piątek, 15 maja 2015

A Midsummer Night's Dream - recenzja po seansie

Jeśli oczekiwaliście poważnej analizy szekspirowskiego dzieła, to niestety musimy Was rozczarować. Obawiamy, że poniższa recenzja okaże się nad wyraz nieprofesjonalna, za to pełna ochów, achów i zachwytów, ale czego się spodziewać skoro recenzentka chichocze siedząc nad klawiaturą a oczy jeszcze ją pieką  - śmiech do łez i makijaż to zły zestaw.

oficjalny plakat wydarzenia - czasami zastanawiamy się, kto dobiera zdjęcia promocyjne - wszak plakat z Oberonem i Pukiem przyciągnąłby jeszcze większą publiczność ;)

"A Midsummer Night's Dream" to kolejna produkcja, jaka zagościła na ekranach polskich kin w ramach cyklu Sztuka brytyjska na dużym ekranie. Spektakl można było oglądać na żywo latem 2013 roku w teatrze Globe.  
W czasie gdy była wystawiana, adaptacja "Snu nocy letniej" w reżyserii Domnica Droomgola zebrała dobre recenzje, wzbudzając zachwyt zarówno wśród widzów jak i krytyków, a także wczoraj Ani1.


Oberon, Puk i magiczny kwiatek (wszystkie zdjęcia pochodzą stąd)

Fabuła utworu jest bardzo prosta. Hermia (Olivia Ross) kocha Lizandra (Luke Thompson). Jednak jej ojciec chce by poślubiła także zakochanego w niej Demetriusza (Joshua Silver), którego znowuż kocha Helena (Sarah MacRae). We wszystko wtrąca się król Aten Tezeusz (John Light), sam mający kłopoty z niepokorną Hipolitą (Michelle Terry), królową amazonek, którą zamierza niebawem poślubić. Hermia i Lizander uciekają do lasu, podąża za nimi Demetriusz, a za nim Helena... i we wszystko wplątują się leśne elfy. Oberon, król elfów (ponownie John Light) spiera się gwałtownie z Tytanią, królową wróżek (Michelle Terry, także w podwójnej roli) - przyczyna sprzeczki jest błaha, młody chłopiec którego oboje chcą mieć w swojej świcie. Oberonowi pomaga jego wierny Puk (Matthew Tennyson), Tytanię otaczają wróżki. A jakby tego wszystkiego było mało, polanę w lesie wybiera na próbę amatorska trupa teatralna, złożona z ateńskich rzemieślników - szykują oni spektakl na ślub Tezeusza. Puk źle rozumie polecenia, sam z siebie płata figle, za pomocą magicznego kwiatka zmienia obiekty uczuć i las staje się sceną dramatycznych i zabawnych potyczek kochanków. Pierwsza część kończy się zdjęciem czaru i w czasie przerwy zastanawiałyśmy się, czy czeka nas już tylko zakończenie i niezbędny taniec. Jakże się myliłyśmy! To nie była skrócona adaptacja sztuki - Dominic Droomgole postanowił pokazać całość utworu, także często pomijany wątek "sztuki w sztuce". O ile część pierwsza to romantyczna komedia pomyłek, to druga jest prawdziwą „jazdą bez trzymanki”.

konfrontacja kochanków - prawdę rzecze stare przysłowie, że gdy człowiek zmęczony i głodny to zły. Dodać do tego urok miłości i katastrofa gotowa.

Mówią, że twórczość Barda jest wiecznie żywa i ponadczasowa - ten spektakl dowodzi tego w pełni. Tak żywiołowo reagującej publiczności - zarówno w teatrze jak i w kinie - nie widziałam dawno. Nie był to humor inteligentny i wyrafinowany, to po prostu chwilami najwyższej jakości slapstick i proste, rubaszne żarty. Tak jak w naszej ulubionej "Sztuce, która idzie źle", tak i w "Śnie nocy letniej" mieliśmy spektakl nieudolnie odgrywany przez grupę amatorów. Ale odegrać coś aż TAK źle, to już naprawdę wyższy poziom.  

By uświetnić wesele, wspomniana już grupa rzemieślników, postanawia wystawić dramat: "Pyram i Tyzbe ". Wśród nich prym wiedzie Pearce Quigley jako Denko - tkacz i najznamienitszy aktor z całej grupy - przynajmniej w swoim mniemaniu, który odgrywa tytułowego kochanka. Ale tak naprawdę każdy z aktorów ma chwilę by zabłysnąć. Czy to Christopher Logan jako miechownik Fujarka, któremu przypadła rola nadobnej Tyzby i który gra ją z prawdziwą pasją, czy choćby Tom Lawrence jako krawiec Ryjek, a jednocześnie najbardziej charyzmatyczny mur w historii teatru. Ta krótka sztuka w sztuce to był istny festiwal katastrof - zapomniany tekst, walące się dekoracje, przeszarżowana interpretacja - a jednocześnie fragment sam w sobie stanowił małą teatralną perełkę. "Sen nocy letniej" powstawał w tym samym czasie co "Romeo i Julia" - dla nas przedramatyzowana scena śmierci kochanków była mrugnięciem okiem do widza, delikatną parodią wydarzeń z Werony.

sztuka, która poszła tak źle, że aż rewelacyjnie

Spektakl w Globe dopracowany był w najdrobniejszych szczegółach. Zachwyt wzbudzały szczególnie kostiumy: wróżki nie miały w sobie nic z popularnych, disnejowskich wyobrażeń. To były prawdziwe boginki leśne - odziane w skóry i w pióra. Wspaniała muzyka Claire van Kampen nadawała ton opowieści: od niepokojąco kakofonicznych motywów mieszkańców lasu, przez słodkie kołysanki, aż po energiczny dworski taniec. Na pochwałę zasługuje bardzo sprawne filmowanie – widz przed ekranem nigdy nie ma poczucia, że coś ważnego go omija. No i oczywiście, jak zawsze aktorstwo. Naprawdę ciężko powiedzieć kto był najlepszy, kto podobał się najbardziej, bo zachwyt wzbudzali wszyscy. Podobnie jak w "Burzy", nie było tu słabo zagranej roli. Anię1 bardzo ucieszył postęp jaki zrobiła Sarah McRae - w 2011 roku była bardzo przeciętną Hero w "Much Ado About Nothing" u boku Davida Tennanta i Catherine Tate. Jako Helena była rewelacyjna - dramatyczna, chwilami przejaskrawiona i zabawna jednocześnie. Puk w interpretacji filigranowego Matthew Tennysona był prawdziwie oderwany od rzeczywistości i troszkę przypominał Ariela w interpretacji Colina Morgana. Podobnie lekko poruszał się po scenie, podobnie łatwo było uwierzyć, że to nie jest istota ludzka. Każdy z aktorów wniósł do spektaklu coś nowego, każdy wyróżnił się pozytywnie.

i obowiązkowy taniec na koniec

Wychodząc z kina, widzowie przerzucali się cytatami, co chwila rozlegały się wybuchy śmiechu - obsługa Multikina patrzyła na wszystkich lekko podejrzliwie. Obserwując takie reakcje, trudno było oprzeć się refleksji, jak niewiele jednak dzieli nas od widza z czasów elżbietańskich. Śmiejemy się z dokładnie tych samych rzeczy, może (jak scena z moonwalk) chwilami nieco podkolorowanych tak, by rozbawić współczesną publiczność. Shakespeare na pewno byłby zachwycony tą adaptacją i tym, że po tylu wiekach jego utwory nadal przyciągają tak wielu widzów.

Mamy cichą nadzieję, że tak jak w przypadku „Makbeta” seans zostanie powtórzony - a wtedy wszyscy Ci, którzy tym razem nie mogli - do kin marsz! Naprawdę warto!

A na stronie teatru Globe można znaleźć wywiady  z aktorami do posłuchania - jakby ktoś, tak jak my, nadal miał kłopoty z powrotem z leśnich ścieżek.


8 komentarzy:

  1. Chętnie poszłabym jeszcze raz, więc taż liczę na powtórkę :D

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak, ja to muszę jeszcze raz zobaczyć!
    W czwartek w nocy chichrałam się podobno przez sen ;) Mój mąż chyba jednak prawdy mi nie powiedział, bo prawie na pewno śnił mi się Oberon :P
    Widziałyście kiedyś Johna Lighta na żywo na scenie? Ciekawam, czy zawsze jest taki dobry...
    Zakończyłam u siebie opisywanie wrażeń, mogę wrócić do snów na jawie! Pa! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja widziałam Johna Lighta na scenie dwa razy. W Taken at Midnight - był nominowany do Oliviera za swoją rolę zimnego faszysty i teraz w Three days in a country (Ania 2 też widziała).
      I tak, jest świetny.

      Usuń
    2. Light jako zimny faszysta? To teraz czuję potrzebę udania się do archiwium, a tak bardzo boję się tej sztuki :(

      Usuń
  3. Pobuszowałam po blogu i doszłam do wniosku, że Lighta jeszcze na żywo nie widziałyście. Czas nadrobić! ;)
    Ja go umieszczam na mojej długaśnej liście "do koniecznego zobaczenia" - gdzieś tam na dziesiątym dopiero miejscu, bo moje braki w tym względzie są porażające. Przyjdzie jednak czas, że wszystko nadrobię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie widziałyśmy, ale oczywiście na naszej liście już też jest. Problem z listą jest taki, że nieustannie się rozwija i większość osób zobaczonych od razu przechodzi na listę "muszę ją/ jego znów zobaczyć na żywo" i tak oto mamy dwie listy :)
      I mocno trzymamy kciuki za Twoje nadrabianie.

      Usuń
    2. Już widziałam :) wspaniały był :)
      A2

      Usuń