niedziela, 8 marca 2015

City of Angels - recenzja

Dzisiaj o spektaklu, z którym mam problem i dlatego recenzję pisałam prawie dwa miesiące. Nie tyle mnie rozczarował, co nie zachwycił tak, jak tego oczekiwałam. Jeżeli wychodząc z musicalu nie nucę pod nosem, więcej w głowie nie został mi nawet jeden takt, nie jest dobrze. Ścieżka dźwiękowa, autorstwa Cy Colemana (muzyka) i Davida Zippela (słowa), pozostawiła mnie całkowicie obojętną, co dość mocno wpłynęło na moją opinię o całym przedstawieniu.

wszystkie zdjęcia stąd
Sama historia mimo, iż dzieje się w dwóch planach, jest bardzo prosta: książka Stine'a (Hadley Fraser) okazała się sukcesem i ma zostać zekranizowana, a scenariusz do filmu pisze sam autor. Pierwszy plan, to jego zmagania z Hollywood i filmowym światkiem. Drugi plan, to wydarzenia z książki. Ta część spektaklu utrzymana jest w nastroju chandlerowskiego kryminału, a jej bohaterami są osoby z otoczenia pisarza. Dzięki temu większość aktorów widzimy w podwójnych rolach. 




Muszę przyznać, że cała obsada była doskonała, ale to Tam Mutu, jako prywatny detektyw Stone, alter ego autora, bezczelnie ukradł spektakl. Podczas gdy większość osób zachwycała się występami Hadleya Frasera i Rosalie Craig, moją uwagę przyciągnęła świetna Rebecca Trehearn w  w podwójnej roli sekretarek: szefa studia filmowego i książkowego Stone'a. Mam jedno zastrzeżenie: za mało Samanthy Barks. Akurat ją bardzo chciałam zobaczyć i uważam, że jeżeli reklamuje się spektakl jej nazwiskiem to powinna spędzić na scenie więcej czasu. A tak, zaśpiewała jedną piosenkę i wystąpiła w kilku scenach zbiorowych, dla mnie to zdecydowanie za mało.


Bezsprzecznie jestem zachwycona stroną wizualną przedstawienia. Przepiękne dekoracje i kostiumy, pomysłowe rozwiązania techniczne np. tekst, który Stine wystukiwał na maszynie pojawiał się na ścianie za nim czy sceny przewijane w tył, w miarę jak autor kasował je i przepisywał. 


Nic ze spektaklu nie zostało ze mną na dłużej i nie czuję specjalnej ochoty na obejrzenie "City of Angels" kolejny raz. O ile na blogach widziałam dość zróżnicowane recenzje, to zawodowym krytykom raczej się podobało. Przedstawienie zebrało dobre i bardzo dobre recenzje, krążą plotki o prawie pewnym transferze na West End, o który na pewno damy znać. 




3 komentarze:

  1. Och... Ze mną zostały po spektaklu trzy piosenki. Rebecca mnie absolutnie zachwyciła (oraz sopran z chóru), duet Stine-Stone w obu odsłonach powalił mnie na kolana. Widziałam spektakl trzy razy i wciąż nie mogę przestać o nim myśleć, kupiłam nagranie pierwszej londyńskiej obsady (m.in. Roger allam jako Stone i Haydn Gwynne jako Donna/Oolie.
    I jak każda zakochana osoba nie rozumiem, co mogło się nie podobać ;)
    U mnie jest to o tyle dziwniejsze, żem niemusicalowa i niejazzowa. Zatem to musi być miłość ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obstawiam różnicę gustów :)
      Nie podzielając obiektu rozumiem zjawisko, dla mnie takim objawieniem było "Made in Dagenham" i też zupełnie nie rozumiem, czemu inni się nim nie zachwycają, a publiczność nie wali drzwiami i oknami :)
      A2

      Usuń
    2. Pewnie tak. Dla mnie Made in Dagenham było przyjemne, ale nie miałam ochoty na powtórkę. Dlatego właśnie, że nic ze mną nie zostało. Ale ja w ogóle jestem dziwna - nie podobało mi się Wicked. Znaczy cieszę się, że widziałam, ale też nie chcę jeszcze raz.
      Bardzo zaś czekam na transfer City of Angels. Tyle, że bez Tama, niestety... Z tego powodu nie będzie też raczej płyty audio, a szkoda ogromna.

      Usuń