piątek, 6 lutego 2015

John - recenzja po seansie

"John" to spektakl międzynarodowej grupy DV8 Physical Theatre. Jej dyrektor artystyczny, Lloyd Newson przeprowadził rozmowy z ponad 50 mężczyznami: o związkach, seksie i miłości. Jednym z nich był właśnie John. Jego historia okazała się tak niezwykła, że stała się kanwą przedstawienia teatralnego. 

plakat dla NTLive

Oglądamy życie Johna: pokazane jak reportaż, opowiadane z jego perspektywy, od dzieciństwa aż po teraźniejszość. Nawet, gdy wydarzenia dzieją się pozornie w oderwaniu od niego, on jest wciąż obecny, to cały czas jest opowieść o jego losach.


To jego narrację słyszymy, przez pierwszą część sztuki jest on nieustannie obecny na scenie. W drugiej części akcja niespodziewanie przenosi się do sauny dla gejów i początkowo widownia nie rozumie, skąd zmiana tonu, co i dlaczego. Ale John jest tam cały czas. Poznajemy fragmenty historii innych mężczyzn  (Nicholas Hytner we wstępie wspomniał o 5 innych relacjach wykorzystanych w spektaklu): prowadzących saunę, nauczyciela, recepcjonistę, innego klienta, a mimo to przedstawienie wciąż opowiada o Johnie. Bo jego marzenia są uniwersalne. 

W pewnym momencie słyszymy z offu głos prawdziwego Johna. I wtedy możemy docenić kunszt odtwórcy jego roli, Hannesa Langolfa. To jest ten sam ton głosu, ta sama maniera, akcent i sposób mówienia, z jakim mieliśmy do czynienia przez pierwszą godzinę przedstawienia.


Pisząc o "Johnie" trzeba opowiedzieć o choreografii i scenografii. Obie niezwykłe i perfekcyjnie się uzupełniające. Aktorzy byli nieustannie w ruchu, podobnie niemal ciągle ruszała się scena, raz szybciej, raz wolniej, zatrzymując się po czym znowu wirując dynamicznie. Pokazując nam różne pomieszczenia, stając się mieszkaniem, ulicą, sądem, więzieniem i w końcu sauną. Słowa były podkreślane układami, często przeczącymi prawom grawitacji. Najbardziej uderzyła mnie scena w saunie, gdy bohater zostaje "wchłonięty" przez grupę mężczyzn w jednej z kabin. Wiemy, że chodzi o seks, ale rozumiemy też co miał na myśli wcześniej, mówiąc o pragnieniu intymności. Oni wszyscy głęboko oddychają, razem, blisko, a jednocześnie wcale się nie dotykają, przemieszczając się w delikatnym, pulsującym tańcu. Bo w całej opowieści każdemu z bohaterów chodziło o poczucie przynależności, o chwilę bycia z kimś, o wołanie Johna "niech ktoś coś ze mną zrobi!".


Rewelacyjnym rozwiązaniem było pokazanie poprzednich dziewczyn Johna i dzieci w jego życiu. Z sufitu zjeżdżały wieszaki, a on wieszał na nich różne sukienki, opowiadając o swoich partnerkach. Prosto a efektownie.

Przedstawienie zaczyna się ciężko i depresyjnie - sceny brutalnej przemocy domowej, opowiadane na zimno, śmierć najbliższych, nałóg za nałogiem, odrzucenie przez wszystkich. Po czym ton się zmienia - opowieść staje się lżejsza, mimo iż tematyka nadal jest poważna, poznajemy inne postaci, słyszymy inne opowieści, obok głównego bohatera. Historie przerażające (o nauczycielu, fanie seksu bez zabezpieczeń) po groteskowe (o sprzątaniu sauny z ekskrementów po zamknięciu). Na samym końcu ponownie wracamy do Johna. Johna, który nareszcie zrozumiał jaki ma cel w życiu: nie być samemu, wracać wieczorem do kogoś kto na ciebie czeka, kochać i być kochanym. 

Jedyną rzeczą, która mi zgrzytała w czasie seansu były polskie napisy. Przeszkadzały chwilami w dostrzeżeniu całego kunsztu choreografii, rozpraszały, zasłaniały drobne gesty. Ale to już specyfika tego właśnie spektaklu. Za to świetną decyzją była rezygnacja z antraktu. Przedstawienie dzięki temu tworzyło jedną spójną całość.


Pisząc o swoich wrażeniach, nie można nie wspomnieć o skrajnych recenzjach jakie pojawiły się po londyńskiej premierze. Od jednoznacznie negatywnych (z moim ulubionym zarzutem nierealności z "Daily Mail": "goście saun dla gejów nie wyglądają TAK dobrze") przez neutralne, po zdecydowanie pozytywne (podkreślające wagę poruszanych problemów, doceniających perfekcję realizacji). Ja tylko dodam, że po raz pierwszy po seansie ludzie nie opuszczali kina, tylko większość nadal siedziała w fotelach, już po zapaleniu świateł, na gorąco wymieniając wrażenia.

To przedstawienie jest opowieścią na faktach, więc dalsze losy Johna nadal się piszą. Nie wiemy i pewnie nigdy się nie dowiemy, czy udało mu się znaleźć mężczyznę swojego życia, czy ostatecznie porzucił nałóg. Ale dla mnie spektakl kończy się tym co najważniejsze - nadzieją. 

"John" wystawiany był w National Theatre od października 2014 do stycznia 2015, przedstawienie wyświetlane w kinach zarejestrowano 9 grudnia. Teraz spektakl rusza w trasę po Wielkiej Brytanii i  Europie. Może zawita także do Polski? Bardzo bym chciała zobaczyć tę sztukę jeszcze raz, tym razem na żywo.

1 komentarz:

  1. To jest ewidentnie rzecz z gatunku love/hate, ale mnie zwaliła z nóg po prostu. Wychodziłam z płaczem na końcu nosa.
    A co do akcentu Hannesa Langolfa - tym większy szacun, że angielski nie jest jego rodzimym językiem.

    OdpowiedzUsuń