piątek, 16 maja 2014

Birdland - recenzja

O "Birdland" pisałyśmy tu.
Paul piosenkarz, gwiazda rocka od dłuższego czasu jest w trasie. Ta właśnie dobiega końca i powoli trzeba zacząć myśleć o powrocie do szarej rzeczywistości. A na to nasz bohater nie ma za bardzo ochoty.

Wszystkie zdjęcia ze strony teatru

Paul nie jest miły, wręcz przeciwnie. Przyzwyczajony do uwielbienia tłumów zachowuje się jak rozkapryszone dziecko. Jest samolubny i traktuje innych jak zabawki. Robi, co chce, nie zważając na konsekwencje, a kiedy musi się z nimi zmierzyć, jest zdziwiony reakcjami otoczenia i brakiem zrozumienia.
Nie jestem psychiatrą, ten zapewne miałby do powiedzenia na temat Paula kilka(naście) rzeczy.
"Birdland" nie jest wybitną sztuką, ale jest sztuką dobrą. Chwilami porusza, chwilami bawi, lecz nie zostaje na dłużej w pamięci. Za to na pewno na dłużej zostanie ze mną Andrew Scott.
Nie jestem jego fanką. Owszem doceniam jak dobrze zagrał postać Moriartiego w "Sherlocku" BBC, ale nic więcej. I naprawdę nie spodziewałam się, że taka z niego "bestia" sceniczna. 
Zmiany intonacji i tembru głosu, miny, minki i uśmieszki czy sposób poruszania się to wszystko sprawia, że Andrew jako Paul jest wspaniały.  Na mnie największe wrażenie zrobił jego kontakt i panowanie nad publicznością. Nie wiem czy to ogromna charyzma tego zaskakująco drobnego aktora (mimo, że internet twierdzi co innego, na stage door zdawało się, że jest niższy ode mnie!). Czy pomógł mu fakt, że teatr Royal Court nie jest specjalnie duży.
Mam takie skrzywienie, że zwracam uwagę na publiczność. Stosunek fanów teatru do fanów aktora wśród widzów. Tutaj publiczność była pomieszana. Było dwadzieścia, może trzydzieści fanek, ale reszta sprawiała wrażenie, że przyszła na sztukę  nie na Andrew.
Nie chcę brzmieć jak snobka, sama fangirluję mnóstwo osób i 80% sztuk wybieram "dla obsady", ale uważam (może mylne), że fandom bywa mniej obiektywny i jednak więcej wybacza. A jeśli "zwykli" widzowie wychodzą ze spektaklu równie zachwyceni jak fani to jest dobrze. Gorzej, jeśli w wychodzącym tłumie podekscytowanie fandomu miesza się z krytyką widzów "normalnych". Z podsłuchanych rozmów wynikało, że "Birdland" podobało się wszystkim. 


Obsada jest nieliczna. Poza Scottem zaledwie pięć osób:
  • Daniel Cerqueira - David/Louis/Marc/Martin/Alistair
  • Nikki Amuka-Bird - Jenny / DC Evans
  • Yolanda Kettle - Marnie/Lucy/Sophie/Nicola
  • Charlotte Randle - Annalisa/Madeline/Luc/Claudie/DC Richer
  • Alex Price - Johnny
Z których nikt specjalnie nie zapadł mi w pamięć. Polubiłam Alexa Pricea, był uroczy jako Johnny, ale może to sympatia dla postaci. Przyjaciel/ dźwiękowiec Paula nie miał łatwego życia.  A także Jenny, kelnerkę, która nie pozwoliła Paulowi wejść sobie na głowę.


W zależności od potrzeb scena była sceną, pokojem hotelowym, salonem w Paryżu czy klubem. Scenografia jest prosta, rekwizytów niewiele. Dużą rolę odgrywały światło i muzyka. A także ruchoma konstrukcja, na którą  wspinali się aktorzy. Reżyserka spektaklu, Carrie Cracknell zastosowała zabieg trochę podobny do "Coriolana" na scenie wystawiono krzesła, na których siadali aktorzy nie uczestniczący w danej scenie.


Nie do końca rozumiem co miała oznaczać woda, która pod koniec sztuki zalała scenę, ale był to ciekawy zabieg.
Kostiumy bardzo zwyczajne, współczesne, w przypadku Andrew chwilami marzenie każdej fangirl.


W przeciwieństwie do swoich postaci Andrew Scott jest przeuroczy i bardzo sympatyczny.
Moja wyprawa na "Birdland" była trochę przypadkowa - wcześniejsze zdjęcie z afisza "Full Monty" sprawiło, że miałam wolny wieczór. A trochę misją specjalną - więcej o tym 21 maja ;)
W każdym razie, po sztuce, ściskając w jednej ręce program, a w drugiej pisaczek znalazłam się przed teatrem czekając na Andrew. Tłumek współczekających był stosunkowo niewielki i bardzo spokojny. Przeważały nastoletnie dziewczyny, w kilku przypadkach wczesno-nastoletnie i troszkę śmieszyła mnie lekka panika i zagubienie w spojrzeniach towarzyszących im rodziców. Wieczór był dość chłodny więc wszyscy kuliliśmy się z zimna i wydawało się, że czekamy bardzo długo. W rzeczywistości około piętnastu minut - jestem pełna podziwu, biorąc pod uwagę, że Scott schodził ze sceny zupełnie mokry.

W Royal Court Theatre stage door jest tuż obok wejścia do teatru, wciśnięty między ścianę teatru a ścianę metra. Nie ma barierek i aktor "wchodzi w tłum". Andrew miał ze sobą jednego ochroniarza, który stał tuż obok i "nie przeszkadzał". Panowanie nad tłumem, o którym wspominałam wcześniej przeniosło się też na stage door. Owszem wszyscy chcieli być jak najbliżej i jak najszybciej dostać upragniony podpis czy zrobić sobie zdjęcie, ale wszystko przebiegało spokojnie i sprawnie. Andrew nie poganiał, podpisywał, rozmawiał z fanami robił sobie zdjęcia, żartował i uroczo się uśmiechał. Było zimno więc nie czekałam do końca. Ale słyszałam, że Scott zawsze podpisuje do ostatniej osoby. Powiedziałam co chciałam, dostałam swój podpis i uśmiech, i uciekłam do metra.
Sztuka wystawiana jest do 31 maja. Bilety, w ograniczonej ilości, są nadal dostępne.