piątek, 17 lipca 2015

Everyman - recenzja po seansie (live)

"Everyman" to XV-wieczny moralitet przeniesiony do XXI-wiecznego Londynu. Słynna opowieść nieznanego autora, o spotkaniu z Bogiem i próbie odkupienia win, z uwspółcześnionym tekstem Carol Ann Duffy, króluje w National Theatre tego lata. Jest to też jednocześnie pierwsza sztuka wyreżyserowana przez Rufusa Norrisa jako dyrektora artystycznego NT.

źródło
Tytułowy Każdy (Chiwetel Ejiofor) to hedonista, żyjący tak, jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Poznajemy go na urodzinowej imprezie (kończy 40 lat), wśród grupy podobnych jemu przyjaciół. Alkohol leje się tam strumieniami, narkotyki, przypadkowy seks - pełen zestaw. Bóg patrzy na niego i załamuje sie stanem ludzkości. Wzywa Śmierć by przyprowadził Każdego przed swoisty sąd, by ten przemówił w swojej sprawie, znalazł ludzi, którzy go poprą, którzy udowodnią, iż jest dobrym człowiekiem. Sztuka to droga Każdego w poszukiwaniu poparcia, a także jego droga w głąb siebie, próba zrozumienia kim się stał. Uważa, że na niego jest za wcześnie, że tak w zasadzie jeszcze nie żył i chce drugiej szansy. 100 minut, bez interwału, a my widzowie coraz lepiej poznajemy głównego bohatera, powoli zaczynamy rozumieć jego strach i rozpacz.

Spotkania ze Śmiercią nigdy nie należą do łatwych (nawet u Pratchetta) - wszystkie zdjęcia ze strony NT
Grze aktorów nie można nic zarzucić - każda z postaci, nawet w niewielkiej roli, jest na swój sposób znacząca, odciska swoje piętno na przedstawieniu. Całość dla mnie jednak ukradły dwie osoby - wcale nie Chiwetel (który był bardzo dobry), ale Kate Duchene w roli Boga-sprzątaczki i Dermot Crowley jako złowroga (ale jakby od niechcenia) Śmierć. Bóg jest pierwszą osobą, która pojawia się na scenie, Dermot wygłasza końcowe pytanie - pomiędzy nimi toczy się także gra o Każdego. Niby ze sobą współpracują, ale jednocześnie rywalizują. Niezwykłość postaci jest podkreślona za pomocą bardzo prostych środków: kiedy Bóg przemawia, nawet w fartuchu, gumowych rękawicach i z mopem, słychać pogłos - jej głos sprawia wrażenie, jakby odbijał się w wielkiej pustce. Śmierć chodzi z reklamówką zamiast kosy, w niej ma kombinezon chirurgiczny i lateksowe rękawiczki. On nie chce się pobrudzić, ale to Bóg i tak będzie musiała na końcu posprzątać.

Bóg jako ten (ta?), która i tak na końcu musi posprzątać
Spektakl jest zrealizowany z wielkim rozmachem. Projekcje na olbrzymim ekranie z tyłu sceny widowiskowo uzupełniają słowa wypowiadane przez aktorów. Wysypisko śmieci, gdzie Każdy spotyka żebraczkę Wiedzę, tworzą kolorowe sterty worków, to przemieszczające się w dziwnym tańcu, to zamierające bez ruchu. Złote Bożki Dóbr Materialnych, mówią jednym głosem, lub uzupełniają się nawzajem, wijąc się wśród manekinów niemal tak błyszczących jak ich kostiumy. Ogromna scena Olivier Theatre chwilami wydaje się za mała by pomieścić wszystkie postaci i elementy scenografii.

Ale największe wrażenie wywarła na mnie muzyka Williama Lyonsa i choreografia Javiera De Frutos. Od mocnych bitów, przez domowej robot rap, soulowe kawałki, po łacińskie hymny i pieśń odkupienia - dźwięki nadawały rytm całości, uzupełniały niezwykłe układy taneczne. Każdy gest i ruch miał swoje miejsce i swoje znaczenie, choreografia tworzyła klimat całości.

A jednak na pytanie czy sztuka mi się podobała, nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie. Duży problem sprawiła mi sama treść przedstawienia - mam wrażenie że Carol Ann Duffy starała się chwilami uwspółcześniać oryginalny tekst na siłę. I wpadła przez to w pułapkę wielu innych pisarzy piszących współczesne wersje - nie zawsze dodanie dużych ilości dosadnego f***  sprawia, że język brzmi bardziej nowocześnie. Tekst się rwie, czasami jakby gubił wątek i znaczenie, nie mógł się zdecydować co nam widzom chce przekazać. Po mocnym, rewelacyjnym początku (trochę w stylu Johna, który tak mnie zachwycił zimą), nastąpił przydługi, chwilami nudny (choć z przebłyskami) środek, aż do kulminacyjnej sceny. Ale właśnie za tę kulminacyjną scenę, za ostatnią pieśń Każdego i Zmysłów, za ostatnie słowa Boga, za zrozumienie dlaczego bohater pojawił się na scenie tak a nie inaczej, a zwłaszcza za pożegnanie ze Śmiercią, jestem w stanie "Everymanowi" wiele wybaczyć. 

choreografia i muzyka to największe zalety tego spektaklu

Spektakl mogliśmy oglądać po raz pierwszy prawdziwie na żywo - w tym samym czasie co publiczność w Londynie, ale z (czasem pomocnymi, czasem przeszkadzającymi) napisami angielskimi. Jednak całość zaczęła się zdecydowanie za wcześnie - pierwsze 15 minut spędziliśmy w ciemnym kinie oglądając w kółko te same plakaty filmowe i zdjęcia z prób, słuchając odgłosów publiczności zajmującej miejca w National Theatre. Ostatnie minuty przed spektaklem widzieliśmy kilka zwiastunów* a potem wysłuchaliśmy specjalnego zaproszenia na spektakl i mogliśmy obejrzeć Rufusa Norrisa wraz z Javierem De Fructos przy pracy (materiał był przygotowany wcześniej i także zawierał angielskie napisy). Sygnał do Multikina dotarł bez problemu, po drobnym zamieszaniu z dźwiękiem wszystko działało płynnie i sprawnie... i muszę przyznać, że najchętniej od teraz wszystkie spektakle na ekranie oglądałabym w taki sposób. Jest jednak coś fascynującego w świadomości, że oglądam to samo przedstawienie w tym samym czasie co publiczność w teatrze w sercu Londynu.

"Everyman" będzie ponownie wyświetlany w naszych kinach 15 września - tym razem w wersji z polskimi napisami. Wybierzcie się, zachęcam, choćby po to by podyskutować o odbiorze sztuki. Recenzenci niemal jednogłośnie przyznali 4 gwiazdki, opinie publiczności były znacznie bardziej podzielone - od pełnego zachwytu po całkowite zniechęcenie i niezrozumienie. To jest po prostu spektakl, na temat którego każdy musi wyrobić sobie własne zdanie. A jeśli spędzacie wakacje w Londynie to możecie go zobaczyć na żywo do 30 sierpnia - na stronie National Theatre nadal są dostępne bilety.

* ze wszystkich zwiastunów i zapowiedzi najbardziej czekamy na "Beaux Stratagem" - od londyńskich znajomych słyszałyśmy same zachwyty nad tą produkcją.

3 komentarze:

  1. Z tak zwanych przemyśleń powiązanych:

    - Primo, z aktualizacją, uniwersalnością i innymi "hop siup, zmieniamy epokę" zawsze mam problem. Bo trzeba znaleźć ten trudno uchwytny punkt równowagi. I dlatego zastanawia się, czy nie poszli z lekka na łatwiznę, wybierając jako Everymana typ, który dość łatwo ustawić pod ściną (hedonizm szaleje, egocentryzm kwitnie i owocuje, ana skórkowe relacje pełzają w tle). Z drugiej strony, dziś każdy jest konsumpcjonistą, nawet jak dorabia na śmieciówce i nie ma rolexa - bo wszak wszyscy tylko głównie konsumujemy, jedni jachty, drudzy książki, trzeci podróże na Islandię itd. Kultura też jest dziś konsumowana i rady ni ma. I Everyman jest tylko zhiperbolizowany w swojej konsumpcji (tym niemniej, nadal uważam, że to łatwizna, pokazać konsumpcję tylko jako kokę z roleksem). Z trzeciej strony, to był wszak retelling moralitetu średniowiecznego i taki typowy grzesznik jak najbardziej pasuje, zwłaszcza że w sumie w średniowieczu też konsumpcja szalała, tylko wzory się zmieniły (wtedy była powszechna wiara w życie po życiu, to zamiast brać kredyt we frankach naród inwestował w klepanie litanii, żeby po zgonie mieć lepsze lokum).
    - Secundo, może łatwiej bym łyknęła te pierwotne założenia w konstrukcji postaci, gdyby nie sztampowość sceny z rodzicami: ja tu tańczyłem na balangach, a tu nagle ojciec z otępieniem, a matka z koncentratorem tlenu. Jedynie siostra ratowała sytuację, bo trochę życia było w tym jej odszczekiwaniu.
    - Tertio, przyjaciele Everymana ciekawiej wyszli. Bo, raz, że scena początkowa balangi była świetnie rozegrana (bardzo podziwiam sceny zbiorowe, w z jednej strony wszystko - ruch, muzyka, śpiew - składa się niczym szwajcarski scyzoryk; a której, z drugiej strony, są pokazane tak lekko i zgrabnie, że całość wygląda na full spontan, a nie na pokaz pruskiego wojska). I ładnie się to złożyło ze sceną przedśmiertną, gdzie na przyjaciół nałożyły się poszczególny zmysły i inne dary Boże.
    - Quarto, z kolejnej strony, może to i dziwne, ale człowiek w tym XXI tak oczekuje jakiejś metafory, podtekstu czy nawet przewrotki fabularnej, że łatwiej mu się czuć w scenę "Śmierć przychodzi i zabiera ci buta", niż w "o rodziców nie dbałem, a teraz mi żal".
    - Quinto, trzeba przyznać, że w zakończeniu sobie poradzili, bo te dwa porządki się pogodziły, moralitet średniowieczny nałożył się na bohatera XXIwiecznego i ze słowami "mam duszę" bohater umarł. Co było odkrywcze, bo odcina te w sumie sentymentalne wstawki o miłosierdziu Bożym, przepraszaniu i przebaczeniu, w które ustroiło się chrześcijaństwo na przestrzeni wieków, a zostaje tylko... no właśnie, co zostaje.... dusza ludzka i but od Śmierci w ręku? Niech będzie, że zostaje to, co najważniejsze.
    - Sexto, natomiast z lekka dziwnie mi wyglądał nagromadzenie w tekście tych wstawek jakby proekologicznych. Tyle razy mówiono, że piękne oceany, delfiny, ptaszki w deszczu itd. - jakby reszta się nie liczyła. Wiem, to też częściowo spadek z moralitetu, ale jednak teraz to brzmi jak ideologia domorosłych ekologów, co uważają, że delfiny to takie słodki zwierzaczki, a ludzie tacy źli. Mogliby by dopisać, bo ja wiem..., nie tylko wróbelki w deszczu, ale i jazdę metrem (może być i w deszczu). Bo niby czemu jedna ma by lepsze do drugiego, to i to cud Boży. Choć przyznam bez bicia - może dopisali, ale umknęło mi w ferworze wrażeń.
    - Septo, Bóg i Śmierć wypadali najciekawiej. I, rzeczywiście, w pewnym momencie relacje pomiędzy nimi się pozmieniały, co się ciekawie złożyło.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie się nie podobało. Z przebłyskami, że tak, ale raczej nie. Myślę, że to wina adaptacji, bo na pewno nie gry aktorskiej, ani wystawienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo możliwe. Nam też średnio się podobało

      Usuń