Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nt live. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nt live. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 grudnia 2017

No Man's Land - recenzja po seansie



Letni wieczór. W jednym z londyńskich pubów wpada na siebie dwóch pisarzy – Spooner i Hirst (Ian McKellen i Patrick Stewart) Tak zaczyna się suto zakrapiane spotkanie, które kontynuują w położonej nieopodal rezydencji Hirsta. Coraz bardziej pijani, opowiadają sobie coraz to bardziej niewiarygodne historie. Zakończenie wieczoru komplikuje pojawienie się dwóch tajemniczych i ponurych młodych ludzi  (Owen Teale i Damien Molony).
"Ziemia Niczyja" Harolda Pintera, była wystawiana na Broadwayu, potem ruszyła w podróż po Wielkiej Brytanii, by wreszcie, jesienią ubiegłego roku, trafić na deski teatru Wyndham, skąd mogliśmy ją oglądać w cyklu NT-Live.

zdjęcia stąd

Choć zaczyna się lekko i zawiera sporo komizmu, nie jest sztuka lekka, łatwa i przyjemna. Opowiada o starości, nie tej ładnej i spokojnej, ale pełnej luk w pamięci, niepoukładania, problemów i nałogów, a także zwykłego, codziennego, nie radzenia sobie z życiem. Momenty zawstydzające przeplatają się z tymi niebezpiecznymi, zabawne ze smutnymi. Na scenie, cała czwórka aktorów daje z siebie wszystko, na czas przedstawienia niemal stając się odgrywanymi postaciami. Nabierają charakterystycznych manieryzmów, zmieniają lekko akcent, sposób mówienia i poruszania się.




Pewnie poczucie klaustrofobii i nieuchronności wydarzeń potęguje scenografia - jeden jedyny pokój, fotel, krzesła, barek, ściany dekorowane panelami i wielkie okno. I tylko nad ścianami widzimy niewyraźnie korony drzew, zmieniające się wraz z upływem czasu przedstawienia. Spooner, jako jedyny bohater nie opuszcza pokoju nawet na sekundę - tkwi cały czas w środku wydarzeń, które poniekąd obracają się wokół niego. Hirst wychodzi i wraca, zmienia stroje i swoje zachowanie, a Spooner za każdym razem stara się z tych zmian wyciągnąć jak najwięcej dla siebie. Sympatia i niechęć do postaci miesza się ze współczuciem.

Przez cały czas trwania spektaklu nie mamy pojęcia kto mówi prawdę, a kto kłamie. Komu można ufać, a kto zupełnie pogrążył się w swoich fantazjach. Zakończenie dla jednych otwarte, dla innych będące symbolicznym zamknięciem życia, tylko podkreśla to wrażenie niepewności. 



Przed seansem mogliśmy obejrzeć krótki film zza kulis - o przygotowywaniu scenografii, o dbałości o detale, fragmenty prób i krótkie scenki. Jednak to za to, co dostaliśmy po spektaklu, należą się NT live ogromne brawa. Otóż, po owacjach aktorzy wrócili na scenę, tym razem w towarzystwie reżysera i w krótkiej serii pytań i odpowiedzi, opowiedzieli o swoim podejściu do tekstu Pintera, swoich interpretacjach postaci i o ogólnym doświadczeniu teatralnym. Pytania publiczności skupiały się głównie na przyjaźni odtwórców głównych ról i tym jak wpływa na ich grę. Wspominano oryginalne, pierwsze wystawienie sztuki w latach 70, ówczesne gwiazdy teatru na scenie, a także jakie drobiazgi z tamtej adaptacji zostały wykorzystane czterdzieści lat później.

I jeszcze drobna ciekawostka - w pewnym momencie Hirst ciska szklanką, która rozbija się widowiskowo. Podczas przedstawienia, które oglądałyśmy na żywo ponad rok temu, szklanka się nie stłukła i do końca seansu nie miałyśmy pojęcia, która wersja jest tą pożądaną. Okazało się, że jak najbardziej, szkło powinno zostać rozbite, jednak ten wyczyn udał się ledwie parę razy na kilka setek spektakli. I akurat w czasie nagrania, które było transmitowane na cały świat, nastąpił jeden z tych rzadkich momentów, ku wielkiej radości całej obsady. 

Tak, jak pisałyśmy na początku "No Man's Land" nie jest sztuką łatwą, ale mamy ogromną nadzieję, że przedstawienie jeszcze wróci do kin i jeśli tak się stanie bardzo Was zachęcamy do obejrzenia go. Naprawdę warto zobaczyć dwie legendy teatru i kina, mierzące się z mocną sztuką o starości.



środa, 15 listopada 2017

Rosenkrantz & Guildenstern Are Dead - recenzja po seansie

"Rosenkrantz & Guildenstern Are Dead" to sztuka Toma Stopparda sprzed 50 lat. Nazywana "Hamletem od kuchni", opowiada o dwóch dworzanach, którzy mieli odeskortować księcia do Anglii i jak wiemy, nie skończyli zbyt dobrze.



Tragikomedia doczekała się adaptacji filmowej w reżyserii autora (z Garym Oldmanem i Timem Rothem w rolach tytułowych), a latem tego roku była wystawiana w Old Vicu, na rocznicę swojej premiery w tym samym teatrze.
Spektakl w reżyserii Davida Leveaux zebrał całkiem niezłe recenzje, w większości czterogwiazdkowe, choć część krytyków otwarcie przyznawała, że ich oceny troszkę zabarwia nostalgia. Sam autor nadzorował prace nad przedstawieniem, w głównych rolach wystąpili Daniel Radcliffe i Joshua McGuire, wszystkim się podobało...
A my mamy kłopot.
Albowiem, cytując klasyka, "Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?"

zdjęcia z FB teatru
Z Tomem Stoppardem nam chyba zwyczajnie nie po drodze - co pokazuje nasza recenzja "Poważnego Problemu" sprzed kilku lat. Lubimy brytyjski humor, lubimy w teatrze (czy na seansach kinowych) nie tylko dobrze się bawić, ale też pomyśleć i zastanowić się, i nad sobą, i nad życiem. Lubimy przeżywać spektakle, angażować się w problemy bohaterów. To czego nie lubimy to nuda. A, niestety, "Rosenkrantz & Guildenstern nie żyją" zwyczajnie nas znudziło.

Możliwe, że taki był zamysł reżysera i twórcy, ale nawet te mądre przemyślenia i pytania (kiedy po raz pierwszy pomyślałeś o śmierci?) wypadały dziwnie płasko i nijako.
Niby czekanie tytułowych postaci można przyrównać do "Czekając na Godota", ale zabrakło w tym jakiegokolwiek napięcia, jakiejkolwiek refleksji poza przerzucaniem się tonami tekstu. Choć tym razem publiczność nie była nieustannie edukowana jak w przypadku "Poważnego Problemu", to widać już, że Stoppard nawet 50 lat temu, miał zamiłowanie do zawiłych elaboratów filozoficznych.
Tylko, że  słuchając reakcji publiczności w Londynie, a nawet w sali kinowej, przyznajemy, że jesteśmy w naszej ocenie odosobnione :)


Jednak nawet nas coś w spektaklu zaintrygowało - zaczęłyśmy się  zastanawiać jak bieżące wydarzenia wpływają na odbiór przedstawienia. Charyzmatyczny szef trupy aktorów, grany przez Davida Haiga, zdawał się swoją obecnością nawet nie tyle kraść, ile przytłaczać każdą scenę, w której występował. Ale gdy obłapiał jednego ze swoich podwładnych, gdy rzucał niedwuznaczne aluzje, gdy niemal wprost handlował jego wdziękami, to myśli same uciekały do spraw, które ostatnimi czasy wstrząsnęły Hollywood. A zwłaszcza do Kevina Spacey, który przez dziesięć lat pełnił funkcje dyrektora artystycznego teatru Old Vic. Oskarżenia kierowane w jego stronę zmusiły obecne szefostwo teatru do wystosowania oświadczenia i stworzenia programu pomocy dla możliwych kolejnych ofiar.
I nagle postać, która miała nas bawić i zachwycać, której powinniśmy kibicować nawet bardziej niż głównym bohaterom, zaczyna być postrzegana zupełnie inaczej. A fakt, że dzieje się to w tym teatrze i na tej scenie, nabiera zupełnie innego znaczenia, wykraczającego poza sam tekst sztuki.



Sam Old Vic Theatre jest jednym z naszych ulubionych teatrów. Mamy z niego masę wspomnień i  nawet "nasze" miejsca więc z nostalgiczną przyjemnością obejrzałyśmy krótki film wyemitowany przed przedstawieniem. 
Daniel Radcliffe i Joshua McGuire oprowadzali widzów po budynku Old Vic, zdradzili kilka sekretów zza kulis i sprawili, że jeszcze bardziej zatęskniłyśmy za dawno nieodwiedzanym Londynem. 


piątek, 27 października 2017

Angels in America 1 & 2 - wrażenia po seansie




Dlaczego tylko wrażenia, a nie recenzja? Bo nie jestem pewna, czy potrafiłabym porządnie zrecenzować tę sztukę. Ale jedno mogę powiedzieć od razu - jeśli jeszcze nie widzieliście - IDŹCIE NA NIĄ KONIECZNIE. To istotnie jedno z ważniejszych wydarzeń teatralnych w 2017 roku w Londynie.

Na początek garść informacji:
Akcja dramatu (podzielonego na dwie części) rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, w połowie lat 80-tych XX wieku. Poznajemy grupę nowojorskich gejów, którzy zmagają się z najróżniejszymi problemami - od zwykłych relacji międzyludzkich, po prawdziwą tragedię - AIDS.  Do tego dochodzą przemiany obyczajowe, kryzys, a nade wszystko konserwatywne rządy administracji Ronalda Regana. „Anioły w Ameryce” to sztuka, za którą autor, Tony Kushner, otrzymał nagrodę Pulitzera, dwie nagrody Tony, dwie Drama Desk Awards, The Evening Standard Award oraz wiele innych. Przez wielu jest uznawana za jedną z najważniejszych sztuk XX wieku.  

wszystkie zdjęcia stąd

Wersję wystawianą w National Theatre latem tego roku wyreżyserowała Marianne Elliot ("Dziwny przypadek psa nocną porą") i wykreowała spektakl absolutnie niezwykły, wykorzystujący w stu procentach możliwości zarówno samego teatru jak i aktorów.

A całość zagrana jest pierwszorzędnie.

Nie wiem kto zachwycił mnie najbardziej - czy egzaltowany, delikatny, kobiecy Andrew Garfield, w roli Priora chorego na AIDS, czy James McArdle ("James I"), jego chwiejny w swej lojalności partner Louis. Rewelacyjny był Russell Tovey jako Joseph Pitt, pozornie porządny, poukładany młody asystent, ale przyćmiewała go Denise Gough, grająca jego uzależnioną od środków uspokajających żonę, Harper. Każdą scenę kradł Nathan Lane jako Roy Cohn, wielka szycha administracji, prawnik z piedestału, wmawiający z uporem wszystkim, że jego AIDS to rak wątroby. Ale podobnie było z Susan Brown (Hannah Pitt, mormońska matka Josepha), czy Nathanem Stewart-Jarettem (Belize, pielęgniarz Roya i przyjaciel Priora). I nie mogę zapomnieć o Amandzie Lawrence, chimerycznym Aniele.


Ich losy splatały się w snach i wizjach, w najbardziej niespodziewanych spotkaniach, dziwnych związkach i zależnościach. Poznawaliśmy ich przemyślenia i przekonania, to jak nie tylko choroba, ale też życie z chorym wpływa na ich charakter. Do tego dochodziły spotkania z przodkami, moce nadprzyrodzone, zaskakująco realne majaki i szara codzienność. Tworzyło to dziwny, niesamowicie wciągający miks, nie pozwalający na nawet chwilę wytchnienia.

A wszystko uzupełniała wyjątkowa scenografia. W pierwszej części były to ściany, przesuwające się w zależności od miejsca akcji, tworząc mieszkania, biura, czy dom. W drugiej scena zmieniała się dynamiczniej, we wszystkich kierunkach, skupione światło wskazywało na dziejące się wydarzenia. I do tego rzesza, ubranych na czarno ludzi z obsługi. Z zasłoniętymi twarzami przemykali się niczym duchy, zmieniali dekoracje, unosili anioła, jako jego cienie, a czasem sprawiali wrażenie kolejnych postaci ze snów i potęgowali nierealny chwilami klimat opowieści.


Całość została sfilmowana rewelacyjnie - z szerokim planem gdy trzeba i zbliżeniami. Tylko napisy nie zostały dobrze dopasowane - często puenta żartu, czy wypowiedzi wyświetlała się na ekranie na kilkanaście sekund przed dojściem aktora do ostatniej kwestii. Sprawiało to, że widzowie w polskim kinie śmiali się z niektórych rzeczy wcześniej, niż publiczność teatralna.

Przed pierwszą częścią obejrzeliśmy film dokumentalny o czasach, o których opowiada sztuka, z wywiadami z autorem i reżyserką. 
Całość będzie można zobaczyć w kinach jeszcze raz, 9 i 16 listopada i naprawdę, jeśli tylko macie taką możliwość, idźcie "Anioły w Ameryce" obejrzeć. Bo bardziej niż warto.
Tylko uwaga - każda z części trwa powyżej czterech godzin (z dwoma antraktami).



środa, 25 października 2017

Yerma - recenzja po seansie

"Yermę" recenzowałyśmy już w ubiegłym roku, gdy po raz pierwszy była wystawiana w teatrze Young Vic. Spektakl okazał się ogromnym sukcesem, doceniony zarówno przez widzów jak i krytyków, a Billie Piper za główną rolę zgarnęła potrójną koronę - nagrody krytyków, Evening Standard i Oliviera. Sztuka wróciła na deski teatru tego lata i wtedy też została wyemitowana w cyklu NTlive.


To nie jest łatwy dramat - zwłaszcza, że odbierany na różnych poziomach, w zależności od własnych doświadczeń życiowych. Może być ciekawym studium przypadku. Zapisem wyniszczającej obsesji. Albo też brzydkim przypomnieniem osobistych przeżyć. O ile w czasie początkowych "rozdziałów" zarówno widownia w teatrze, jak i w kinie często wybuchała śmiechem, o tyle wraz z postępem szaleństwa bezimiennej bohaterki, rozbawienie gdzieś znikało. Ostatnie sceny oglądane były w absolutnej ciszy.

Billie Piper przeszła samą siebie - dawno nie oglądałam takiego spektrum emocji, tak wielkiego... odsłonięcia się aktora dla roli. Tego, jak czasem grymasem, czasem nerwowym gestem przekazywała, że wcale nie jest tak świetnie, jak stara się nam udowodnić. 
I jasne, festiwal i finał to był majstersztyk, ale najpiękniej dualizm tego przez co przechodziła jej bohaterka, Billie pokazała w ostatniej rozmowie "Onej" ze swoim byłym chłopakiem. Pozorna radość z jego szczęścia, a w środku rozdzierający żal i poczucie niesprawiedliwości. Mocne i tak prawdziwe. Uśmiech i połykane łzy, coraz bardziej łamiący się głos i wreszcie poddanie się smutkowi. Absolutnie zasłużenie zgarnęła wszystkie nagrody, bo "Yerma" to przede wszystkim jej popis.

zdjęcia z FB YVT
Całość została przepięknie zrealizowana. Kamera często znajdowała się poza "akwarium" ze szklanych paneli, izolując równo wszystkich widzów, były jednak chwile, gdy dawała nam unikalną możliwości obserwowania emocji na twarzach bohaterów. Jak choćby w scenie konfrontacji sióstr, czy niektórych dyskusjach z mężem. A mimo to, jak widzowie w Young Vicu, czuliśmy się jak podglądacze bardzo osobistego dramatu. 

Pomiędzy scenami, w czasie zmian dekoracji, dostawaliśmy białe napisy na czarnym tle. Bardzo podobnie zostało to rozwiązane w teatrze. Odmierzały one upływ czasu w życiu bohaterów, zapowiadały co za chwilę zobaczymy. W połączeniu z przeszywającą muzyką z hiszpańskim śpiewem, całość nadawała sztuce swoisty, niepowtarzalny rytm i w pokrętny sposób nawiązywała do oryginału. Podobnie jak monologi Johna (Brendan Cowell) mimo współczesnego słownictwa, zdawały się jak wyciągnięte ze sztuki Lorki. 
Świetne, dynamiczne, współczesne, mocne i wierne tłumaczenie współgrało z wydarzeniami na scenie. I naprawdę się przydawało - bohaterowie czasami mówili niezwykle szybko, językiem codziennym, w żaden sposób nie wygładzonym - używając i slangu i wulgaryzmów. 
I tylko jedna drobna uwaga - w czasie wspomnianych wyżej białych napisów, pojawiających się na ekranie, też przydałaby się ich polska wersja. Bo nie wszyscy widzowie radzili sobie nawet z dość prostym angielskim. 


Przed spektaklem dostaliśmy krótki dokument - rozmowę dyrektora artystycznego teatru, Davida Lana, z Simonem Stone, reżyserem, uzupełnioną wtrąceniami historyka, odnośnie autora pierwowzoru. Panowie dyskutowali o decyzji, by uwspółcześnić wystawienie, o tym jak treść sztuki jest wciąż niezwykle aktualna i jak mówi o rzeczach nadal ważnych. 

"Yermę" będzie można ponownie zobaczyć 21 listopada. Jeśli tym razem nie udało się Wam dotrzeć do kina, zaznaczcie sobie tę datę na czerwono - naprawdę warto. 



piątek, 13 października 2017

Who's Afraid of Virginia Woolf? - recenzja po seansie

Na wstępie małe wyjaśnienie - do tej pory o sztuce Edwarda Albee wiedziałam tylko, że istnieje. Nie widziałam ani żadnej innej adaptacji scenicznej, ani filmu z 1966 roku z duetem E. Taylor i R.Burton.
Szłam do kina zupełnie nie mając z czym porównać inscenizacji Jamesa Macdonalda, za to świadoma, że zachwyciła większoszość krytyków, a o treści wiedząc tyle, co z opisu na stronie:  

Campus uniwersytecki, noc po otwierającym rok akademicki przyjęciu u rektora. Historyk George i jego żona Martha goszczą u siebie w domu – na drinku po oficjalnym przyjęciu – nowego wykładowcę biologii Nicka z żoną. Nocne rozmowy, zmęczenie, a także wypijany alkohol sprawiają, że pomiędzy całą czwórką rozpoczyna się tajemnicza, a jednocześnie pełna ciętego dowcipu gra. Gra, w której ujawniają się skrywane ambicje, konflikty pokoleniowe, drapieżny erotyzm, pretensje i rodzinne sekrety zatruwające po cichu oba związki. To sztuka o zawiedzionych życiowych nadziejach, niemożności porozumienia się i nieumiejętności rozmawiania o swoich problemach.
 

Czy o tym jest sztuka? Tak.
Czy mi się podobało? Niestety nie bardzo.

Trudno krytykować klasykę, ale chyba po prostu tekst nie jest "mój". I tak, trwający około trzech godzin spektakl, zamiast budzić we mnie jakieś emocje chwilami po prostu męczył. I mimo salw śmiechu (dobiegających i od widzów na sali kinowej i tych z teatru), zupełnie nie bawił. Trudno mi też było polubić kogokolwiek z bohaterów czy w jakikolwiek sposób przejąć się ich losem.


wszystkie zdjęcia stąd

W przedstawieniu występuje czwórka aktorów:

Conleth Hill - George (Game Of Thrones, The Producers)
Imelda Staunton - Martha (Gypsy, Vera Drake, the Harry Potter)
Luke Treadaway - Nick (The Curious Incident of the Dog in the Night-Time , Fortitude, The Hollow Crown)
Imogen Poots - Honey (A Long Way Down, Jane Eyre)

I to ta ostatnia, mimo, że występująca w najmniejszej roli, moim zdaniem wypadała najlepiej.  Jej Honey jest urocza, niezbyt mądra, ale też szybko widz orientuje się, że jest zagubiona i pozamykana emocjonalnie. Kuli ramiona przy każdym ostrzejszym słowie, stara się być miła dla wszystkich i nie zauważa, gdy się w niej w niezbyt subtelny sposób wyśmiewają.
Fantastyczny był Conleth Hill, chwilami zupełnie bezbronny, chwilami niepotrzebnie okrutny. Gdy w czasie dramatycznego finału biegał dookoła sceny, z nieustannym, mamrotanym "Kyrie Elejson", to właśnie on przyciągał wzrok, nie monolog jego żony. Jego taktyka obnażania obłudy zdawała się chwilami wręcz niepotrzebnie brutalna, ale jako jedyna prowadziła do poznania prawdy.
Luke Treadaway nie miał zbyt dużo do grania, ale to, co pokazał, stuprocentowo przekonywało. Nick w jego wykonaniu był odpowiednio przystojny, śliski, niesympatyczny i co najważniejsze - nieprzeszarżowany.
Największy problem mam z występem Imeldy Staunton, która niestety chwilami przesadzała. Prawie ciągłe krzyki w dwóch pierwszych aktach męczyły i sprawiały, że umykało to, co ważne. W trzecim, kiedy zaczęła grać innymi emocjami niż tylko złość i agresja, zdecydowanie lepiej się ją oglądało i dopiero wtedy można było zrozumieć jej racje. Ale problemem mogło być też nagłośnienie - wyjątkowo podkręcony, wrzaskliwy głos, niosący się po sali kinowej sprawiał, że po jakimś czasie widzów zaczynały boleć głowy.


 
Przed seansem wyemitowano krótki, dokumentalny film o autorze sztuki i jego poglądach na teatr i życie. Z kilku celnych cytatów najbardziej adekwatny zdawał się jeden: "Sztuka o której można opowiedzieć w trzech zdaniach, nie powinna być dłuższa, niż te trzy zdania.".
I piękna, nieprzetłumaczalna gra słów: 
Pytanie dziennikarza: "What Virginia Wolf is about?"
I odpowiedź autora: "Virginia Wolf is about three hours."

Tym razem niestety nie zachwyciły napisy - bazujące na przekładzie Jacka Poniedziałka, były chwilami nieadekwatne do tego, co działo się na ekranie, momentami bardziej wulgarne niż w oryginale i przede wszystkim niezbyt dobrze zsynchronizowane.


Dla zainteresowanych przedstawienie będzie można jeszcze zobaczyć w kinach w listopadzie, na pewno warto się na nie wybrać, choćby po to, by wyrobić sobie własne zdanie.


środa, 11 października 2017

Twelfth Night - recenzja po seansie



Burzliwa noc. Statek rozbija się na skałach, część pasażerów tonie, części udaje się ocaleć. Wśród nich znajdują się bliźnięta, Viola i Sebastian, wyrzuceni na brzeg daleko od siebie, każde z tlącą się nadzieją, że drugie przeżyło. Viola by odnaleźć brata, przebiera się za mężczyznę, przybiera imię Cesario i najmuje na służbę do księcia Orsino, w którym się zakochuje. Tylko, że u księcia ma pełnić rolę posłańca, którego ten wysyła do swojej ukochanej Olivii pragnąc przekonać ją o sile swojego uczucia. A Olivia oczywiście zakochuje się w Cesario, nie przeczuwając, że to przebrana kobieta...

Wieczór Trzech Króli to jedna z najpopularniejszych komedii Szekspira. Zabawna, grająca konwenansami i  typowym qui pro quo, a jednak ze znacznie poważniejszym drugim dnem, niż inne późniejsze farsy. 
Spektakl wyreżyserował Simon Godwin, którego inne produkcje: „Człowiek i nadczłowiek” oraz „Strategię gołych kawalerów” mogliśmy już oglądać w cyklu NT Live. I zrobił to z właściwą sobie ogromną żywiołowością, energią, kolorami i szaleństwem.
Ale to co wyróżnia "Wieczór Trzech Króli" z National Theatre od innych adaptacji to bardzo płynna tożsamość płciowa bohaterów.

zdjęcia ze strony NT
Każdą scenę i serce publiczności kradnie Tamsin Greig jako purytańska Malvolia. Z równo przyciętą grzywką,w  idealnie odprasowanych czarnych sukniach,z nieustannym dążeniem do perfekcji i przekonaniem o swojej wyższości nad innymi, swą dominacje uznaje za coś zupełnie naturalnego. Kocha Olivię i jest przekonana, że jako jedyna jest prawdziwie godna ręki swej umiłowanej pani. 


Tamsin towarzyszy Phoebe Fox ("Widok z mostu"), jako zaskakująco sympatyczna, naturalna i dość zagubiona Olivia. Wciąż opłakuje brata, ale z jednej strony widać, że lubi takie życie - wraz ze swoimi damami, zamknięta za murami domu, bezpieczna i z uporem odrzucająca wszelkie zaloty. Dopiero młody posłaniec sprawia, że zaczyna inaczej patrzeć na życie. Tamara Lawrance jako Viola/Cesario jest bardzo przekonująca w obu swoich rolach. Faktycznie widzimy i młodego, bezczelnego chłopca i zakochaną dziewczynę, czasem w jednej i tej samej scenie, jak choćby podczas przyjęcia urodzinowego Orsino (fantastycznie przerysowany Oliver Chris "King Charles III", "Great Britain", "Closer")


Całość jest niezwykle kolorowa, z graną na żywo muzyką, z piosenkami, często sprawia wrażenie jednej, wielkiej imprezy, a mimo to spod radosnej zabawy, wyzierają poważniejsze tematy. Współczesne gesty i zachowania postaci, pomagają przenieść wydarzenia gdzieś w bliżej nieokreśloną teraźniejszość.
Zmiana płci niektórych bohaterów sprawia, że zupełnie inaczej ogląda się tak dobrze znane sceny. Jak choćby podrobiony list, z którego Malvolia dowiaduje się, że jest obiektem uczuć swej pani. Śmiejemy się, bo Tamsin robi prawdziwy show, ale jednocześnie żal nam kobiety w średnim wieku, wystawionej na dość brutalne  pośmiewisko. Coś co w przypadku oryginalnego Malvolia aż tak nam nie przeszkadzało, tu pokazuje dokładnie okrucieństwo żartu i smutne jego konsekwencje. Pod sam koniec, gdy Malvolia, pokonana i zgnębiona, zdejmuje perukę ostatecznie niszcząc własne wrażenie doskonałości, zostaje w nas o wiele dłużej niż radosne połączenie zakochanych par.


Centralnym punktem scenografii Soutry Gilmour była wielka, schodkowa piramida. Umiejscowiona na obrotowej scenie zmieniała się w zależności od potrzeb w okręt, salon, ogród, łaźnię, czy nawet krzykliwy bar.
Po raz kolejny przed transmisją dostaliśmy bardzo ciekawy dokument o produkcji. O wyborach reżysera i odmiennym podejściu do tematu. O tym jak współcześnie zmienia się pojmowanie płci, jak świat powoli i z oporami, otwiera się na odmienność. Ale w tym wszystkim najbardziej w pamięć zapadła wypowiedź Daniela Ezry, grającego Sebastiana. Mówił on, że to jest sztuka o ludziach i dzięki zmianom wprowadzonym przez reżysera, nareszcie w pełni to widać. Nie ma znaczenia czy są czarni czy biali, kobiety czy mężczyźni. Na końcu na scenie pozostaje grupa po prostu ludzi ze swoimi emocjami i dramatami.


"Wieczór Trzech Króli" można było oglądać na żywo, na scenie Oliviera w National Theatre, od lutego do maja 2017 roku. Spektakl zebrał dobre recenzje, choć nie wszystkim krytykom podobała się stylistyka adaptacji. Wszyscy jednak niemal jednogłośnie chwalili Tamsin Greig.

piątek, 29 września 2017

Amadeus - recenzja po seansie

Wracamy po długiej przerwie - mamy nadzieję, że tym razem już na stałe.


zdjęcie stąd
Muzyka. Władza. Zazdrość.
Młody, entuzjastyczny i przebojowy Wolfgang Amadeusz Mozart przybywa do Wiednia, ówczesnej muzycznej stolicy całego świata. Jest nie tylko przekonany o własnym geniuszu, ale też zdeterminowany, by odnieść wielki sukces. Nadworny kompozytor cesarza, Antonio Salieri z jednej strony jest olśniony dziełami Mozarta, ale z drugiej zazdrości mu tak bardzo, że postanawia uczynić wszystko co w jego mocy, by pozbyć się rywala.

Sztuka "Amadeusz" Petera Shaffera została zainspirowana legendą o tym, że Salieri był odpowiedzialny za śmierć Mozarta. Źródła historyczne nie potwierdzają niczego podobnego, ale wystarczył fakt, że obaj panowie żyli i komponowali w jednym mieście, by zainspirowało to wielu twórców. Sztukę wystawiono w National Theatre po raz pierwszy w 1979 roku i została obsypana nagrodami. Na jej podstawie Miloš Forman nakręcił nagrodzony Oscarem film o tym samym tytule.

wszystkie zdjęcia z FB NT
 W adaptacji Michaela Longhursta, Lucian Msamati gra Salieriego - pobożnego, ale w bardzo interesowny sposób, kochającego muzykę, choć nie umiejącego stworzyć nic ponadczasowego. Poznajemy go w noc jego śmierci, gdy siedząc na wózku inwalidzkim opowiada nam swoją historię, zaczynającą się w małym włoskim miasteczku, gdzie 16 letni Antonio dobił pierwszego targu z Bogiem. Obiecał mu cnotliwe życie, pomoc innym, wysławianie boskiej chwały w swoich dziełach, a w zamian za to miał stać się sławnym kompozytorem. I początkowo wychodziło na to, że obie strony dotrzymały układu. Mimo wielu pokus i ponętnych uczennic Salieri dochowywał wierności żonie, coraz lepiej czuł się na dworze odnosząc całkiem spore sukcesy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby do Wiednia nie postanowiło sprowadzić się, już ponad dwudziestoletnie, "cudowne dziecko" muzyki. Wolfgang (Adam Gillen) - głośny, wulgarny, rozwydrzony, a jednocześnie obdarzony unikatowym talentem, jakiego Salieriemu brakowało.


Antonio zaczyna knuć i intrygować, zrywa swój zakład, zamiast sojuszników stają się z Bogiem rywalami. Salieri przysięga zniszczyć Mozarta, ten instrument przez który jego zdaniem Bóg mówi do świata. Porzuca życie w cnocie, bierze kochankę, przestaje tak chętnie pomagać innym. I wciąż i wciąż jątrzy wokół młodego kompozytora, próbując uwieść jego żonę Konstancję (Karla Crome), blokując mu możliwości kariery, ale podając się za jego przyjaciela. A jednocześnie nieustannie widzi jak wiele jemu samemu brakuje do geniuszu.

O ile pierwsza połowa spektaklu to wprowadzenie i zawiązanie akcji - poznajemy głównych bohaterów, ich motywacje i pragnienia, o tyle druga to pełna emocji kulminacja intryg. Adam Gillen gra Mozarta trochę jak Groucho Marxa - niemal wręcz karykaturalnego, z otwartymi ustami naśladującego innych, irytującego i męcząco entuzjastycznego. Nie da się go lubić, a mimo to na końcu nie można nie czuć żalu. Amadeusz Gillena ma w sobie nieustanny niepokój, nieustanne pragnienie tworzenia i zasłużenia na aprobatę ojca, a jednocześnie chce się bawić i żyć po swojemu. Nawet rozsądna, choć prosta żona, nie jest w stanie nad nim zapanować.


Salieri Msamatiego to charyzmatyczny Włoch - o czym przypomina nam ciężki akcent w chwilach wzburzenia bohatera. I początkowo współczujemy mu i poniekąd rozumiemy pragnienie zemsty. Aż do sceny, gdy klęcząc w złotym fraku, przed zniszczonym i załamanym Mozartem, tłumaczy mu, że ten zabrał mu wszystko i błaga o odpuszczenie grzechów. A w tle rozbrzmiewa Requiem. To dla mnie był najmocniejszy moment całego spektaklu, wzorowo zagrany i wyreżyserowany. Późniejszy finał, mimo mocnych słów, mimo gorzkiego pożegnania Salieriego nie miał już tej mocy. 
"Amadeusz" Longhursta nie byłby tak chwalony przez krytyków (pięcio i czterogwiazdkowe recenzje), gdyby nie muzyka na żywo, grana przez Southbank Sinfonia. Tylko, że muzycy wcale nie siedzieli w jednym miejscu. Poruszali się po scenie, stanowili tło, a równie często uczestników wydarzeń. A mimo to, dzieła Mozarta nie traciły nic ze swojego piękna. 


Całość została sfilmowana bardzo sprawnie - i zbliżenia i szeroki plan płynnie się przenikały, widać jak wiele realizatorzy nauczyli się przez te kilka lat. Ponieważ w sztuce mówiono po angielsku, włosku, niemiecku a nawet francusku, to tym razem napisy okazały się niezbędne. Nie mam pojęcia jak to wyglądało w teatrze, ale bez napisów i znajomości choćby podstaw włoskiego, kilka smaczków na pewno by umknęło. 
Przed seansem, oprócz tradycyjnych zapowiedzi i filmu promującego działania National Theatre dla młodych twórców, pokazano nam bardzo ciekawy dokument zza kulis. I właśnie w nim Lucian Msamati powiedział niezwykle ciekawą rzecz. Sztuka w swoich pierwszych szkicach nosiła tytuł "Salieri", dopiero znacznie później został on zmieniony na "Amadeusz". I biednemu Antoniowi nawet to odebrano. Choć cały spektakl podążamy za nim, choć wszystkie wydarzenia obserwujemy jego oczami, to i tak nie udało mu się zostać tytułowym bohaterem - chyba najlepsze i najcelniejsze podsumowanie całego dramatu.

Adaptacja okazała się takim sukcesem, że wraca do National Theatre w styczniu 2018 i będzie grana do 17 lutego.


piątek, 21 października 2016

The Threepenny Opera - kilka uwag po seansie

Ania2 "Operę za trzy grosze" widziała latem i niedawno zrecenzowała. Dlatego u mnie, tradycyjnie, będzie to bardziej zbiór uwag po seansie. 
A uwag jednak trochę mam.

Ania spektaklem się nie zachwyciła, ale zachęcona naszą rozbieżnością opinii po "The Deep Blue Sea", zasiadłam w fotelu kinowym pełna optymizmu.
I srodze się zawiodłam.

Musical nie podobał mi się. Wyszłam z kina zniechęcona (i po raz pierwszy rozważałam ucieczkę w czasie antraktu - na szczęście zostałam, ale o tym niżej). Było kilka fantastycznie zagranych postaci, kilka świetnych pomysłów, ale całość, jak dla mnie, niestety nie obroniła się.
Zastanawiam się na ile jest to wina inscenizacji, a na ile niezbyt dobrej realizacji filmowej. 


Ale zacznijmy od plusów, bo takie też były.
Największym z nich jest aktorstwo. Bardzo podobał mi się (i całkowicie przekonał) Rory Kinnear jako Mackie Majcher, bardzo bliski brechtowskiej idei bohatera (około 40, korpulentny, z twarzą przypominającą rzodkiewkę), z niewielkim wąsikiem i lubieżnym spojrzeniem, fantastycznie wpasował się w klimat musicalu. Ale dla mnie show skradli Haydn Gwynne i Nick Holder jako pani i pan Peachum, szychy przestępczego Londynu. Ona wiecznie zawiana, w krwiście czerwonej sukni, on w eleganckim trzyczęściowym garniturze, obcasach, makijażu i peruce stylizowanej na charakterystyczne fryzury pań 20-lecia międzywojennego. Brawurowo zagrani, świetnie zaśpiewani, sprawili, że choć znałam zakończenie, przez chwilę liczyłam, że uda im się pokonać Macka. 
Rosalie Craig jako Polly wcale nie tak zahukana jak na pierwszy rzut oka wyglądała, miała lepsze i gorsze momenty - ale jej duet-kłótnia z Debbie Kurup jako Lucy Brown to jeden z jaśniejszych punktów przedstawienia. Obie panie głosami osiągnęły to, co zazwyczaj wymaga szarpania za włosy i drapania paznokciami po twarzy przeciwniczki :)

zdjęcia pochodzą ze strony produkcji
Rewelacyjnie radził sobie zespół wciąż grający na scenie. Na szczęście piosenki pozostały w dobrze znanych aranżacjach, nikt na siłę nie próbował unowocześniać klasyki.
Przed spektaklem obejrzeliśmy krótki, ciekawy film dokumentalny o okolicznościach powstania "Opery za trzy grosze" i o życiu w międzywojennym Berlinie. W antrakcie mogliśmy posłuchać reżysera Rufusa Norrisa, opowiadającego o inspiracjach. Takie dodatki, zawsze sprawiają, że seans w kinie staje się pełniejszym doświadczeniem - mała rekompensata za brak zasiadania w teatrze.
Stephen Simons adaptując musical Brechta i Weilla dokonał kilku drobnych zmian - podkreślił związek (nie do końca platoniczny) Majchra i Inspektora Browna, z Polly uczynił biegłą księgową, panu Peachum dodał dwuznaczności elementami damskiego kostiumu. 
Osobne słowa pochwały należą się tłumaczeniu. Mocne i prawdziwe, nie stroniło od koniecznych wszak wulgaryzmów. Przekleństwo było przekleństwem, części anatomii damskiej i męskiej przetłumaczone odpowiednio, żadnych eufemizmów czy dyskretnych pominięć kontrowersyjnych wyrażeń.
Ale całość mimo wszystko wypadła bardzo... blado i mimo barwnych kostiumów, sprytnej scenografii, także zaskakująco nijako.


To co najbardziej cenię i lubię w przedstawieniach wyświetlanych w kinach, to mimo wszystko dość ograniczona ingerencja kamerzysty w pokazywany spektakl. Oczywiście, zawsze są zbliżenia, na zmianę bliski i daleki plan, dokładniej podkreślające wizję reżysera, tym razem jednak ekipa realizatorska przeszła samą siebie. Przebitki, chaotyczne zbliżenia na zespól i szybkie oddalenia, filmowanie z góry, z dołu, z boku... bliższe to było nagrywaniu w studio, niż spektaklowi "na żywo", mającemu nam dać choć namiastkę wrażenia przebywania w teatrze. Także dźwięk chwilami zostawiał sporo do życzenia.
Niestety Sharon Small jak dla mnie wokalnie nie udźwignęła roli Jenny. Nie wiem czy tu właśnie można winić realizatorów dźwięku, ale ona najczęściej wpadała w nieczyste tony. Za to kiedy nie śpiewała, była fantastyczna.
Nie do końca przekonał mnie karykaturalny Peter De Jersey jako inspektor Brown.
W całości moim zdaniem zabrakło konsekwencji, jakiegoś pomysłu, bo chaos tylko dla chaosu sprawdza się świetnie kilkanaście minut, ale po ponad godzinie męczy i zniechęca. Dlatego też możliwe, że spokojniejsza i bardziej "poukładana" druga połowa podobała mi się trochę bardziej.

Mam wrażenie, że tym razem wyjątkowo zgadzam się z krytykami teatralnymi, dość chłodno oceniającymi musical. Najbardziej spodobało mi się jedno zdanie Claire Allfree z recenzji w "The Telegraph": "It chills more than it thrills". I to najpełniej chyba podsumowuje moje wrażenia z przedstawienia.

"The Threepenny Opera" będzie wyświetlana jeszcze raz, 13 grudnia. Ponieważ kilka naszych Czytelniczek było spektaklem zachwyconych, uważam, że powinniście się przejść i sami ocenić musical.
Albo choć, by posłuchać brawurowego wykonania słynnej "Ballady o Mackiem Majchrze".





piątek, 7 października 2016

The Deep Blue Sea - recenzja po seansie kinowym

Ania2 była na "The Deep Blue Sea" w Londynie latem, jej recenzję możecie przeczytać tutaj. Zazwyczaj w takich wypadkach, po seansie kinowym dodajemy kilka uwag technicznych, co nieco o dodatkach i o tłumaczeniu. Tym razem jednak, będzie to bardziej kontrrecenzja, a raczej moje własne trzy grosze.
Bo chyba po raz pierwszy w historii bloga, nie zgadzam się z Anią :)


Bohaterka sztuki Terrence'a Rattigana jest uznawana za jedną z najlepszych, najciekawszych ról kobiecych w teatrze. A jak reżyserka Carrie Cracknell, w bardzo ciekawym wywiadzie w czasie antraktu powiedziała, takich ról jest stanowczo za mało. Dlatego wcześniej zajęła się "Medeą" i "Domem Lalek" - spektaklami gdzie na pierwszy plan wysuwa się właśnie kobieta, jej dramaty i rozterki. Podobnie jest w "Głębokim Błękitnym Morzu". I do mnie, w przypadku tego przedstawienia, najbardziej chyba przemówiła bardzo czysta, jasna wizja reżyserki i konsekwentne prowadzenie aktorów.
 
Hester Page (lub też Collyer w zależności kto do niej się zwraca), rewelacyjnie i przejmująco zagrana przez Helen McCrory, nie jest słabą ofiarą, pomiataną przez mężczyzn. Dla mnie ona wcale nie budzi politowania (choć często mi jej żal), ponieważ Hester walczy cały czas: o miłość, ale przede wszystkim o siebie. Nierozsądnie, gwałtownie i impulsywnie, czasem głupio, ale się nie poddaje. Nawet próby samobójcze są w jej wypadku taką walką - o skończenie wszystkiego na własnych zasadach. To co McCrory daje swojej bohaterce to właśnie z jednej strony niezwykłą pasję, a z drugiej ogromną kruchość. Hester dba, czasem za bardzo, o to co ludzie pomyślą, ale potrafi też, nie zważając na nic, doprowadzić do półpublicznej awantury. Ale przede wszystkim nie jest głupią, bezwolna kukłą. Opętana namiętnością nie myśli, ale w chwilach spokoju widać jej ogromne, ironiczne poczucie humoru (ta sztuka chwilami była autentycznie zabawna!), dystans do siebie, a zwłaszcza tęsknotę. Za miłością i normalnością. Choć chyba sama tak naprawdę nie wie czym prawdziwa miłość jest. I Helen wygrywa te wszystkie drobne niuanse wspaniale - uniesieniem kącika ust, pochyleniem głowy, przesadnie uprzejmym tonem, tysiącem niewielkich gestów. Wiecie, dawno nie siedziałam na brzegu fotela w czasie finałowej konfrontacji, zaciskając kciuki i powtarzając "dasz radę, wytrzymasz". Bo w ciągu tych dwóch godzin zaczęłam szczerze kibicować Hester - z jej wszystkimi irytującymi wadami.

zdjęcia pochodzą z fb NTlive
 I w tym świetle, ostatnia scena jest dla mnie największym triumfem bohaterki. I kończy całe, przygnębiające przedstawienie mocną, optymistyczną nutą. Bo Hester przetrwała i zwyciężyła. Zje coś, żeby mieć siłę zastanowić się co dalej, nawet jeśli w trakcie przełyka łzy. I jestem absolutnie przekonana, że sobie poradzi. Będzie żyła, a może kiedyś nawet znajdzie szczęście.

Nie byłoby całego dramatu, gdyby nie dwaj mężczyźni - mąż, szanowany  sędzia William Collyer (Peter Sullivan) i kochanek, z którym uciekła, były pilot RAFu, Freddie Page (Tom Burke), dla którego tak naprawdę wraz z wojną skończyło się życie. I to co mnie uderzyło, to ledwie tląca się chemia pomiędzy postaciami. Hester jest tak skupiona na swoich uczuciach, namiętności i miłości, że uznaje je za normę - dla niej liczy się tylko czerń i biel. Kocha na całego, albo nie kocha wcale. I nie dostrzega, że zarówno Freddie jak i William wciąż żywią do niej wiele uczuć. Tylko nie takich, nie w taki sposób, w jaki ona by chciała. I to właśnie ten rzekomo zły, zapity, pusty kochanek dostrzega prawdę: oni niszczą się, powoli zabijają się nawzajem, bo żadne nie potrafi dać partnerowi tego, czego on oczekuje. I dlatego Freddie podejmuje taką a nie inną decyzję. Ucieka - nie z tchórzostwa, ale próbując uratować i siebie i Hester. 
Muszę przyznać, że przekonał mnie Tom Burke - wcale nie klasycznie przystojny, lekko niechlujny, chwilami okrutny, bardzo zdesperowany i kochający Hester po swojemu. Dla niej niewystarczająco. Równie dobry był Peter Sullivan - dystyngowany, nie rozumiejący szaleństwa żony, ale do końca gotowy jej pomóc. Panowie wraz z Helen stworzyli rewelacyjny trójkąt uwikłany w uczucia, pozory i zależności.


I jeszcze sąsiad, pan Miller (Nick Fletcher). Były doktor ten, który ratuje swojej sąsiadce życie, na kilka różnych sposobów. Powściągliwy, ostrożny, sam skrywający bolesny sekret, pokazuje Hester, że gdy miłość wyniszcza, czasem powodem, by żyć dalej może być zwyczajna, prosta przyjaźń.

Cały dramat rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni jednego apartamentu. Ale Carrie Cracknell poszła dalej. Tom Scutt stworzył dla potrzeb spektaklu niesamowitą scenografię - blok mieszkalny z cienkimi jak papier ścianami, nieustającą obecnością sąsiadów. To wszystko osacza bohaterkę, sprawia, że niemal wciąż ma się wrażenie, że nie tylko my, widzowie ją podglądamy, ale to samo robią pozostali mieszkańcy. Trudno o zachowanie sekretów, trudno o prywatność w takiej sytuacji.


"Głębokie Błękitne Morze" jest spektaklem jakby wprost stworzonym do pokazywania w kinach. Kamera wie, kiedy skupić się na głównych postaciach, kiedy pokazać szeroki plan. Czysty dźwięk, gra świateł (i po raz kolejny rewelacyjne tłumaczenie), wszystko współgrało doskonale.

Carrie Cracknell, we wspomnianym już wcześniej wywiadzie, powiedziała, że każdy rozumie Hester po swojemu, bo chyba każdy z nas miał kiedyś złamane serce. 
Jeśli chcecie się przekonać, jak to będzie z Wami, macie jeszcze jedną okazję, 28 listopada. Bardzo polecam! 




piątek, 2 września 2016

One Man Two Guvnors - recenzja po seansie

"Człowiek dwóch szefów" to wielki hit West Endu i Broadwayu, zdobywca wielu nagród, pokazywany w kinach na żywo w cyklu NTlive w 2011 roku. Teraz sztuka powróciła na ekrany, wraz z kilkoma innymi niezwykle popularnymi spektaklami - specjalnie na życzenie widzów.


Spektakl w zmienionej obsadzie udało się zobaczyć Ani2 w 2013 roku. Podobało jej się, ale bez takiego zachwytu, z jakim o "Człowieku" pisali krytycy, sypiąc pięciogwiazdkowymi recenzjami.
Wczoraj kinach mogliśmy oglądać pierwszą wersję obsady.
"Człowiek dwóch szefów" to uwspółcześniona adaptacja autorstwa Richarda Beana, barwnej, włoskiej komedii dell'arte "Sługa dwóch panów" Carlo Coldoniego. Akcja z XVIII Wenecji w czasie karnawału, przeniesiona zostaje do Brighton w latach 60 XX wieku, zmieniają się imiona bohaterów i  sytuacje, ale humor pozostaje ten sam.

Zwolniony ze swojej kapeli skiflowej Francis Henshall staje się ochroniarzem drobnego przestępcy z londyńskiego East Endu, niejakiego Roscoe’a Crabbe’a, który pojawia się w Brigthon, by zgarnąć sześć tysięcy funtów od ojca swojej narzeczonej. Ale ów gangster to tak naprawdę siostra Roscoe’a, udająca własnego brata, który już nie żyje, a zginął z rąk jej chłopaka Stanley’a Stubbersa... 
Zaszyty w pubie The Cricketers’ Arms, nieustająco łakomy Francis, dostrzega dla siebie szansę na dodatkowy zarobek i przyjmuje drugą robotę u Stanleya Stubbersa właśnie, który zaś ukrywa się przed policją, czekając na możliwość zejścia się z Rachel. Aby przykryć swoje poczynania, Francis musi trzymać dwóch szefów z daleka od siebie. Prosta sprawa, nieprawdaż?

Po spektaklu mam mieszane uczucia. Bo tak jak Ani2 - podobało mi się, ale nie zachwyciło, a żarty czasami zdecydowanie do mnie nie trafiały. To nie tak, że nie lubię zabawy na granicy farsy. Marzę by zobaczyć na scenie "Black Comedy", "The Play That Goes Wrong" nadal uważamy za jedną z najlepszych teatralnych komedii. A "Człowiek dwóch szefów" chwilami zdawał się śmieszny na siłę wywołując niesmak niż śmiech. 

Zdjęcia pochodzą ze strony NTlive
Na pewno całość jest pierwszorzędnie zagrana. James Corden nie tyle gra Francisa ile nim jest - nieporadnym, wkurzającym, małostkowym, ale gdy trzeba zaradnym i sprytnym. Panujący nad widownią i wchodzący z nią w zabawne interakcje. Ciekawie było zobaczyć Olivera Chrisa sprzed kilku lat - wyniosłego i przerysowanego arystokratę. Całkiem niezła wprawka przed księciem Williamem, musimy przyznać :)


Bardzo podobały mi się panie, moje serce skradła Claire Lams jako Pauline, która "nie rozumie". Świetna była Suzie Toase w roli Dolly, feminizującej księgowej ojca Pauline. 
Spektakl jest dość długi a przed rozpoczęciem i w trakcie zmiany dekoracji gra zespół muzyczny stylizowany właśnie na lata 60, bardzo często z gościnnymi występami głównych bohaterów sztuki.  Akcja toczy się wartko, gag goni gag, niemal nie ma chwili na złapanie oddechu. Całość jest perfekcyjnie zaaranżowana i przemyślana - za tym pozornie dzikim chaosem stoi ogrom pracy całej ekipy. 

Najjaśniejszym dla mnie punktem przedstawienia był krótki filmik zza kulis, puszczony w antrakcie. Reżyser, Nicholas Hytner, opowiada o produkcji, zabiera nas też do garderoby, gdzie James Corden żali się Olivierowi Chrisowi i Tomowi Eddenowi (Alfie) jak to publiczność śmieje się z jego nieszczęść i w ogóle nie współczuje głodnemu. Warto było wrócić trochę wcześniej na miejsce, by to zobaczyć!

Spektakl jak już wspomniano, był filmowany w 2011 roku. I dopiero porównując z ostatnimi nagraniami widać wielką różnicę i ogromny postęp jaki przez te pięć lat zrobiło NTlive. Dźwięk często uciekał, kamera poruszała dość chaotycznie, gubiąc chwilami bohaterów. 


Tym razem niestety muszę się troszkę przyczepić do tłumaczenia, za które odpowiadała pani Justyna Zarudzka. Tak jak sama sztuka, zdawało się chwilami "za bardzo". Uwspółcześnianie wszystkiego i dostosowywanie do polskich realiów naprawdę nic nie daje. Lewandowski, zamiast nazwiska ówczesnego piłkarza, zgrzytał zamiast bawić. Za to rewelacyjnym pomysłem były podane w nawiasach kwadratowych lekko ironiczne streszczenia piosenek granych przez kapelę. 

Jeśli chcecie wyrobić sobie własną opinię, lub po prostu spędzić trzy godziny na lekkiej rozrywce, możecie na "Człowieka dwóch szefów" wybrać się jeszcze 8 grudnia.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Jesienna ramówka teatru w kinie

Wrzesień nadchodzi wielkimi susami, a wraz z nim początek roku szkolnego i powrót premierowych spektakli w cyklu "Teatr brytyjski na wielkim ekranie". British Council we współpracy z Multikinem zapraszają na prawdziwą teatralną ucztę. Tym razem nie tylko będziemy mogli obejrzeć spektakle z cyklu NT live, czy  przedstawienia Kenneth Branagh Company, ale także nowe produkcje "Globe on Screen", Royal Shakespeare Company, oraz po raz pierwszy (i oby nie ostatni) Almeida Theatre Live!


Dokładna ramówka z datami znajduje się tutaj, a bilety na spektakle można już kupować na stronie Multikina.

piątek, 29 kwietnia 2016

Hangmen - kilka uwag po seansie NTlive

Na "Katów" wybrałyśmy się w styczniu tego roku, w Londynie. Sztuka okazała się warta kilkugodzinnego stania w kolejce po dzienne bilety, zachwyciła nas jednogłośnie. Podobnie odebrała ją londyńska publiczność i krytycy - "Kaci" zdobyli dwie nagrody Oliviera, w tym tą najważniejszą: dla najlepszej nowej sztuki. Naszą recenzję spektaklu możecie przeczytać tutaj, poniżej będzie raczej kilka uwag o transmisji kinowej w cyklu "Brytyjska scena na dużym ekranie".

źródło
Przed spektaklem dostaliśmy krótki dokument o 60 latach teatru Royal Court i jego wpływie na brytyjską scenę a zwłaszcza na promowanie młodych dramaturgów.  Aktorzy, pisarze i reżyserzy opowiadali jak wielkie znaczenie ma teatr, który pozwala zabłysnąć tym nieznanym. Tysiąc prapremier w 60 lat faktycznie robi ogromne wrażenie (szczególnie, że sporo z nich później stało się wielkimi hitami - jak choćby "Hangmen")

Chodząc na spektakle NTlive już kilka lat, nie mogę nie zauważyć, jak ogromny postęp poczynili twórcy transmisji. Dźwięk rzadko kiedy szwankuje, kamera pewnie pokazuje to, co powinna. Tu nie było inaczej. Cieszę się, że zostawiono w tle tykanie zegara, początkowo niemal niezauważalne, w końcowych scenach wizyty "najlepszego kata na wyspach" miarowo odliczające tak cenne, uciekające sekundy.
Bardzo podobało mi się, że choć często mieliśmy zbliżenia na twarze bohaterów, to równie często pokazywano nam pełen plan. Bo sztuka (z bardzo słusznie nagrodzoną Oliwierem, rewelacyjną scenografią autorstwa Anny Fleischle) właśnie najlepiej jest odbierana, gdy możemy obserwować wszystkich bohaterów pijących i dyskutujących w lokalnym pubie. Jedyna rzecz, która troszkę uciekła w transmisji to niesamowita zmiana scenografii po prologu, z więzienną celą i szubienicą powoli podjeżdżającą do góry, a spod niej wyłaniającym się niewielkim pubem i aktorami rozstawiającymi stoliki i krzesła. Ale to jest chyba właśnie ten element magii teatru, który bardzo ciężko oddać w innym medium. To wciąż wyglądało świetnie na ekranie, ale nie spowodowało wśród publiki zbiorowego westchnienia, jakie wtedy przetoczyło się przez cały teatr.

zdjęcie ze strony transmisji
Za to osobny akapit (i osobna owacja) należy się autorom napisów do wczorajszej transmisji. Bo "Kaci" zostali przetłumaczeni wzorowo. Bez owijania w bawełnę, bez uciekania się do ozdobników i przede wszystkim, bez zbędnego łagodzenia przekleństw i epitetów, których spektakl był pełen. I nagle wszystkie wydarzenia stawały się znacznie bardziej prawdopodobne. Chwilami niezrozumiały, ciężki, północny akcent większości postaci, dzięki napisom nabierał nowego znaczenia i pozwolił mi w pełni zrozumieć wszelkie drobiazgi i niuanse (których część na żywo umknęła, zwłaszcza w szybkich i gwałtownych monologach Harry'ego i Shirley). 

Publiczność zgromadzona w kinie bawiła się równie dobrze, jak ta w teatrze Wyndham's. A niewielką (acz znaczącą) zaletą oglądania całości na ekranie zamiast z pierwszego rzędu, był brak konieczności nieustannego mrużenia oczu, od wszechobecnego na scenie dymu :)

Póki co nie są planowane powtórki "Katów", ale jeśli będą, a wczoraj nie mogliście się wybrać do Multikina - idźcie koniecznie. To jest naprawdę kawał porządnej, brytyjskiej rozrywki, potwierdzenie krążącej opinii, że o ile Broadway jest mekką musicali, o tyle jeśli chce się zobaczyć najlepsze światowe sztuki, należy skierować się do Londynu.

piątek, 8 kwietnia 2016

As you like it - recenzja po seansie

Uciec! Ale dokąd? Najlepiej, wzorem bohaterów "Jak wam się podoba" do lasu Ardeńskiego. Książę Fryderyk pozbawia starszego brata należnego mu tytułu i, wraz z wiernymi panami, skazuje na wygnanie - zamieszkują w lesie. Jakiś czas po nich w lesie znajdują schronienie Rozalinda (córka Księcia) z kuzynką Celią (córka Fryderyka) oraz towarzyszący im Błazen. Panicz Orlando i jego służący Adam, umykając przed morderczymi planami Oliwiera (starszego brata Orlanda) trafiają, oczywiście do lasu. Zresztą niegodziwy Oliwier trafi tam niedługo po nich. 
Przez ponad 2 godziny obserwujemy dramaty miłosne ich wszystkich. 

wszystkie zdjęcia stąd

"Jak wam się podoba" nie jest ulubioną sztuką żadnej z nas. Mamy z nią ten sam problem, co choćby z "Poskromieniem złośnicy" - upływ czasu sprawił, że trudno nam oglądać niektóre motywy (tutaj akurat historię pasterki Febe) i nie krzywić się przy tym. Zmienia to niestety cały odbiór i nastawienie do przedstawienia. Szczególnie w przypadku adaptacji uwspółcześnianych, takich jak interpretacja Polly Findlay.  Chyba jednak więcej wybaczamy tradycyjnym, wiernym inscenizacjom w Globe, gdzie otoczka i kostiumy pozwalają ująć przedstawiany tekst w swoisty cudzysłów.

Wizualnie spektakl nas nie zachwycił. Tekst sztuki jest dość chaotyczny i naszym zdaniem, wymaga dla przeciwwagi bardziej "poukładanej" inscenizacji. Akcja dzieje się szybko, postaci na scenie zmieniają się dynamicznie i często, niestety reżyserka nie zrobiła nic, by ten "bałagan" opanować. Przeciwnie, bohaterowie wbiegają i wybiegają, na scenie prawie nieustannie ktoś jest w ruchu, coś się dzieje, trudno widzowi skupić uwagę.
Plusem są drobne, ale jednak, skróty w tekście. Bez nich chaos byłby jeszcze większy. 
Nie do końca przekonała nas też scenografia. Owszem moment przemiany dworu w las był zachwycający i technicznie ciekawy, ale chyba nie do końca rozumiemy, co chciano przekazać poprzez wiszące nad sceną krzesła i biurka. Różnice między uporządkowanym, sztywnym, duszonym etykietą dworem a leśną wolnością? Coś innego? Nic?
Oraz to co w pierwszych minutach zachwyciło, z każdym kolejnym kwadransem stawało się coraz bardziej męczące.
Kostiumy, bardzo współczesne, proste i niestety szybko zapewne je zapomnimy.


Za to jesteśmy pełne podziwu dla Rosalie Craig i Patsy Ferran grających Rozalindę i Celię. Udało im się stworzyć dwie bardzo przekonujące, budzące sympatię i ciągnące spektakl kreacje. Widząc ich spojrzenia i uśmiechy, ironiczne dogryzanie sobie i kpiny bez trudu wierzymy w głęboką przyjaźń łączącą bohaterki i w  to, jak poświęcały się jedna dla drugiej.
Za to, jakoś żaden z panów nie zrobił na nas wrażenia. Chyba najlepiej pamiętamy Marka Bentona (Błazen), ale trudno powiedzieć czy to kwestia jego gry, czy charyzmy postaci.

 
Spektakl oglądałyśmy w kinie, więc dwa słowa o realizacji.
Tym razem żadnych problemów z napisami.
Kamera podążała za bohaterami, ale też pokazywano szeroki plan. Kilka razy przy scenach dziejących się nocą w lesie miałyśmy wrażenie, że jednak jest ciut za ciemno, ale tych momentów nie było dużo.
Pokazane jako materiały dodatkowe filmy były bardzo ciekawe. Dokument opowiadający o inscenizacjach sztuk Szekspira w National Theatre idealnie wpasował się w tegoroczną rocznicę. Zaś krótka wizyta za kulisami była zabawna, a pełne ironii wywiady z aktorami stanowiły dodatkowy smaczek.


"Jak Wam się podoba" podzieliło krytyków. Zebrało zarówno bardzo złe, rozczarowane jedno gwiazdkowe recenzje jak i zachwycone pięciogwiazdkowe. Były też takie bliższe naszym odczuciom - fajne, ale na jednorazowe obejrzenie. Bardzo ciekawy eksperyment, po raz kolejny pokazujący iż Bard jest wiecznie żywy, ale nie do końca trafiający w gusta każdego.