środa, 7 października 2015

Temple - recenzja

W październiku 2011 roku, na placu przed londyńską Katedrą św Pawła, Occupy London rozbiło namiotowe miasteczko. Protestowali przeciw kryzysowi finansowemu, pazerności banków i solidaryzowali się z podobnymi ruchami na całym świecie. Katedra, która stała otworem w czasie powodzi, pożarów, bombardowania i zamachów terrorystycznych, po raz pierwszy w historii zamknęła swoje drzwi przed wiernymi. Kilka dni później dzielnica City wystąpiła do sądu z nakazem usunięcia miasteczka. Sztuka Steve Watersa to fikcyjny zapis wydarzeń z tamtego okresu.

Główny bohater dramatu (wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony przedstawienia)
Tyle informacji z materiałów promocyjnych. Temple to kameralny dramat, wydaje się, że wprost stworzony do intymnej przestrzeni Donmar Warehouse. Spektakl trwał 90 minut (bez antraktu) i tyle też trwały wydarzenia na scenie, zmienionej w pokój w kancelarii parafialnej, z wielkimi oknami wychodzącymi na gmach katedry. Akcja toczy się rano, 28 października 2011 roku, kiedy to Katedra ma zostać ponownie otwarta.

Głównym bohaterem sztuki był Dziekan. Poza nim w przedstawieniu pojawili się: energiczny wikariusz-buntownik (Paul Higgins), nowa asystentka, pompatyczny biskup Londynu (Malcolm Sinclair) i nobliwa kościelna (Anna Calder-Marshall) i dwóch chłopców-chórzystów.
Wcielający się w główną rolę Simon Russell Beale nie opuścił sceny nawet na minutę. Przez cały czas trwania przedstawienia był obecny i, niezależnie od wydarzeń, przez cały czas to na nim spoczywał wzrok widowni. Jego Dziekan był zagubiony i niepewny. Zdawał się nie pasować do współczesnych czasów, nie potrafił unieść tego, co na niego spadło. Wydawało mu się że zrobił dobrze zamykając katedrę, a jednak żałował swojej decyzji. Nie chciał pomóc miastu i reprezentującej go dziarskiej prawniczce (Shereen Martin) w kreowaniu pozwu, by potem zmieć zdanie. Wahał się, a to wahanie kosztowało go utratę autorytetu i przyjaźni osób na które liczył.

pułapki nowoczesnych technologii
Mimo iż tematyka jest mi zupełnie obca, to jednak przez całe 90 minut siedziałam niemal na brzegu fotela, w napięciu śledząc każdą minutę dramatu. A spektakl, okazał się także zaskakująco zabawny. Duża w tym zasługa Rebeccy Humphries - byla tak naturalna w swojej niewiedzy i naiwnym pragnieniu jak najlepszego spełniania obowiązków asystentki, że stanowiła doskonałe tło dla rozterek Dziekana.

praca asystentki wcale nie jest tak łatwa, jak się wydaje

Na sztukę trafiłam przypadkiem - szukałam czegoś taniego na wieczór, a dzienne bilety na stojące miejsca w Donmarze, spełniały te warunki. Oczywiście, jak to w Donmarze często bywa, tuż przed spektaklem, obsługa teatru rozsadzała stojących na niezajętych miejscach. I tym samym wylądowałam w 2 rzędzie, tuż przy jednej z bocznych ramp, którymi spacerowali aktorzy. Wygodne miejsce i idealny widok na wydarzenia na pewno pomógł w odbiorze spektaklu, ale wydaje mi się, że nawet stojąc półtorej godziny, wyszłabym zadowolona. To była po prostu bardzo dobra sztuka. Sama łapię się na tym, iż zaskakująco mocno polubiłam przedstawienia komentujące niedawne wydarzenia. Takie, w których teatr staje się poniekąd uczestnikiem dialogu społecznego. A "Temple" zrobiło wrażenie nie tylko na mnie i zebrało bardzo dobre, nawet 5-cio gwiazdkowe recenzje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz