wtorek, 3 lutego 2015

Made in Dagenham - recenzja

Na samym początku uprzedzam: to może być nieco nieskładna i pełna spoilerów recenzja. A wszystko dlatego, że zakochałam się w "Made in Dagenham" - od pierwszego zobaczenia zupełnie straciłam głowę. Jak nigdy wcześniej wybrałam się trzy razy na ten sam spektakl i to w ciągu zaledwie dziesięciodniowego pobytu. Nieustannie nucę piosenki, cierpiąc, że nie ma płyty i intensywnie myślę czy iść czwarty raz. Nie mam zbyt dużego doświadczenia musicalowego, widziałam tylko cztery tytuły, trudno mi więc oceniać czy „Made” to dobry musical czy zły (zdania recenzentów są podzielone). Na pewno jest bardzo mój: w głównej roli Gemma Arterton (którą fangirluję), wpadające w ucho kawałki, do tego zgryźliwy humor i feminizm - nic więcej mi nie potrzeba.




„Made in Dagenham”, to sceniczna adaptacja filmu Nigela Cole, o tym samym tytule. Opowiada o wydarzeniach z 1968r., kiedy zatrudnione w fabryce Forda kobiety rozpoczęły strajk. Jego efektem było wprowadzenie w 1970r. Equal Pay Act, dot. warunków zatrudniania i wynagradzania mężczyzn i kobiet.
Na scenie pojawiają się zarówno postaci fikcyjne (np. główna bohaterka Rita O’Grady) jak i historyczne (Barbara Castle, premier Wilson). Jest kąśliwie i ironicznie, wzruszająco i zabawnie, a twórcy co jakiś czas mrugają do widza: linijka z Szekspira tu, czwórka z Liverpoolu tam.


Wizualnie podobało mi się wszystko. Dynamicznie zmieniające się scenografie, przenoszące widza do domów O’Gradych czy Hopkinsów, hal fabrycznych, gabinetów w Westminsterze, szpitala, pubu, szkoły czy na zjazd związków. Kostiumy utrzymane w klimacie lat 60tych były prześliczne, a czerwoną „Biba dress”, sukienki Barbary Castle oraz buty Sondry, bardzo chętnie zobaczyłabym we własnej szafie.
wszystkie zdjęcia ze strony spektaklu
Może to złudzenie, ale choreografie nie sprawiały wrażenia wybitnie trudnych - raczej, podobnie jak muzyka, były lekkie, łatwe i przyjemnie. Mimo to tańczącego premiera i jego doradców długo nie zapomnę.

Głównymi bohaterami musicalu jest rodzina O’Gradych:

Rita (Gemma Arterton) – zajęta kobieta, maszynistka z fabryki, matka dwójki dzieci, jak sama wielokrotnie powtarza - nie interesuje jej polityka. Przedstawicielką pracownic, a później główną organizatorką i rzeczniczką strajku zostaje trochę przez przypadek, ale angażuje się w walkę całkowicie. Od chwili kiedy tylko dowiedziałyśmy się o musicalu byłam ciekawa, jak poradzi sobie Gemma. Owszem, w „Duchess of Malfi” śpiewała odrobinę, ale co innego jedna piosenka, co innego cały spektakl. Moim zdaniem spisała się bardzo dobrze. Owszem nie ma głosu, który zatrząsłby budynkiem, ale słucha się jej przyjemnie. Mam wrażenie, że zarówno Gemma, jak i twórcy zdawali sobie sprawę z jej ograniczeń wokalnych, dlatego zastosowali prosty, sprytny zabieg: w drugim planie obsadzono naprawdę dobrze śpiewające aktorki (Sophie Isaacs, Emma Lindars) i w najważniejszych momentach to one „ciągnęły” piosenki.
Eddie (Adrian der Gregorian) - mąż Rity, pracuje w fabryce, sympatyczny, chociaż zdarza mu się zapominać o ważnych datach, wtedy długo przeprasza, przez długość całej piosenki. Nikt nie jest idealny i w pewnym momencie Eddiego przerasta sytuacja, ale na końcu przedstawienia mamy happy end. Bardzo podobał mi się Adrian w swojej roli. Wygląda on może dość niepozornie, ale dzięki temu był idealny. Chociaż, muszę wyznać, nie doceniłam go w spektaklach, w których występował. Dopiero za trzecim razem, kiedy Eddiego grał inny aktor, widać było wyraźnie jak fantastyczny jest Adrian. 


Graham - ich syn, to jego problemy w szkole doprowadzą do spotkania Rity z moją ulubioną postacią w spektaklu – Lisą Hopkins.
Sharon – córka Rity i Eddiego, jej marzeniem jest zostać lekarzem. To troska o jej przyszłość i możliwości wielokrotnie motywują Ritę do działania.

Pozostałe pracownice fabryki tworzą bardzo sympatyczną i niepowtarzalną grupkę. Te najważniejsze to: twarda Beryl (Sophie Stanton) ze złośliwym poczuciem humoru i ostrym językiem; nieco oderwana od rzeczywistości Clare (Heather Craney); Cass (Naana Agyei-Ampadu), której marzeniem jest zostanie pilotem; czy Sondra (Sophie Isaacs), drobna blondynka obdarzona głosem, który trzęsie teatrem.
Bardzo istotną postacią jest Connie (Isla Blair) - jedyna kobieta w związkach, to ona namawia Ritę do działania.
Lisa Hopkins (Naomi Frederick) – żona brytyjskiego dyrektora fabryki. Wprowadzona jako zwykła „zdesperowana gospodyni domowa”, której nawet własny koń nie lubi. Szybko okazuje się zaskakująco miłą postacią. Popiera strajkujące, doradza i jak może pomaga Ricie.
Tea Lady (Kath Duggan) – dla mnie gwiazda spektaklu. Postać, która nic nie mówi, przemyka w tle, tu coś zetrze, tam poda herbatę, ale wnosi na scenę mnóstwo pozytywnej energii. A sądząc po gromkich oklaskach, jakie po każdym spektaklu zbierała aktorka, budziła nie tylko moją sympatię.
Barbara Castle (Sophie-Louise Dann) - postać autentyczna, twarda, ale sympatyczna. „Baba” posłana tam, gdzie premier sobie nie radził. Bazując na wiedzy zdobytej w internecie, wydaje mi się, że dość wiernie przedstawiona.

 
Wśród postaci męskich, poza Eddiem, jakoś nikt nie wzbudził mojej sympatii.

Pracownicy fabryki – zwykli chłopcy z sąsiedztwa, kumple Eddiego. Początkowo wspierają kobiety, potem, kiedy efekty strajku dotykają także ich stają się trochę sfrustrowani.
Monty (David Cardy) - związkowiec, który powinien bronić interesów pracownic fabryki, chyba w zamierzeniu postać pozytywna, ja go jakoś nie polubiłam. Tak samo jak związkowców dwóch, którzy reprezentowali męską część załogi.
Nie lepszy był brytyjski dyrektor fabryki Hopkins (Julius D'Silva) – nadęty i ograniczony, nie doceniający własnej żony.
Jednak najmniej miła, moim zdaniem, dwójka to: premier i amerykański dyrektor fabryki.
Harold Wilson (Mark Hadfield) – przyznaję, że układ taneczny jego i doradców był chyba najlepszy w całym spektaklu, na pewno wzbudzał najwięcej śmiechu, ale na tym koniec. Nie wiem na ile został przerysowany jako postać, ale sceniczny premier był nieporadny, nietaktowny i nieuprzejmy.
Natomiast przybyły z Ameryki Tooley (Steve Furst) to „kawaleria”, która ma zakończyć strajk, za wszelką cenę i wszystkimi sposobami. Postać przerysowana, zbudowana na stereotypach. Antypatyczny i arogancki, nie miał budzić ani odrobiny sympatii u widzów, wręcz przeciwnie.


Sama historia jest dość prosta, gdyby nie była inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, napisałabym, że prawie bajkowa. Mieszkańcy Dagenham pracują w fabryce Forda, kobiety szyją pokrowce na siedzenia, mężczyźni składają samochody. Sytuacja zmienia się, kiedy pracownice fabryki dowiadują się, że nie dostaną oczekiwanej podwyżki, przeciwnie zmieniono grupę zakwalifikowania ich pracy z wymagającej kwalifikacji na nie wymagającą kwalifikacji - niżej płatną. Kobiety oczywiście protestują, rozpoczynają walkę o utrzymanie poprzednich warunków, a ta dość szybko przeradza się w spór o równe wynagrodzenia i strajk.
Początkowo nasze bohaterki wspiera całe miasto, później, kiedy w ramach zwalczania strajku zostaje zatrzymana linia produkcyjna, nastroje w Dagenham nieco podupadają i to kobiety są obwiniane za odebranie pracy mężczyznom. O proteście coraz więcej się mówi, w sprawę angażuje się rząd, wreszcie panie jadą na zjazd związków, by tam przedstawić swoje żądania i dostać to, o co walczyły tak uparcie.

Spektakl jest adaptacją filmu, ale różni się od niego, upraszcza i pomija pewne wątki. Connie nie ma męża i to jej postać zagrzewa Ritę do boju. Nie ma Alberta, granego w filmie przez Boba Hoskinsa. Za to sceniczny Monty, nie jest specjalnie pozytywny, ale nie jest też tak negatywny jak filmowy. Odwrotnie Peter Hopkins - w wykonaniu Ruperta Gravesa budził więcej sympatii niż ten w spektaklu. Ale może to tylko efekt mojej słabości do aktora ;) Za to na pewno sceniczny Tooley był jednoznacznie negatywny i celowo przerysowany.
Spektakl kończy się zwycięstwem strajkujących, w rzeczywistości (i w filmie) pracownice Forda zgodziły się na 92% wynagrodzeń, a Equal Pay Act wprowadzono dwa lata po strajku.

obsada, starsze panie w środku to prawdziwe uczestniczki strajku
Na potrzeby spektaklu powstało około dwudziestu bardzo różnych piosenek. Długich (finałowe „Stand Up” czy „Storm Clouds”), krótkich, służących właściwe jako przejścia między scenami („Union Song”, „School Song”), nastrojowych („Sorry I Love You”, „We Nearly Had It All”), lżejszych, które wywoływały śmiech widzów („Wassname”, „Always a Problem”) czy wreszcie energicznych, powodujących, że stukałam stopą do rytmu („Made in Dagenham”, „This is America”). Wszystkie moim zdaniem przebojowe, z teksami, które szybko wpadały w ucho i zostawały w głowie na dłużej. Na stronie produkcji można posłuchać trzech piosenek - mało, ale zawsze coś.

Trzy wizyty w teatrze umożliwiły mi nie tylko zobaczenie różnych aktorów, różnych rozwiązań choreograficznych, ale także na poobserwowanie zachowań publiczności. To chyba pierwsze przedstawienie, na którym spotkałam się z tak żywiołowymi reakcjami widzów w trakcie spektaklu. Za każdym razem podczas piosenki finałowej ktoś wstawał, podnosił ręce, okazywał swoje poparcie. Jednego wieczoru publiczność buczała w czasie sceny Rozmowy Rity i Tooleya. Podczas każdego przestawienia wybuchały salwy śmiechu, każde kończyło się gromkimi brawami i częściowo owacją na stojąco.

Niestety musical zebrał średnie recenzje i poza sobotnimi wieczorami nie sprzedaje się zbyt dobrze. Co prawda, nie zejdzie z afisza przed czasem, ale też jego wydłużenie jest minimalne.
Wystawiany będzie tylko do 11 kwietnia. Na profilu produkcji na facebooku wspomniano, że trwają rozmowy o wyruszeniu w trasę, ale na razie nie podano żadnych konkretów. Ja mam ogromną nadzieję, że tak się stanie, oraz że dodatkowo w ramach promocji powstanie jednak płyta. Nie musi być nawet w wykonaniu pierwszej obsady.

Oczywiście wybrałam się na stage door. Oczywiście, jak w przypadku „Treasure Island”, znów zmarzłam nim doczekałam się na Gemmę. Dodatkowo, o ile kiedy czekałam wydawało się, że jest nas trójka: ja, druga dziewczyna i przesympatyczny ochroniarz, to kiedy tylko Gemma wyszła z teatru, w około zaroiło się od innych fanów i kilku „zawodowych” łowców autografów. Nasza rozmowa była bardzo krótka, bardzo ogólna i nawet nie bardzo mam co zacytować. Za to mogę zakończyć notkę zdjęciem ładnie podpisanego programu:




2 komentarze:

  1. Cieszę się, że się podobało :D
    Nie znoszę łowców autografów. Aktorzy chyba też nie bardzo ich lubią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aktorzy i ich "ludzie". Do dzisiaj pamiętam towarzyszącą Judi Dench asystentkę, czy może menadżerkę i to jak stanowczo radziła sobie z "zawodowcami".

      Usuń