sobota, 19 września 2015

The Trial - recenzja

W połowie lipca pisałyśmy koktajl o letnich, premierowych sztukach i o tym, jak oceniają je krytycy. Zaniepokoiło mnie wtedy dość chłodne przyjęcie produkcji Young Vic Thearte "The Trial", z Rorym Kinearem.
Niestety, po obejrzeniu przedstawienia muszę się zgodzić z krytykami. Na scenie działo się dużo i szybko. Za dużo i za szybko. W całym tym rozbuchaniu zupełnie nikła historia Józefa K. Nie budziła żadnych emocji, widz, przynajmniej ja, obojętniał na losy bohatera. A chyba nie o to chodziło?

źrodło
Paradoksalnie, to właśnie odwracająca uwagę widza scenografia, była moim zdaniem najsilniejszą częścią przedstawienia. Sala teatru została nieco przebudowana, zmiany nadały widowni kształt budzący skojarzenia z ławą przysięgłych. Miałam wrażenie, może mylne, jakby było mniej miejsc. Początkowo scena przykryta jest płytą z wyciętą pośrodku ogromną dziurką od klucza, wraz z początkiem przedstawienia płyta unosi się by na jego końcu opaść. Zmienia to trochę rolę publiczności - z widzów w sąsiadów-podglądaczy.

żródło
Sama scena poruszała się. Nie wirowała jak przy "Tramwaju", tylko przesuwała się jak taśma produkcyjna. Zmiany mebli wskazywały, że oto akcja dzieje się w innym miejscu: mieszkanie K., bank, sala przesłuchania, dom prawniczki. Tak, w tej inscenizacji Huld był kobietą (Mrs. Grace), zmiana ta nie wniosła specjalnie dużo do dynamiki, czy odbioru spektaklu, ale miło było znów zobaczyć Sian Thomas na scenie. 

źródło
Trochę mi żal aktorów. Starli się jak mogli, ale świetne kreacje aktorskie (Rory, niesamowita, grająca kilka postaci Kate O'Flynn) nie ratowały tej adaptacji. Przy dość chaotycznej wizji reżyserskiej sama gra to było niestety za mało. 

Ponieważ akcja na scenie nie była zbyt pochłaniająca, obserwowałam trochę innych widzów. Wyszły tylko (aż?) trzy osoby, reszta siedziała  i czekała na koniec, z mam wrażenie z podobnymi odczuciami jak moje: mieszaniną zaskoczenia, niedowierzania, sympatii dla aktorów i odrobiną ciekawości.

2 komentarze:

  1. Chryste Panie, jak ja się na tym wynudziłam. Miałam naprawdę duże problemy z utrzymywaniem koncentracji (ok, jedno zwróciło moją uwagę - włochate plecki Kinneara - i ożywiłam się na chwilę, gdy z głośników ryknęła "Felicita"). W dodatku było to dla mnie traumatyczne doświadczenie, bo ludzie rzeczywiście posnęli. Facet obok mnie chrapał na cały regulator. Zgaduję, że nie jest fajnie być aktorem i słyszeć, jak publiczność tnie komara na naszym przedstawieniu...
    Widziałam parę adaptacji "Procesu" i wszystkie były w najlepszym wypadku średnie, więc może po prostu tę historię trudno przenieść na scenę, nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie, dla nas, był to pierwszy "Proces" na scenie. Ale może masz rację, może to kwestia materiału wyjściowego.
      I tylko aktorów żal :)

      Usuń