czwartek, 17 listopada 2016

The Entertainer - kilka uwag po seansie

Na "Złodzieju" byłyśmy dokładnie tydzień temu w Londynie, recenzja spektaklu pojawiła się na blogu zaledwie wczoraj, dlatego dzisiejsza notka to raczej zbiór uwag Ani1 po seansie.


Przyznam uczciwie, szłam do kina z nadzieją, że to, co nie zachwyciło na żywo, spodoba mi się na dużym ekranie - z polskimi napisami, w wygodnym fotelu (te w Garricku trudno nazwać komfortowymi), na spokojnie. Niestety - nic z tego. Przy czym, o ile wyjątkowo podobał mi się sposób realizacji transmisji, o tyle uwypuklił on także wszystkie mankamenty przedstawienia.

Ale od początku.
Przede wszystkim o tym, co wzbudzało największe emocje w czasie poprzednich pokazów Kenneth Branagh Theatre Company ("Zimowej opowieści" i "Romea i Julii") czyli o napisach. Z przyjemnością muszę powiedzieć, że tym razem tłumaczenie, poza maleńkimi potknięciami było bez zarzutu. Z prawidłową ortografią, gramatyką, interpunkcją, odpowiadające temu co się działo na ekranie, dokładnie takie właśnie, jakie zawsze powinno być. Nic nie zgrzytało, nic nie denerwowało i z łatwością można było zrozumieć potoki wymowy bohaterów.

Ponownie reżyserem pokazu kinowego był Beniamin Caron. To zapewne on zadecydował, by całość była filmowana ze statycznej kamery. Nie było podążania za postacią, nie było wielkich zbliżeń pokazujących najdrobniejsze drgnienie powieki. Tylko na czas występów Archiego obraz lekko się przybliżał, wciąż jednak zachowując w miarę pełen plan. Z początku mogły lekko irytować drobne, kilkucentymetrowe drgnięcia i przesunięcia, później jednak stały się niemal niezauważalne. Muszę przyznać, że mając w pamięci stare, archiwalne nagrania RSC, filmowane właśnie z kamery zawieszonej na balkonie, byłam pełna obaw o efekt, ale ten okazał się moim zdaniem rewelacyjny. Po raz pierwszy oglądając seans w kinie poczułam się dokładnie tak, jak czasem siedząc na bardzo dobrych miejscach na teatralnej widowni. Reżyser w żaden sposób nie narzucał swojego zdania, nie wskazywał postaci, na której należy skupić uwagę, widz miał pełną dowolność wyboru bohatera, którego chce w danej chwili obserwować, dokładnie jak w teatrze.
 
Szkoda, iż więcej przedstawień nie jest realizowanych w podobny sposób - czasem zmuszeni do podążania za kamerą tracimy różne ciekawe niuanse na drugim i trzecim planie. Dziś na przykład, zamiast głównej gwiazdy, z radością obserwowałam tancerki rewiowe, perfekcyjnie zmieniające dekoracje.


Bo niestety muszę przyznać, że może sztuka nie zniechęciłaby mnie tak bardzo, gdyby nie... sam Kenneth Branagh. Jego Archie zagrany został z męczącą manierą, chwilami przeszarżowany, nieustannie krzyczący, nawet w momentach, które wymagały cichszego tonu. Dopóki nie było go na scenie, nawet z przyjemnością obserwowałam rozwijający się dramat rodzinny. Z chwilą jednak gdy się pojawiał, dominował wszystkich, wprowadzając zbędny chaos i hałas, sprawiając, że ciężko było skupić się na czymkolwiek. I widać nie tylko mi to przeszkadzało - po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, gdzie sporo osób stopniowo zaczęło wychodzić z seansu, nie czekając nawet do antraktu. Tak, zdaję sobie sprawę, że takie odtwarzanie roli może i spełniało założenia reżysera, jednak moim zdaniem coś nie do końca wyszło. Zabrakło chemii i chyba jednak charyzmy. A to, co irytowało siedząc w teatrze, stało się niemal nie do zniesienia z tradycyjnie rewelacyjnym dźwiękiem kinowym.

Jednak, jak już pisałyśmy w recenzji, przedstawienie spodobało się sporej ilości osób. Wielcy fani sir Kena, zapewne wyszli z seansu zadowoleni. 
Jeśli chcecie się przekonać, czy zgadzacie się z naszą opinią, możecie to jeszcze zrobić 12 stycznia. W końcu nie wiadomo, czy po intensywnym roku sztuk w Garricku, Kenneth Branagh tak szybko wróci na scenę...

1 komentarz:

  1. Ja wciąż żałuję, że nie transmitowali Harlequinade, było rewelacyjna. Oraz Red Velvet, którego nie widziałam i ogromnie żałuję...

    OdpowiedzUsuń