piątek, 14 sierpnia 2015

A View from the Bridge - kilka uwag po seansie

"Widok z mostu" został już zrecenzowany na blogu: zarówno wersja z Young Vic jak i z Wyndham's Theatre, gdzie sztuka została przeniesiona (i gdzie została sfilmowana). Poniżej kilka uwag o spektaklu wyświetlanym w cyklu "Sztuka brytyjska na dużym ekranie"  , tym razem w dwugłosie: Ani1, mostowej nowicjuszki, dla której seans kinowy był pierwszym spotkaniem ze spektaklem i Ani2, która widziała sztukę na żywo, w Londynie, w obu teatrach.

wszystkie zdjęcia ze strony NT Live

Ania1:
Jaki to jest świetny spektakl! 
W pełni zasłużone pięciogwiazdkowe recenzje, zachwyty i deszcz nagród. Wszystko jest tam dopracowane w najdrobniejszym szczególe, każda pauza ma swoje znaczenie, powolny rytm wybijany na bębenku tylko potęguje wrażenie niepokoju. Skrajnie minimalistyczna scenografia, stonowane kostiumy, wszystko to pozwala w pełni skupić się na ludziach, ich dramatach i emocjach.

Ta sztuka to popis aktorski. Rewelacyjny jest Mark Strong jako doker Eddie, tak pewny swojej racji. Czasem, na ogrodzonej z 4 stron scenie, czuje się lew w klatce - ograniczony swoim zaślepieniem, niezdolny do ustąpienia choćby na krok. Przekonany, że jego troska o młodą wychowankę jest tylko czystym ojcowskim uczuciem. 


Ale dla mnie całość ukradły kobiety. Nicola Walker (znana choćby z "Dziwnego Przypadku Psa") jako żona Eddiego, Bea, ta która jako pierwsza zrozumiała co się dzieje i na swój sposób, zdroworozsądkowo, starała się walczyć z zauroczeniem męża. Praca kamery często skupiała się na jej twarzy, pozwalała zauważyć spojrzenia jakie rzucała w stronę Eddiego, jak nieustannie śledziła sytuację, gotowa do natychmiastowej reakcji w razie potrzeby. Lojalna, odważna i prosto deklarująca swoje uczucia.
Phoebe Fox jako młoda Catherine to teatralne objawienie podobne do Vanessy Kirby w "Tramwaju Zwanym Pożądaniem". Niewinna ale jednocześnie prowokująca, zagubiona w swoich pragnieniach i poczuciu lojalności. Kochająca Eddiego jak ojca, ale raz przyznała że "widzi i rozumie wszystko". Te wszystkie sceny, gdy rzucała mu się na szyję, siadała na kolanach, gdy gładził ją po twarzy, po nogach, balansujące na granicy czegoś zakazanego, robiły ogromne wrażenie. Niby nic gorszącego, a jednak niepokojące w swojej intensywności. Eddie nie potrafił się od niej uwolnić, pragnienie którego nie ośmielał się nazwać, do którego nawet przed sobą się nie przyznawał, niszczyło jego małżeństwo, a w końcu doprowadziło do dramatycznego finału. A mimo to w ostatniej scenie wyciągnął ręce ku Bei, nie ku Katie. Czyżby dopiero umierając zrozumiał, co tak naprawdę z nim się działo?


Niezwykle spodobał mi się zabieg z prawnikiem-narratorem i uczestnikiem wydarzeń jednocześnie. To co mogłoby zupełnie zepsuć spektakl, pokierowane pewną dłonią Ivo van Hove, zmieniło się w swoisty licznik odliczający do tragedii. Przed spektaklem obejrzeliśmy krótki dokument o powstawaniu produkcji. W nim Ivo mówił, że chciał by widzowie od początku mieli wrażenie, że obserwują dwa samochody jadące na przeciwko po tym samym torze. Chciał by wiedzieli, że katastrofa jest nieunikniona. Moim zdaniem udało mu się to w stu procentach.

To nie była lekka wakacyjna rozrywka. To była Sztuka. Zmuszająca do myślenia, wywołująca dreszcze, przygnębiająca, ale TAKA DOBRA!



Ania2:
"Widok z mostu" to spektakl, który mogę oglądać w nieskończoność. Za każdym razem odkrywam w nim coś nowego, innego. Za każdym razem mnie zachwyca. Nie inaczej było podczas seansu. Nie będę już pisać o wspaniałych kreacjach aktorskich, za to skupię się na samej stronie technicznej pokazu. 
Pierwszy raz oglądałam spektakl widziany wcześniej na  żywo i bardzo ucieszyło mnie, że nie stracił nic ze swojej "mocy", że nadal porusza. Podobał mi się sposób filmowania i prowadzenia kamer. Płynne przechodzenie od zbliżeń do dalekiego planu, co pozwalało zobaczyć najdrobniejsze zmiany w mimice, drobne gesty, które czasami umykają podczas oglądania sztuki na żywo. Jednocześnie wystarczająco często pokazywano całą scenę, by widzowie mogli poczuć się trochę uczestnikami wydarzeń. Tylko raz zmieniłabym sposób filmowania - podczas sceny z krzesłem. Oglądana z odległości robiła większe wrażenie i pozwalała obserwować reakcje wszystkich bohaterów, a nie tylko niewątpliwy wysiłek Marco, na którym skupiona była kamera.

Środek sierpnia to jednocześnie środek sezonu urlopowego. Wiemy, że kilku naszym Czytelnikom nie udało się z tego powodu dotrzeć do kin. Liczymy po cichu, że "Widok z Mostu" zostanie powtórzony, może w przyszłym roku? Bo każdy powinien mieć szansę go obejrzeć.

6 komentarzy:

  1. To był jeden z najlepszych spektakli, które mogłam oglądać dzięki NTL, a być może nawet najlepszy. Wrażenie było tak silne, że cała krakowska widownia siedziała wczoraj na krzesłach podczas napisów końcowych w kompletnej ciszy. Kino też wszyscy opuszczali w milczeniu. Bo to jeden z tych spektakli, które wciskają widza w fotel i odbierają mowę. Dosłownie.
    Jeżeli chodzi o realizację (oczywiście zdaniem kompletnego laika), było bardzo dobrze. Przy Tramwaju... miałam pewne obiekcje dotyczące prowadzenia kamery, tutaj do niczego w sumie nie można było się przyczepić.
    Zgadzam się, że pomysł z prawnikiem był genialny. W moim odczuciu spektakl stał się podobny do greckiej tragedii, a on pełnił funkcję podobną do chóru.
    Miałam też wrażenie, że uczucie Katie do Eddiego również wychodzi poza ramy tego, co można nazwać miłością do ojca. Ten moment, kiedy mówi Rudolphowi, że Bea nie jest zbyt dobrą żoną dla Eddiego, że ona zna go lepiej i byłaby doskonałą żoną jest naprawdę bardzo mocny. Tylko że ona zdaje sobie sprawę (może dzięki Bei) z tego, że tak być nie powinno i częściowo dlatego tak mocno uczepiła się wizji małżeństwa z Rudolphem. I to uczucie okazuje też na końcu, kiedy niejako rywalizuje z ciotką o Eddiego i to, którą z nich tak naprawdę kochał. Pocieszające, że wybrał żonę, chociaż muszę przyznać, że nie tego się spodziewałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam "Widok" za jeden z najlepszych spektakli jakie widziałam. Najwspanialsze w adaptacji wydaje mi się to, że nie traci swojej mocy, równie mocno wpływa na widza w teatrze i w kinie.

      Usuń
  2. Ja Nie mogę tego spektaklu więcej oglądać. Seans w warszawskim kinie Atlantic przeżyłam dużo mocniej, niż sztukę na żywo - wiedziałam już, jaki będzie skutek poszczególnych gestów. Sztuka jest wspaniała, ale nie wiem, czy jeszcze kiedyś się odważę ją obejrzeć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, a ja odwrotnie. Za każdym razem przeżywam, ale też za każdym razem jestem spokojniejsza i zwracam uwagę na różne drobne gesty czy szczegóły, które umknęły mi podczas pierwszej wizyty w teatrze.

      Usuń
  3. Wiadomo, że jestem maniakalną fanką, to jest tfu, wielką miłośniczką talentu Stronga, a przedstawienie uważam za wybitne (też je wcześniej widziałam w obu teatrach). Bałam się, że tych emocji nie da się przenieść na ekran, ale dało się; wychodziłam tak samo zmiażdżona, jak z teatru. Za tydzień w Kraku grają to ponownie, w innym kinie, i poważnie rozważam pójście po raz kolejny - owszem, akt masochizmu, ale trudno o lepszy sposób zadawania sobie bólu.
    Rozczarowała mnie tylko żałosna liczba ludzi na widowni - sezon urlopowy, wiem, a Strong nie jest bóstwem fandomu, ale szkoda. Bo gdybym miała z całego tegorocznego sezonu NT Live wybrać jedno przedstawienie szczególnie warte obejrzenia, bez zastanowienia wskazałabym to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Katowicach było może 12 osób. Też mi bardzo smutno z tego powodu. Inna sprawa, że tam NT Live można oglądać także w kinie studyjnym i ono dużo wcześniej podało datę seansu. Może więcej osób kupiło bilety właśnie tam.

      Usuń