piątek, 17 kwietnia 2015

The Tempest - recenzja po seansie

"Burza" to jedna z ostatnich sztuk Szekspira. Za życia Barda nie zyskała uznania, obecnie znawcy uważają ją za jedno z jego największych dzieł. Z informacji encyklopedycznych dodajmy jeszcze, że tylko w "Burzy" Szekspir zachował zasadę trzech jedności: czasu, miejsca i akcji.

wszystkie zdjęcia stąd

Podczas dzisiejszego seansu mogliśmy oglądać interpretację z 2013 roku, której reżyserem był Jeremy Herrin. Zgromadził on świetną obsadę i zrealizował spektakl pełen zaskakujących rozwiązań, a jednak bardzo wierny oryginałowi.
Dla nas chyba własnie aktorzy byli najjaśniejszym punktem przedstawienia - to co czasami zgrzytało nam w "Makbecie" tu jednogłośnie zachwycało. Roger Allam grał Prospero - kiedy trzeba majestatycznego, czasem zagubionego. Pałającego rządzą zemsty i wybaczający z całego serca. Nietrudno było uwierzyć w jego moc nad siłami natury i w tajemną wiedzę płynącą z ksiąg. Jessie Buckley jako jego córka, Miranda, była słodka i niewinna a jednocześnie silna i zdecydowana walczyć o swoje. Joshua James stworzył bardzo przekonującego Ferdynanda - zadziornego a jednocześnie czułego.


Świetny był Peter Hamilton Dyer jako król Neapolu, Jason Baughan jako zdradliwy brat Prospera, Antonio czy Pip Donaghy jako wierny Gonzalo. Ale dla nas, tak naprawdę, spektakl ukradła czwórka aktorów.

Po pierwsze James Garnon jako Kaliban, syn wiedźmy Sycorax, poprzedniej pani na wyspie i niewolnik Prospera. Niepokojący w bardzo przekonującej charakteryzacji, szalony, groźny, a jednocześnie bardzo naiwny, łatwo dający się zwieść pozorom. James do samego końca trzymał się roli, nawet tradycyjny finałowy taniec i ukłony, to w jego wykonaniu nieporadne podskoki i nieustanna próba ucieczki i ukrycia się. Po drugie (i trzecie) Sam Cox i Trevor Fox - jako Stephano, kamerdyner króla nie stroniący od butelki i Trinkulo, błazen, jego wspólnik. Wiemy dobrze, że Szekspir potrafił pisać przejmujące dramaty i tragedie, ale czasem ludziom, nawet wiele wieków później, potrzeba po prostu prostej, rubasznej rozrywki, a tą ta dwójka zapewniała pierwszorzędną. I to działało, kino raz po raz wybuchało głośnym śmiechem, czasem nawet rozlegały się brawa, razem z tymi w teatrze.

jak to mawia stary dowcip: takich trzech jak tych dwóch to nie ma ani jednego - czyli Kaliban, Stephano i Trinkulo w akcji

Czwartym aktorem, tym który jednocześnie zrobił na nas największe wrażenie, był Colin Morgan. Eteryczny jak jego postać, duszek Ariel, zdawało się, że poruszał się po scenie niemal nie dotykając podłogi. To zwisał na rękach z portyku, to pojawiał się znienacka zza dekoracji, to wspinał się na słupy. Każdy jego gest, każde spojrzenie pokazywało nam, że to istota fantastyczna, tylko w niewielkim stopniu przypominająca człowieka. Kiedy nie uzyskał odpowiedzi od Prospera na pytanie "Czy mnie kochasz" zarówno w Globe Theatre jak i w Multikinie w Poznaniu niemal wszyscy westchnęli widząc jego smutną minę.
Po bardzo słabym "Mojo" (w którym Colin, i Ben Wishaw byli jedynymi jasnymi punktami) wiedziałyśmy, że pan Morgan potrafi grać na scenie, tu przekonałyśmy się jaki jest świetny.


Bardzo odpowiadała nam też wizualna strona sztuki: minimalistyczne scenografie czy kostiumy z epoki, dokładnie takie, jakie mogliby nosić aktorzy w czasach Szekspira.  
Ważną częścią spektaklu była rewelacyjna muzyka Stephena Warbecka: radosna, wpadająca w ucho, czasem tajemnicza, podkreślająca atmosferę na scenie.  

"Burza" nie jest ulubioną sztuką żadnej z nas i nie wypada krytykować Barda, ale są w spektaklu miejsca nużące i przegadane. Mimo to, dzięki sprawnej pracy kamerzysty, z dynamicznymi zbliżeniami, pełnym planem, a czasem skupieniem na detalach i publiczności, mogliśmy my, widzowie kinowi poczuć się jak w teatrze. Ze wszystkich spektakli jakie widziałyśmy na dużym ekranie, ten należy do grupy najlepiej zrealizowanych.

Musimy przyznać, że teraz bardzo niecierpliwie czekamy na "Sen Nocy Letniej".

Na koniec mała uwaga - polskie napisy nie zawsze odpowiadały treści na ekranie - zwłaszcza końcówka wskazująca na płeć w czasownikach, czasem nie zgadzała się z płcią osoby wypowiadającej daną kwestię.

1 komentarz:

  1. "Do you love me, master? No?" to jest jeden z tych momentów, kiedy po prostu czuje się zmianę na widowni. Dla mnie to był niesamowity moment.

    OdpowiedzUsuń