"Niebezpieczne Związki" widziałyśmy już na żywo, w styczniu tego roku w Londynie, w teatrze Donmar Warehouse (nasza recenzja ze spektaklu). Wczoraj udałyśmy się na retransmisję do Multikina, by zobaczyć jak tym razem wypadło przeniesienie sceny na ekran. Ta notka nie jest pełną recenzją, raczej zbiorem naszych ogólnych wrażeń po seansie.
![]() |
źródło |
Najpierw może zachwyty, a tych jest całkiem sporo.
Niewątpliwie
tym, co odróżnia transmisje od oglądania spektaklu w teatrze, są
wspaniałe zbliżenia na mimikę aktorów. Zwłaszcza w takiej sztuce jak
"Niebezpieczne Związki", sprawdziło się to doskonale. Wielki ekran kinowy
pomógł w pełni oddać sprawiedliwość niezwykle ekspresyjnej grze twarzą,
zwłaszcza Janet McTeer. W jednej chwili płonęła wściekłością, by
dosłownie sekundy później całkowicie usunąć wszystkie emocje i
uśmiechnąć się czarująco.
Na zbliżeniach zyskał także Dominic West - po obejrzeniu transmisji jesteśmy gotowe zmienić zdanie o jego występie - już nie odstawał tak bardzo od pań. A jego Valmont (poza jednym wyjątkiem, o którym niżej) był uroczym, beztroskim, czasem bezwzględnym bawidamkiem, pod tą pozą skrywającym głębokie uczucia. I to u niego najpełniej było widać zmianę w drugim akcie. Coraz częściej bez peruki, bez strojnych ubrań, tak, jakby odrzucał pozory i starał się, bez sukcesu, odnaleźć prawdziwego siebie, nie sztuczny twór jakim był wicehrabia.
Na zbliżeniach zyskał także Dominic West - po obejrzeniu transmisji jesteśmy gotowe zmienić zdanie o jego występie - już nie odstawał tak bardzo od pań. A jego Valmont (poza jednym wyjątkiem, o którym niżej) był uroczym, beztroskim, czasem bezwzględnym bawidamkiem, pod tą pozą skrywającym głębokie uczucia. I to u niego najpełniej było widać zmianę w drugim akcie. Coraz częściej bez peruki, bez strojnych ubrań, tak, jakby odrzucał pozory i starał się, bez sukcesu, odnaleźć prawdziwego siebie, nie sztuczny twór jakim był wicehrabia.
![]() |
zdjęcia ze strony NT live |
Świetnie
przygotowano materiał wprowadzający - troszkę historii, troszkę
przemyśleń obsady i twórców, troszkę podpowiedzi interpretacyjnych.
Rzucał nowe światło na niektóre aspekty adaptacji, pomagał lepiej
zrozumieć tekst, a wszystko podano lekko i interesująco (kto by
przypuszczał, że Choderlos de Laclos napisał swoją powieść epistolarną,
bo służył w wojsku i... się nudził). Ale wszystko pobiły wywiady w
antrakcie. Naprawdę, była to chyba najlepsza rozmowa, jaką widziałyśmy
podczas transmisji. Publiczność w kinie śmiała się tak samo głośno, jak
ta zgromadzona w teatrze, gdy i Josie Rourke i Christopher Hampton
odnosili się do własnych doświadczeń intymnych, przy próbie zmierzenia
się z adaptacją. Dzięki tym
materiałom i wywiadowi ze scenografem, Tomem Scuttem, nareszcie
zrozumiałyśmy też znaczenie tajemniczej folii, która od czasu obejrzenia spektaklu
nie dawała nam spokoju. Pokrywała ona obrazy, sprzęty, drzwi, a nawet
śpiącą Cecile. Otóż projektując scenografię przeglądano zdjęcia z
renowacji Wersalu. Właśnie taki klimat chciano oddać: zmian już się
dziejących, ale jeszcze nie dostrzegalnych, odchodzenia jednej epoki i
nadejścia drugiej. Twórcom zależało bardziej na pokazaniu ducha tamtych czasów, niż na wiernym odwzorowaniu salonów arystokracji.
Niestety musimy też zwrócić uwagę na jeden znaczący minus transmisji. Była nim praca kamery, zwłaszcza w czasie zmian dekoracji.
W teatrze był to pięknie zaaranżowany, niezwykły taniec obsady,
podkreślający wagę relacji pomiędzy niektórymi bohaterami, płynnie
przekształcający jedno pomieszczenie w drugie. Bohaterowie wirowali,
świece rzucały blask, śpiew i muzyka dodawały wszystkiemu wrażenia
lekkiej nierealności. Wystarczyłby wtedy statyczny obraz z jednego
punktu, pokazujący całą scenę. Niestety kamera była w ciągłym ruchu,
przejeżdżała z jednego końca sceny na drugi. Ten ruch nie pozwalał
dostrzec całości, powodował, że znikała przemyślana choreografia,
zostawał tylko chaos i poczucie zamieszania.
Wspomniałyśmy
wcześniej o Valmoncie. Nadal uważamy, że zgwałcił Cecile.
Uderzyło nas to już bardzo nieprzyjemnie w teatrze, w czasie seansu
stało się bardziej niż oczywiste. W jego działaniu nie można znaleźć nawet sugestii nieporadnego
uwodzenia - był zmanipulowany na zimno gwałt na niewinnej dziewczynie. I
wszystko pięknie, to też pokazywałoby bezwzględność
wicehrabiego, gdyby nie całkowicie nie pasująca do całości reakcja
Cecile na drugi dzień, o czym także pisałyśmy w recenzji. Taki mały zgrzyt
interpretacyjny, w świetnie przemyślanym, zrealizowanym i zagranym
spektaklu.
I jeszcze jedna uwaga, na sam koniec - jakim cudownym uczuciem było czytanie rewelacyjnie przygotowanych napisów! Nie tylko samego spektaklu, ale też wszystkich materiałów dodatkowych i wywiadów. Wierzymy z całego serca, że wpadki jak z "Zimową Opowieścią" już się nie powtórzą.