (gdzieś, kiedyś) zobaczyć jeszcze raz.

Niesamowitym przeżyciem dla widzów (i bardzo męczącym dla aktorów) musiało być dwukrotne wydarzenie: "Trzy sztuki w jeden dzień". My zdecydowałyśmy się na wersję dwudniową (I i II w sobotę, III w niedzielne popołudnie), uważając, że taka dawka teatru zupełnie wystarczy. W sobotę wieczorem opuszczałyśmy National Theatre odliczając godziny do kolejnego spektaklu. To było lepsze niż najbardziej pasjonujący serial.  
Cameron Barnes, Andrew Rothney i Jamie Sives z fanami

W niedzielę, po obejrzeniu ostatniego przedstawienia wybrałyśmy się w końcu na stage door. Ponieważ w obsadzie nie było wielkich nazwisk, to nie było tłumu i łowców autografów, za to pojawiło się sporo osób, które kojarzyłyśmy z widowni, ze wszystkich trzech spektakli. I musimy dodać, że to był pierwszy stage door, gdzie byłyśmy najmłodsze wśród czekających :)
Aktorzy wychodzili rozluźnieni, roześmiani i wszyscy z radością przystawali na chwilę, podpisywali wszystko i rozmawiali. O różnicach w występowaniu w Edynburgu i w Londynie, o swoich postaciach. A to, że wszyscy mówili z jeszcze silniejszym akcentem niż na scenie, było tylko dodatkowym plusem. 

Nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy nie zadały aktorom kilku pytań. Ciekawiło nas zwłaszcza jedno. Czas premiery sztuk nie był przypadkowy, 2014 to wyjątkowy rok, rok referendum, a te wszystkie słowa o wolności, zachowaniu narodowej tożsamości i niepoddawaniu się, brzmiały bardzo mocno. My oglądałyśmy trylogię w październiku, znając już wyniki. Byłyśmy bardzo ciekawe jak reagowała na sztuki szkocka publiczność w sierpniu, kiedy wszystko dopiero miało się rozstrzygnąć. I jak aktorzy porównują to do odbioru spektakli przez widzów londyńskich.
Andrew Rothney stwierdził, że tego nie można porównywać. Publiczność w Edynburgu  reagowała żywiołowo, pełnym spektrum emocji - od oburzenia po zachwyt i radość, atmosfera była prawdziwie gorąca. Londyńscy widzowie są spokojniejsi, ale też oglądają spektakle uważnie i... śmieją się w innych miejscach. Blythe Duff dodała że w Edynburgu było prawdziwe szaleństwo, wszystko było odbierane bardzo dosłownie, każda scena była rozpatrywana w odniesieniu do referendum.
Zabawnie się zrobiło gdy wspomniałyśmy, że jesteśmy z Polski. Reakcja była jedna "I udało wam się cokolwiek zrozumieć?!". Gdy wyjaśniłyśmy, że wcześniej przeczytałyśmy tekst, zostałyśmy pochwalone ze śmiechem przez włączającego się co chwila do dyskusji Jamiego Sivesa. 

Dumni władcy, przez nas pieszczotliwie nazwani "Jakubkami" (źródło)

Wspaniałą rzeczą w "The James Plays" jest mnogość sposobów interpretacji poszczególnych scen, możliwość wielu teatralnych poszukiwań. Minęły dwa miesiące, a w nas nadal kłębią się uczucia. To na pierwszy rzut oka tylko proste historie trzech królów. Ale tak naprawdę, jest w tych sztukach o wiele więcej:
- Ewolucja władcy: od Jamesa I, którego nie chciał niepokorny kraj, po niepokornego Jamesa III, który nie chciał brać za kraj odpowiedzialności. 
- Ewolucja małżeństwa: od poznających się dopiero Jamesa i Joan, po związek z wieloletnim stażem Jamesa III i Margaret. 
- Zmiana miejsca i roli (kolejna ewolucja) kobiety: od Joan, która chce być dobrą żoną, przez wspierającą Mary, po silną, rządzącą zamiast męża, Małgorzatę. 
A mimo tak różnych poważnych tematów podejmowanych przez dramaty, wszystko pięknie się łączy. Symbolem tego mogą być młode róże, które James I rozkazał posadzić dla swojej nowej żony. W trzeciej sztuce kwiaty tworzą już piękny ogród, w którym wolny czas spędza rodzina królewska.

Jeden z krytyków nazwał dramat Rony Munro "lepszym niż Szekspir". Nam się wydaje, że to raczej sztuka, jaką napisałby Szekspir, gdyby żył w XXI wieku.

ogromną pomocą służył nam fantastyczny program. Była w nim pokazana chronologia wydarzeń, przedstawiona historia Szkocji i (bardzo pomocna) pełna obsada cyklu. Ulotka z "free cast list" była też dostępny przy wejściu na widownie i cieszyła się wielkim powodzeniem.

Jeżeli zaciekawiłyśmy Was choć trochę, to w oczekiwaniu na pojawienie się sztuk w archiwach albo (na co bardzo liczymy) ich wznowienie, polecamy filmiki o nich na kanałach National Theatre  i National Theatre of Scotland


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz