poniedziałek, 9 listopada 2015

Seven Brides for Seven Brothers - recenzja

Bezdyskusyjnie najlepszy spektakl lipcowego wyjazdu. Anglojęzyczni recenzenci używają czasem terminu "absolute delight" i dokładnie tym, radością absolutną, było oglądanie przedstawienia.

wszystkie zdjęcia ze strony Open Air Theatre


Podstawą spektaklu jest film o tym samym tytule z 1954 roku, zaś inspiracją do filmu była legenda o porwaniu sabinek.
Dziki zachód, siedmiu braci mieszka w chacie w głuszy. I byliby całkiem zadowoleni ze swojego życia i otaczającego ich spokoju, gdyby nie przerastały ich obowiązki domowe. Wobec wyzwania jakie stanowią: pranie, sprzątanie czy gotowanie dla siedmiu mężczyzn, najstarszy z nich (Adam) postanawia się poświęcić i ożenić. Wyprawia się więc do miasteczka żeby znaleźć żonę. No i znajduje - kelnerkę Millie. Do jej wielu zalet należy to, że dobrze gotuje i potrafi ustawić do pionu natrętnych klientów. Szybko też ustawia swoich szwagrów i sprawnie grupę zarośniętych dzikusów przemienia w młodych dżentelmenów, ku ogromnej radości panien z miasteczka i mniejszemu zachwytowi lokalnych kawalerów. Kiedy cała rodzina zjawia się na festynie, ten kończy się ogromną bijatyką, a bracia Pontipee dostają zakaz wstępu do miasteczka. Skoro nie mogą spotykać się z ukochanymi oficjalnie postanawiają je porwać. Śmiały plan, sprawnie przeprowadzona akcja i mała pomoc przyrody (jest początek zimy w górach schodzi lawina) i oto wszyscy spędzają zimę w odciętej od świata chacie. Wiosną, kiedy na ratunek dziewczętom przybywa grupa zagniewanych rodzin jest już za późno - porywacze i ofiary są już zakochani, pogodzeni, pozaręczani. Następuje ogólny happy end, sześć ślubów i jedne chrzciny.



Historia, jak sami widzicie, niezbyt wyrafinowana, bardzo stereotypowa, ale to w niczym nie pomniejszało przyjemności z oglądania. Świetne głosy i choreografie, łatwe i przyjemne melodie, szybko wpadające w ucho (na stronie teatru dostępna jest płyta cd). W rolach głównych wystąpili: Laura Pitt-Pulford i Alex Gaumond i byli naprawdę bardzo dobrzy. Trudno mi wskazać kogoś, kto wyróżniał się szczególnie, wszyscy byli znakomici. Scena tańca z siekierami na żywo robiła ogromne wrażenie i budziła skojarzenia z tak przeze mnie lubianym M. Bournem.


Wizualnie spektakl jest bardzo tradycyjny. Kostiumy - kolorowe suknie, kraciaste koszule, jak wyjęte z klasycznego westernu. Scenografia tym razem dość bogata. Jeżeli sceny działy się w chacie braci byliśmy w chacie, jeżeli w miasteczku - natychmiast wyrastała karczma, sklepy czy domy. No i dodatkowy bohater spektaklu - teatr.
Open Air Theatre jest po prostu przepiękny. Umieszczony w spokojnym zakątku Regent's Park, z drzewami stanowiącymi kolejny element scenografii, dodatkową dekorację. Dodawał całości jakiejś lekko magicznej aury.


Cały spektakl miał niesamowitą, pozytywną atmosferę i bardzo angażował widzów. To drugi raz (po "Made in Dagenham"), kiedy spotkałam się z buczeniem publiczności na postać!
Przedstawienie spodobało się także krytykom. Recenzje były bardzo pozytywne, głównie czterogwiazdkowe. 
Od kilku lat na Digital Theare można oglądać inny musical z Open Air - "Into the Woods". Liczę, że "Seven Brides"  także trafi na platformę, z przyjemnością obejrzałabym spektakl jeszcze raz. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz