niedziela, 2 sierpnia 2015

Bakkhai - recenzja

Nie wkurzajcie bóstwa, bo wam odpłaci z nawiązką. 
Taki, dość prosty wniosek wyciągnęłam z "Bakkhai", klasycznej tragedii w adaptacji kanadyjskiej poetki Anne Carson i reżyserii Jamesa Macdonalda, wystawianej w Alemida Theatre. 

wszystkie zdjęcia stąd
Dionizos, mszcząc się na siostrach matki za to, że poddają w wątpliwość jego boskie pochodzenie, zsyła na nie szaleństwo. Niemoralne zachowanie kobiet budzi sprzeciw młodego władcy Teb, Penteusza, który jest zdecydowanym wrogiem nowego kultu.  Podjudzony przez udającego kapłana Dionizosa, postanawia (w przebraniu kobiety) przyjrzeć się bachantkom z bliska. Wśród menad przebywa Agawe, matka Penteusza, a jednym z rytuałów kojarzonych z bachantkami jest rozrywanie żywcem upolowanych zwierząt. To jest grecka tragedia, happy endu nie będzie.     


Minęło już kilka dni, a sama nadal nie wiem co sądzę o spektaklu. Część rzeczy mnie zachwyciła, część sprawiała, że prawie przysypiałam. Zapewne nie jestem zbyt wyrafinowanym widzem i nie zrozumiałam wszystkiego, co chcieli przekazać i pokazać twórcy (np. zupełnie umknęło mi powiązanie między Penteuszem a Tonym Blairem, czy alegoria wojen w Iraku, jakie zauważyli inni widzowie).


Zacznijmy od plusów. Na pewno Ben Whishaw w kilku rolach: Dionizosa, kapłana, Tejrezjasza, posłańca. To trzecia sztuka, w jakiej widziałam Bena i znów jego postać, właściwie postaci, były zupełnie inne od poprzednich kreacji: czy to od zagubionego Petera (w "Peter and Alice") czy od butnego Baby'ego ("Mojo"). Jego Dionizos to chwilami psotny chłopiec, a w finale groźne bóstwo. Jego wieszcz, czy kapłan, byli spokojni i racjonalni. I ten niesamowity kontakt, jaki Ben ma z publicznością. W tak kameralnej przestrzeni jak Alemida Theatre to nie trudne, ale na mnie i tak wywarło ogromne wrażenie. Kroku dotrzymywał mu (a nie jestem pewna czy nawet nie wyprzedzał chwilami) Bertie Carvel w podwójnej roli Penteusza i jego matki. Scena, w której Agawe tańczy pełna dumy i radości po udanym polowaniu, jest chyba najlepszą w całym spektaklu.  
Cieszę się także, że oszczędzono nam rozdzierania na scenie. 


Niestety nie udało mi się znaleźć zdjęcia Bertiego jako Agawe, bardzo żałuję bo jego przemiana była niesamowita.  

Do minusów zaliczam niestety chór. Z nim miałam największy problem. Tytułowe Bachanki, które nieustannie były na scenie albo w milczeniu obserwowały, albo cóż, zawodziły. Wolno wyśpiewywane wielogłosem pieśni, przynajmniej dla mnie chwilami były wręcz niezrozumiałe i lekko hipnotyczne, usypiające. Na pewno dały przedstawieniu dość niesamowity klimat, ale nie jestem do końca przekonana czy to był "mój" klimat. Zresztą podobnie było w przypadku "Medei", kiedy chór dużo większe wrażenie wywarł na Ani1. 



Scenografia w spektaklu prawie nie istnieje. Pusta scena, otoczona tylko zwałami czarnych kamyczków, kojarzyła mi się z hałdą. Kostiumy nawiązywały do tradycji greckich, bachantki występowały w fartuchach przypominających jelenią skórę, z własnoręcznie plecionymi wiankami na głowach. Tylko elegancki, ubrany w garnitur Penteusz "odstawał" wizerunkowo od reszty towarzystwa. 


Premiera prasowa odbyła się 30 lipca i krytycy są podzieleni. Widziałam, zarówno zachwycone 5 gwiazdkowe recenzje  jak i bardzo średnie z trzema gwiazdkami. Jeżeli macie ochotę wydać własną opinię to "Bakkhai" można oglądać w teatrze Almeida do 29 września http://www.almeida.co.uk/whats-on/bakkhai/23-jul-2015-19-sep-2015

9 komentarzy:

  1. Ja z tych zachwyconych i powtórzę się - to jest Carvelowe tour de force. Rozumiem, czemu nie ma jego zdjęć jako Agave - żeby nie odbierać widzom niespodzianki. Ogromnie mi się podobało, ale zdaję sobie sprawę, że to przedstawienie będzie wywoływało skrajne emocje, bo dla jednych zbyt awangardowe (trzech facetów we wszystkich głównych rolach), dla innych zbyt klasyczne (trzech facetów we wszystkich głównych rolach - tak było w czasach Eurypidesa), ale dobrze, po to jest teatr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, bardzo możliwe, że dlatego nie ma zdjęć.
      Akurat nie trzech facetów było moim problemem ;) z mniejszym udziałem chóru chyba podobałoby mi się bardziej. Chyba.

      Usuń
    2. Ja też jestem zachwycona. Na tyle, że wybieram się jeszcze raz, na Day Seats, w mój ostatni wieczór w Londynie. Trzymajcie kciuki!

      Usuń
    3. Jeszcze nie, idę jutro. Znaczy dzisiaj ;) Znaczy, jak wstanę, idę do kolejki :D

      Usuń
    4. I w końcu nie odpisałam: byłam drugi raz, podobało mi się jeszcze bardziej :D Gdyby nie to, że wróciłam już z Londynu (smuteczek) chodziłabym na Bachantki w każdy wolny wieczór. To przedstawienie żyje, rozwija się, jest cudowne. Ben i Bertie dają z siebie wszystko. I za to ich kocham.

      Usuń
    5. Super, że się udało. Ben i Bertie bardzo tak! Chór, im dłużej myślę o spektaklu, nadal nie "mój" :)

      Usuń
  2. Bo to genialne było.I ta niesamowita chemia Bena i Bertiego

    OdpowiedzUsuń