poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wolf Hall & Bring Up the Bodies - recenzja

Podobnie jak przy "The James Plays" zdecydowałam się na obejrzenie obu części jednego dnia. Sztuki są połączone, druga stanowi kontynuację pierwszej. Klimatycznie i wizualnie są spójną całością, dlatego postanowiłam napisać im wspólną recenzję.
Ostrzeżenie - notka zawiera bardzo, bardzo dużo obrazków. Zakochałam się w kostiumach i w scenografii, nie umiem wybrać tradycyjnych kilku zdjęć, więc macie całą galerię. Żeby nie ładowało się to wszystko bardzo długo - recenzja pod wcięciem. 

Dylogia teatralna "Wolf Hall" i "Bring Up the Bodies" to przygotowana przez RSC sceniczna adaptacja książek Hilary Mantel o tych samych tytułach, pisałyśmy o niej tutaj. Spektakle premierę miały w  Stratford-upon-Avon następnie przeniesione zostały do Londynu, do teatru Aldwych, zaś wiosną przyszłego roku trafią na Broadway.

Dzieje Henryka VIII i jego sześciu żon, znamy chyba wszyscy. Książki Hilary Mantel koncentrują się wokół jednej z drugoplanowych postaci tego, dramatu Thomasie Cromwellu, opowiadają o jego zawrotnej karierze i nieuniknionym upadku.
Historia Cromwella to prawie urzeczywistnienie amerykańskiego mitu od pucybuta do milionera. Syn kowala z Surrey, najemnik i kupiec, potem prawnik, zaufany człowiek kardynała Wolseya, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu awansował na doradcę króla i przez jakiś czas był jedną z najbardziej wpływowych osób w kraju. 

źródło



Nie wiem czy czytaliście książki, ale mają dość zapętloną konstrukcję i specyficzny styl: retrospekcje, wspomnienia wrzucane w pół sceny, nagłe przeskoki akcji w czasie i przestrzeni, całość wydawało mi się bardzo trudna, prawie niemożliwa do przeniesienia na scenę, szczególnie w sposób, który nie zmieniłby nastroju opowieści. Okazało się, że Mike Poulton (autor adaptacji) i Jeremy Herrin (reżyser spektaklu) poradzili sobie znakomicie. 




















wszystkie zdjęcia stąd

Oczywiście, jak w przypadku każdej adaptacji (i nie mówię tu o "Hobbicie"), trzeba było część scen usunąć inaczej jedna sztuka trwała by 8 godzin. Ale zachowano rytm i formę książek, a opowiadana historia jest spójna i sensowna. 

Wizualnie przedstawienia są bardzo proste, jak przy kilku innych sztukach, które widziałyśmy w tym roku, scenografia prawie nie istnieje. Przez większość czasu scena jest pusta, sporadycznie pojawiają się rekwizyty: biurko, fotel, stołek. Bardziej z treści rozmów czy tego kto jest obecny na scenie niż z jej wyglądu dowiadujemy się, gdzie w danej chwili toczy się akcja: dwór królewski, dwór Anny, dom Cromwella, majątek kardynała czy Tower.  
Tę "ubogość" dekoracji równoważą przepiękne kostiumy, bardzo klasyczne, bardzo z epoki. Zresztą popatrzcie sami na zdjęcia. 

Dodatkowo nastrój tworzą muzyka i obecne w obu sztukach sceny tańca. 


Ogromny plus za brak przemocy. Egzekucje, tortury, to wszystko dzieje się poza sceną, widz co najwyżej widzi potem ducha. W "Wolf Hall" poznajemy wydarzenia prowadzące do ślubu króla z Anną Boleyn. "Bring Up the Bodies" opowiada o fascynacji Henryka Jane Seymour i dążeniu do kolejnego małżeństwa, więc w Tower dużo się działo.

Poza bardzo dobrym materiałem wyjściowym, siłą tej produkcji jest wspaniała obsada:
Ben Miles - Cromwell, 
Lydia Leonard - Anna Boleyn, 
Nathaniel Parker - Henrk VIII, 
stworzyli niezapomniane kreacje, które przypadły do gustu i krytykom, i widzom: Miles znalazł się wśród nominowanych do Evening Standard Awards, a Parker do nagrody dla "Best Supporting Actor in a Play" Whats on Stage Awards* 
Z ważniejszych postaci na scenie pojawiają się także m.in.: 
Paul Jesson - kardynał Wolsey,
Lucy Briers - Katarzyna Aragońska
Leah Brotherhead - Jane Saymour
Nicholas Boulton - książe Suffolk
Joshua Silver - Rafe Sadler

* To nie jedyna nominacja: "Wolf Hall" może jeszcze zdobyć nagrodę dla najlepszej nowej sztuki (WoS), zaś Jeremy Herrin był nominowany do ESA za najlepszą reżyserię, a to dopiero początek sezonu nagrodowego. 

Nie umiem oglądać przedstawienia, nie odnosząc się do podobnych historii. Porównywałam donmarowskiego "Coriolana" z filmowym, tu odnosiłam sie do "The Tudors":
- Nathaniel Parker zdecydowanie bardziej przypomina portretowe wizerunki Henryka niż Jonathan Rhys Meyers;
- serialowy Suffolk był dużo znośniejszy i sympatyczniejszy, książkowo-sceniczny jest małym, płytkim, zawistnym człowieczkiem;
- podobnie Katarzyna Aragońska, w wykonaniu Marii Doyle Kennedy, miała niesamowitą ilość klasy i pierwszy raz ją lubiłam, ta sceniczna, świetnie zagrana, bliższa była stereotypowemu wizerunkowi kobiety niezbyt urodziwej, upartej i zazdrosnej (nie, żebym się jej dziwiła w tej sytuacji);



- Anna Boleyn w obu wersjach była cudowna;





















- za to sceniczna Jane była nudna i irytująca (ale jestem fanką Anny i mogę być stronnicza);


- zaś sam Cromwell (mimo, że bardzo lubię Jamesa Fraina) w serialu był postacią nie budzącą raczej mojej sympatii, na scenie wręcz przeciwnie, był moim ulubieńcem.




Trylogia nie jest jeszcze ukończona, na przyszły rok planowane jest wydanie ostatniego tomu. Bardzo jestem ciekawa czy on także zostanie przeniesiony na scenę? Czy przez RSC? Czy z tą samą obsadą? Czy ktoś pokusi się o wystawienie trzech sztuk na raz? Zobaczymy, a czekając na książkę możemy też czekać na serial.



 

  

 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz